niedziela, 19 sierpnia 2018

Grodno - szybka wycieczka na Wschód


            Czy wspominałam już tutaj kiedyś, że jestem przeciwniczką podróżowania z wizą? Jeśli nie, to właśnie wspominam. Po ostatnich ekscesach w Chinach, kiedy to otrzymanie i przedłużenie zwykłej wizy turystycznej urosło u mnie do rangi trzytygodniowego biegania po urzędach i wydzwaniania codziennie do ambasady - podziękowałam. Nie lubię pchać się gdzieś, gdzie mnie nie chcą - a przecież w końcu jest na świecie tyle miejsc do odwiedzenia, w których nikt nie robi ci łaski.

            Z tego właśnie powodu raczej nie zakładałam, że kiedykolwiek wybiorę się na Białoruś - a już na pewno nie, że w najbliższym czasie.

             Pierwsza dobra wiadomość jest jednak taka, że od niedawna można wjechać na Białoruś bez wizy. Co prawda tylko do Grodna, Brześcia i Mińska, ale przecież dobre i to. Trzeba tylko załatwić sobie przepustkę, wykupić dwie dowolne usługi turystyczne i ubezpieczenie. Brzmi strasznie, w praktyce kosztuje 50 zł, zajmuje pięć minut i można to zrobić chociażby tutaj. Bierzcie i podróżujcie z tego wszyscy. Druga dobra wiadomość - do Grodna można pojechać zwykłym, polskim PKP. Trzecia dobra wiadomość - z Warszawy to zaledwie cztery godziny.

           Cóź było robić - zaplanowaliśmy weekend, zapakowaliśmy się i pojechaliśmy. W dziesięć osób.


          Guru organizacji ze mnie taki, że jeszcze trzy dni przed wyjazdem nie byliśmy wcale pewni, że gdziekolwiek jedziemy. Nauczka na przyszłość jest taka: jak pani na PKP mówi, że biletów już nie ma, to wcale nie znaczy, że naprawdę nie ma. Może po prostu nie chce jej się sprzedać. True story.

          Idąc już trochę dalej, to wcale się nie oszukujmy: Grodno to nie Paryż. Na chwilę obecną to tylko niezbyt duże miasto, do którego jeździ się właściwie tylko dlatego, że jest na Białorusi. Ale trzeba przyznać, że historię ma całkiem ciekawą - bo w końcu Polską. W liceum zaczytywałam się w "Nad Niemnem", teraz mogłam pospacerować nad Niemnem. Można poczuć klimat. Random fact from Grodno: czy wiedzieliście, że mąż Elizy Orzeszkowej miał na nazwisko Orzeszka? Ja nie. Zawsze tak jakoś myślałam, że to samodzielnie funkcjonujące nazwisko - to był cios.

         Grodno, choć naprawdę sympatyczne, okazało się być kompilacją zawodów kulinarnych (poza chlebem - był obłędny, aż przywoziliśmy go do Polski!). Może taki już urok małych i niezbyt turystycznych miejscowości, może tam po prostu rzadko się chodzi do restauracji, więc i nie ma w czym wybierać? Nadrobiliśmy jednak - była kiełbasa prosto z grilla, raki prosto z jeziora i jajecznica prosto z garnka. Takich wyjazdów się nie zapomina. Nasz nocleg może i był kawałek od centrum, ale w końcu gdzie indziej można by zmieścić dziesięcioosobową grupę, jeśli nie w wielkim domu na przedmieściach, z ogrodem, altaną i basenem*? Gdyby nie nasz nocleg, to tego grilla, raków i jajecznicy by nie było. Co do jajecznicy - to może nawet byłoby lepiej. Co do raków - dziękujemy.

Polecamy ten dom: tutaj
Gdyby ktoś miał ochotę na 100 zł zniżki na rezerwację: tutaj
* Basen w tej ofercie to chyba jednak miejska legenda.

           Grodno jest super. Zwłaszcza, gdy jedzie się tam w dziesięć osób. Myślę, że dwie przez dwa dni mogłyby się jednak trochę nudzić. Tak czy inaczej, jeśli szukacie spokojnego i nieoklepanego kierunku na weekend - warto!


          I na sam koniec: nigdy nie lekceważ współpasażerów pociągu, bo nigdy nie wiesz, kto może siedzieć obok - a koło nas siedziała akurat Nadia z bloga Blog Okno. Nikt tak pięknie nie mówił, że kocha pisać ikony. Najlepszą lekcję o Wschodzie otrzymaliśmy, jadąc pociągiem z Białorusi, gdzieś przed Podlasie, aż do Warszawy.

            Do Brześcia i Mińska też trzeba będzie się kiedyś wybrać.
Więcej

wtorek, 31 lipca 2018

Doha. Katar po raz trzeci


        Gdyby ktoś powiedział mi, że odwiedzę Katar trzy razy w ciągu czterech lat, pewnie bym nie uwierzyła.

      To znaczy, biorąc pod uwagę fakt, że najczęściej to właśnie Qatar Airways oferuje najlepsze bilety lotnicze, nie było to znowu wcale takie nieprawdopodobne. Chodzi mi bardziej o to, że jednak na ogół raczej nie wracam w te same miejsca. Niby od sześciu lat zbieram się, żeby pojechać raz jeszcze do Izraela, od pięciu do Oslo, chciałoby się jeszcze wrócić do Wenecji, odświeżyć Berlin, zajrzeć do Wiednia - ale wiecie jak to jest, ostatecznie jednak nowe miejsca i tak zawsze wygrywają. Ale Katar to miejsce szczególne. Uwielbiam tam wracać. Nie narzekam więc, że raz na jakiś czas mam ku temu okazję.

        Pierwszy raz był szalony i chaotyczny - pamiętam do dziś, jak biegałam po lotnisku Hamad z wielką torbą na ramieniu, rozpaczliwie szukając punktu, z którego jeździ się na darmowe wycieczki. Złapałam ostatnią miejscówkę. Chwilę później, jadąc już nocą przez miasto, myślałam tylko o tym, że chyba chcę tu zamieszkać. Katar zawsze witał mnie darmowym luksusem - najpierw tą wycieczką, a teraz pokojem i wielką wanną w hotelu Hilton.

       Chyba nie da się z niczym porównać chwili, kiedy jedziesz taksówką z lotniska wzdłuż promenady Al Corniche, a budynki w tle wyglądają dokładnie tak, jak za każdym razem, gdy oglądałeś je na zdjęciach w Google. Nie ma nic równie fenomenalnego jak zakupy na wieczornym, głośnym szuku, przesiadywanie w restauracjach, pogawędki z przechodniami i sprzedawcami, arabskie wieczory z Zatoką Perską w tle. Zwłaszcza teraz, gdy udało się spędzić w Katarze aż szesnaście godzin, spróbować prawdziwego luksusu, gorącego zwrotnikowego słońca, biryani z lokalnego bazaru, odwiedzić w końcu Muzeum Sztuki Islamskiej i zobaczyć miasto za dnia, pozwalam sobie jeszcze częściej niż dotychczas myśleć: Doha, uwielbiam cię. Chcę cię więcej!




Więcej

sobota, 16 czerwca 2018

Valettę najlepiej ogląda się w pionie. Wspomnienia z Malty


          Patrz, Flora, jak to się teraz fajnie żyje - mówię całkiem poważnie, pijąc wino na maleńkim tarasie jej maltańskiego mieszkania. Owijam się śpiworem - wieczór jest chłodny, jak przystało na marzec na wyspie, ale przecież i tak znacznie cieplejszy niż mokre ulice Warszawy. Jeszcze przed chwilą byłam w korpo na Domaniewskiej, a teraz mam już za sobą jazdę pociągiem na Chopina, wieczorny lot na - no, prawie - inny kontynent, przejażdżkę po Valetcie nocnym autobusem, pachnące rybami powietrze w Gzirze i domową pomidorową - z kaparami i krewetkami. Kurczę, fajnie tak po prostu zadzwonić do kogoś, kto mieszka 3000 kilometrów od ciebie i powiedzieć: będę za 3 godziny. 

          Już tego pierwszego wieczora, kiedy jadę autobusem przez ulice tych wszystkich maltańskich miasteczek, mogę zobaczyć kawałek wyspy. Majestatycznej. Egzotycznej. Trochę włoskiej, trochę arabskiej, trochę afrykańskiej. Woda, palmy, katedry, ściany z piaskowca, łodzie - witamy na Malcie. Nie mogę doczekać się dnia. Rano słońce odbijające się od białych murów zupełnie mnie oślepia - zbyt długa i ciemna była ta zima, którą w większości spędziłam w korporacyjnym biurze. Zdejmuję sweter, wystawiam twarz do słońca i idę na autobus do Mdiny. Jest pięknie.


       Na Malcie wszędzie czuć morze, w powietrzu unosi się zapach soli. Może to tylko moja wyobraźnia, ale i tak czuję, że oddycha mi się o wiele lepiej. Takie życie na wyspie musi być dość klaustrofobiczne, myślę - wszędzie tylko woda i woda. W sumie to jednak i trochę piękne. Strome, ciągnące się nieskończenie w dół ulice Valetty podobno przypominają Lizbonę, ale nie wiem, bo w Lizbonie jeszcze nie byłam. Jest ciepło, wieczorami spaceruję więc nad zatoką i oglądam stolicę z brzegu Sliemy. Przypomina mi się Hiszpania w listopadzie - fajnie tak znowu uciec od zimy.

       Właściwie to na początku trochę nie mogę się odnaleźć w tym miejscu. Myślę sobie, że to naprawdę fajny kraj do odwiedzenia, ale średni do mieszkania, już wtedy mając na uwadze te wszystkie oferty jobs for nordic speakers, które namiętnie przeglądałam w ostatnich tygodniach. Po czterech dniach w końcu się przyzwyczajam i stwierdzam, że lepiej, gorzej, ale ostatecznie dałoby się tutaj jakoś żyć. A kiedy ostatni ciepły dzień spędzam na plaży St. Peter's Pool, wiem już, że będę poważnie tęsknić za wyspą. W drodze do Marsaxlokk spotykam Polaków - mieszkają ponad dwa lata. A może by tak...? Nic nie poradzę - machina ruszyła, niesforne myśli już chodzą po głowie. 

           Spóźniłam się na Gozo, dokładnie o rok, co do dnia, stwierdzam, gdy odkrywam, kiedy dokładnie zawaliło się Azure Window. Ale ciii - jeśli tylko dobrze się rozejrzycie, znajdziecie na archipelagu jeszcze co najmniej trzy podobne formacje. Na Malcie jest tyle pięknych miejsc. Takie Ghar Lapsi na przykład - niby nic, ale gdy już tam dotrzesz, to możesz siedzieć przez cały dzień nad brzegiem klifu, głaskać koty i moczyć stopy w morskiej wodzie. No i Xaqqa Cliffs - dzikie miejsce, które zdecydowanie wymaga porządnego odkrycia. Jeśli nie masz jak wrócić, bo tak jakoś wyszło, to po prostu łapiesz stopa i poznajesz wyspę tak, jak lubisz najbardziej. Możesz zwiedzać bez końca, a i przecież i tak nigdy nie zobaczysz wszystkiego. Zawsze gdzieś będzie jeszcze jeden klif, jeszcze jedna jaskinia, jeszcze jedna zatoczka, nad którą chciałoby się spędzić cały dzień z butelką wina.

            To właśnie Malta - jedyna w swoim rodzaju.


PS. Kliknij tutaj i jedź na Maltę z Itaką!

Więcej