niedziela, 25 listopada 2018

Zwiedzanie Lizbony powyżej oczekiwań



         Sama nie wiem dlaczego, ale miałam naprawdę duże oczekiwania wobec Portugalii. A przecież ja w ogóle nie lubię tych ciepłych i turystycznych miejsc, kocham Skandynawię, tureckie miasteczka i węgierskie wiochy - więc czego właściwie znowu szukałam na południu? Odpowiedź: Lizbony.

            A przed wyjazdem wszyscy mówili mi, że Porto lepsze - dacie wiarę?

        Okej, jasne. Lizbona nie jest nawet w połowie tak malownicza, jak Porto. Bo czymże może być Wieża Belem przy Ponte de Luis? Ale właśnie to mi się w Lizbonie podobało najbardziej - że jest po prostu normalna. Ludzka. Bardziej monumentalna, bardziej miejska. Taka z prawdziwym życiem, prawdziwymi tramwajami, prawdziwymi studentami, prawdziwymi Portugalczykami, a turyści robią tylko marne tło, Lizbona jedna piękna na milion sto (#słuchamw2018).

               




                 Zwiedzanie tradycyjnie zaczęliśmy od śniadania. Coś na słono, pastel de nata, herbatka. Dwa miesiące po powrocie z Portugalii stwierdzam, że to chyba jednak za tymi śniadaniami tęsknię najbardziej. Najlepsze atrakcje Lizbony - pastelarie.




                Lizbona to przy okazji kolejny prztyczek w nos - taka mała lekcja tego, że nie zawsze trzeba wierzyć we wszystko, co napisano w Internetach. Odpalamy jakiegoś bloga, zaczynamy zwiedzanie. Pierwsze trzy rzeczy z listy - zdecydowanie niezgodność produktu z opisem. Ale! Kiedy przyszliśmy rano na Miradouro de sao Pedro de Alcantara, to myśleliśmy, że 10 minut życia właśnie przepadło bezpowrotnie. Wróciliśmy jednak wieczorem i nie mogliśmy uwierzyć. Musieliśmy zwrócić honor.





           W Lizbonie pod Wieżą Belem kupiłam sobie kapelusz. Nigdy wcześniej nie miałam kapelusza. Teraz chociaż wyglądam jak prawdziwa blogerka podróżnicza. Mogłam kupić wcześniej, myślę sobie, byłoby od razu +50 do zdjęć - no ale przepadło, no jak tu teraz żyć?




              Jak już byliśmy w Belem, to chcieliśmy zwiedzić klasztot Hieronimitów, ale stanęliśmy przed ciężkim wyborem z serii: co zobaczyć w Lizbonie, skoro został nam tylko jeden dzień? Decyzja zapadła po weryfikacji długości kolejki: chyba lepiej ogarnąć to możliwie szybko, a na resztę dnia pojechać do Sintry. Darowaliśmy więc sobie klasztor i zadowoliliśmy się - free entrance - kaplicą. Taki zachwyt, że nawet nie trzeba wcale iść do tego klasztoru.






               Wycieczka do Sintry jest całkiem okej - pod warunkiem, że macie na nią dziesięć godzin, a nie cztery. Cabo da Roca, Praia da Ursa - to wszystko nas ominęło. Nie cierpię się spieszyć i ostatecznie chyba jednak wolę zobaczyć mniej, ale przyjemniej, niż biegać w tę i z powrotem z językiem na brodzie. W cztery godziny można jednak przynajmniej przejść się po miasteczku i ruszyć do Quinta da Regailera. Czy warto? Totalnie!






             Lizbona mnie całkiem bawiła. Na przykład, chodziłam po ulicach i wydawało mi się, że spotykam ciągle te same dziewczyny. Ale nie - to po prostu wszystkie Portugalki wyglądają tak samo. Transport publiczny w Portugalii to też trudny temat. Tramwajem 28 to więcej się stoi, niż jedzie. Zawsze masz wrażenie, że nikomu się nie spieszy - poza tobą.

                Ostatniego dnia załapaliśmy się też na jakieś wielkie wydarzenie na dzielni. Aż wyskoczyliśmy z 28, żeby zobaczyć. Ubrane na czarno tłumy z transparentami paradujące główną ulicą miasta - strajk? demonstracja? portugalski czarny protest? otwarcie Hogwartu? 

            I tu was zaskoczę - to ostatnie. Co jak co, ale portugalski początek roku akademickiego wygląda naprawdę osobliwie.






           Niby człowiek wie, że zobaczył wszystko, co tylko mógł przez dwa dni, ale mimo to pozostał jednak jakiś niedosyt. Za krótko w Alfamie i Mourarii. Za mało zjedzonych pasteli i za mało zdjęć schodów. Nie udało się też dotrzeć na drugą stronę mostu, nie byłam na Dworcu Oriente. Aha, no i zdjęć prania też nie mam znowu aż tak dużo. No to byłam w Portugalii czy nie?

       No i na sam koniec: wygląda na to, że mam też kolejne miejsce na mapie, do którego potencjalnie mogłabym się kiedyś przeprowadzić. Dała mi trochę do myślenia ta Lizbona. Po co w ogóle mieszkać w Warszawie, skoro przecież można w jakimś ładnym i ciepłym miejscu? Skoro na przykład w takiej Portugalii jest całkiem fajnie? Po co żyć w smogu, w brudnej zimie, w brudnym śniegu, z brudem w głowie?

       Przecież wiem już, że tak naprawdę wystarczy odrobina chęci, i można by tak po prostu - jeść codziennie pastel de naty i pić wieczorami winko na miradouro.





Więcej

czwartek, 15 listopada 2018

Kiedy podróż zmienia się w koszmar



           O tym, o czym za chwilę napiszę, pewnie nie przeczytacie na wielu blogach - w końcu nikt nie lubi pisać o tym, co nie wyszło.

         Pamiętacie, jak w sierpniu 2016 przyjechałam do Malezji na dwa miesiące, żeby pracować jako cyfrowy nomada? Poczułam się źle już po pierwszym śniadaniu. Tłusty kurczak, ryż, a do tego herbata z mlekiem - no trudno, zaszkodziło mi, pomyślałam. Dni jednak mijały, a mi wcale nie było lepiej.

          Nie było to typowe zatrucie - żadne biegunki, wymioty, nic z tych rzeczy. Miałam za to mdłości. Mdłości, które dosłownie zwalały mnie z nóg i ani trochę nie ustępowały mimo brania różnych leków, lekkiej diety, przyjmowania nienaturalnie dużych ilości płynów, aż w końcu niejedzenia prawie w ogóle. Były tak silne, że czasem nie mogłam nawet napić się wody ani wcisnąć w siebie herbatnika. Bywały dni, kiedy chodziłam w kółko po pokoju i wyłam, bo nie mogłam już nic więcej zrobić. Miałam pracować - nie mogłam pracować. Co dzień powtarzała się ta sama historia: szłam do knajpy, zamawiałam coś, po czym patrzyłam się okropnie głodna w pełny talerz, ale nie mogłam niczego przełknąć. Rano było najgorzej, więc najczęściej nie jadłam nic. Przeżywałam dni o porcji suchego ryżu z gotowanym kalafiorem po południu i misce wodnistej zupy wieczorem.

         I tak przez dwa miesiące.

      Poszłam do lekarza. Machnął ręką, kazał dużo pić i dał tabletki na mdłości. Jak się później okazało, były to leki, które przepisuje się pacjentom na wymioty przy chemioterapii, czyli takie, które działają na układ nerwowy, a nie pokarmowy. Nie pomagały. W końcu próbowałam już nawet pić po pół kieliszka wódki po każdym jedzeniu i o dziwo była to jedyna rzecz, która jakkolwiek działała. Już po dwóch dniach wódkowej kuracji żołądek zaczął pracować i mdłości trochę ustąpiły. Czyżby alkohol poprawił trawienie, zabił bakterie? Tego nie wiem, ale wychwalałam go za każdym razem, kiedy dałam radę zjeść coś więcej niż ryż i kalafior.

        Wszystko ustąpiło natychmiast po powrocie do Europy. Nie byłam na nic chora - wygląda na to, że po prostu tak bardzo szkodziło mi lokalne jedzenie. Do dziś nie wiem, co się stało i dlaczego zepsuło mi wyjazd życia.


          Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że była to dla mnie lekcja i chwila refleksji. Myślę, że to między innymi dlatego nagle przestało mnie tak bardzo kręcić życie nomady. To dlatego nie myślę już tak poważnie o długich podróżach, mieszkaniu na drugim końcu świata, częstych przeprowadzkach i życiu w tropikach. Bo czy w tej sytuacji odważyłabym się ponownie zaryzykować zamieszkanie w kraju, którego w ogóle nie znam? Czy dałabym radę znów funkcjonować przez kilka miesięcy w miejscu, w którym nie mogłabym niczego jeść? Nie wiem. Po prostu nie wiem.

       Wiem jednak, że czasem to, co wybieramy dla siebie w jak najlepszej wierze, w ogólnym rozrachunku wcale a wcale nie musi nam służyć.

          Swoją drogą: zadziwia mnie czasem to, jak łatwo jest udawać, że podróże są proste. Bo w końcu tak fajnie się je planuje, pisze o nich na blogach i wrzuca fotki na Instagrama. Patrząc na moje uśmiechnięte zdjęcia ze słoniem z Kuala Gandah nikt by się nie domyślił, że myślałam tylko o tym, czy za chwilę nie zemdleję. Na zdjęciach z Taman Negara nie widać tego, że byłam tak osłabiona, że ledwo dowlokłam się do końca szlaku. Czy mogłam to przewidzieć? Skąd mogłam wiedzieć, że malezyjskie jedzenie okaże się tak zabójcze dla mojego żołądka? Przecież wcześniej byłam w Chinach, wszystko było ok. Dlaczego za drugim razem w Azji było aż tak źle?


        W Malezji ani razu nie jadłam sataya, nie spróbowałam żadnych lokalnych słodyczy, nie piłam typowo malezyjskich mlecznych napojów, a zamiast przyprawianych na ostro warzyw i mięs musiały mi wystarczyć suche naleśniki. Ale! Jeśli właśnie się tam wybieracie, to nie przejmujcie się - nie znam przypadku innej osoby, która tak źle zareagowałaby na lokalną kuchnię. Wszyscy Europejczycy, których spotkałam radzili sobie świetnie, więc dlaczego coś miałoby przytrafić się Wam?

         Może i nie jestem fanką malezyjskiej kuchni, ale Malezję uwielbiam. I polecam. Niezależnie od tego, jakie zdanie na ten temat ma mój żołądek.
Więcej

sobota, 20 października 2018

Czy można nauczyć się rysować? Czyli co robię, kiedy nie podróżuję



         Umówmy się: rysowanie i inne czynności manualne nigdy nie były moją najmocniejszą stroną. Okej, bywały pewne epizody. Kto nie rysował kiedyś postaci z Witch albo nauczycieli na tyłach zeszytów, niech pierwszy rzuci kamień.

       No to po co mi nagle rysowanie? To samo pytanie można było zadać, kiedy kilka lat temu zaczynałam trenować pole dance - i otrzymać dokładnie takie same odpowiedzi. Bo nagle stwierdziłam, że chciałabym się tego nauczyć. Bo zawsze podziwiałam tych, który potrafią i poczułam, że ja też tak chcę. Bo chciałam sprawdzić, czy mogę. Bo znowu byłam ciekawa, czy jestem w stanie przyswoić coś, do czego teoretycznie wcale się nie nadaję.

        Nie samymi podróżami żyje człowiek - w przerwach też trzeba przecież robić coś pożytecznego. Tak oto postanowiłam, że nauczę się rysować. A że historia nauki rysowania to zazwyczaj historia usłana fakapami, z których czasem można się pośmiać - zapraszam podwójnie.

          Od czegoś trzeba było zacząć i te początki były beztroskie. Pierwszy rysunek, jaki narysowałam, miał być punktem zero. Wiecie, takim do monitorowania postępów. Narysowałam go, wkładając w niego rzecz jasna całe serce, ale bez żadnego przygotowania ze strony technicznej - wyglądał tak:




               Okej, można by powiedzieć, że nie jest aż tak źle. Jest jakaś postać, ma jakieś włosy, usta, coś, co wygląda jak twarz. Równie dobrze mogłaby być jednak jakąkolwiek postacią - niekoniecznie tą ze zdjęcia po prawej. Kompletny brak pojęcia o cieniowaniu, rysowaniu włosów i umiejętności zaznaczenia jakichkolwiek szczegółów sprawiły, że mój pierwszy portret wyglądał, jak wyglądał. A ja się uparłam na realizm, chciałam mieć twarz jak ze zdjęcia. Cóż było robić? Przyszedł czas na odpalenie YouTuba i przerabianie wszystkiego od zera, krok po kroku, tak jak tutorial przykazał.




        Najpierw powstało to. W dziesięciostopniowej skali paskudztwa będzie gdzieś pewnie koło ósemki. Fatalne proporcje, ale widać już chociaż pierwsze próby oddania szczegółów. Toporny ołówek, ale zauważyłam już przynajmniej, że źrenica to coś więcej niż ciemne kółko z białym środkiem, a cieniuje się po to, żeby nadać głębię, a nie zamalować jakkolwiek kartkę. Mamy pierwszy postęp!




              Pamiętam do dziś, jak wielka duma ogarnęła mnie po stworzeniu tego dzieła. Już trochę lepsze włosy, trochę lepsze cienie. Nie przeszkadzało mi zupełnie to, że wszystko jest zbyt kanciaste i Avril wygląda jak postać z komiksu, pomijając już fakt nie do ukrycia, że ma twarz jak koń. 

                Kolejny rysunek. Przepraszam za repertuar.




          Coś zaczynało powoli wychodzić. Do podobieństwa daleko, ale już zdecydowanie lepsze cienie, lepsze szczegóły. Jeszcze nie wszystko udawało mi się wtedy zauważyć, na przykład to, że białko oka nie powinno być idealnie białe, że usta nie odcinają się aż tak mocno od skóry. Był to jednak ten etap, w którym człowiek zaczynał pomału wyglądać jak człowiek. Skupiałam się bardzo mocno na rysowaniu oka, skóry, starałam się poprawić włosy, które do teraz uważam za najtrudniejsze. Dużo eksperymentowałam, testowałam różne sposoby na wydobycie podobieństwa i zachowanie proporcji. Było średnio, ale zdarzały się zarówno prace w miarę znośne...




...jak i totalne koszmarki:




       Sporym przełomem był poniższy rysunek. Narysowałam go na szybko, długopisem, w zeszycie w kratkę, od niechcenia:




          ...i zupełnie zmieniłam moje podejście do szkicu. Nie było to nic niesamowitego, ale w końcu udało mi się złapać jakiekolwiek podobieństwo i wyciągnąć z tego fajne wnioski. Od tamtej pory podchodzę do portretów zupełnie inaczej - traktuję je jako całość, która ma coś przedstawiać, a nie jak układankę elementów, które muszą tylko leżeć w określonych odległościach od siebie. Przestałam się spinać z tymi proporcjami, robiłam szkice zupełnie inną kreską, rysowałam na czuja, od czasu do czasu tylko kontrolując, czy coś aby przypadkiem nie znajduje się za daleko lub za blisko. Do tego skóra wychodziła coraz bardziej gładko, zaczęłam też próbować tworzyć różne faktury - słowem, w mojej osobistej skali przeszłam na wyższy level.

           Uważam, że kolejny portret był już o wiele lepszy. Może jeszcze nie jest jeden do jednego, trochę za mało szczegółów i kąty zdecydowanie do dopracowania, ale ten rysunek, zwłaszcza na żywo, wyglądał już tak czy inaczej dość realistycznie.




         Z czasem zauważyłam też, że podobieństwo wychodzi lepiej, gdy rysuję z wydruku, a nie z monitora. Na monitor patrzy się pod trochę innym kątem niż na kartkę - zdarzały mi się prace, na których podobieństwo było, gdy patrzyłam na rysunek leżący na biurku, a gdy go podnosiłam, zupełnie znikało (i że też wpadłam na to dopiero po tylu miesiącach - sic!).

           Jak jest teraz? Trwa walka o podobieństwo, i szczegóły, szczegóły, jeszcze raz szczegóły. Rysunki stały się o wiele bardziej wymagające i czasochłonne i siłą rzeczy rysuję ich też o wiele mniej niż wcześniej. Żeby dalsze próby miały jakikolwiek sens, z A4 musiałam przerzucić się na szkicownik A5 - mniejszy format równa się większa szansa dla rysunku na to, że przy moim szalonym trybie życia kiedykolwiek zostanie skończony.

         
            Tak oto dotarliśmy, na ten moment, do finału:




          Czy można nauczyć się rysować? Na pewno można, i wcale nie trzeba do tego wielkich talentów, kursów rysunku czy nie wiadomo jakich narzędzi i jeśli się chce, to nawet z pomocą YouTube można sporo poprawić. Potrzeba prób, błędów, wyciągania wniosków, uczenia się podstaw kreska po kresce, potem dłubania w papierze milimetr po milimetrze, wielu godzin, stępionych ołówków i kartek lądujących w koszu - ale skoro jest frajda i do tego jeszcze są efekty, to dlaczego by nie próbować dalej?




          Życzę sobie, abym za rok mogła rok pośmiać się z moich obecnych rysunków, tak jak teraz śmieję się z tych zeszłorocznych.

Klaudia

Śledż mnie na:
Facebook @autopobonblog
Instagram @autopogon
Więcej