sobota, 24 marca 2018

Przeżyj to sam: Sylwester w Pradze


          Prawda jest taka: każdy z nas musi kiedyś spędzić Sylwestra w Pradze.

        Ohoho, bądźmy szaleni i oryginalni, pojedźmy na Sylwestra do Pragi - pomyślało każdego listopada milion ludzi. Listopada, ponieważ jeśli ktoś pomyślał w grudniu, to biletów ani noclegów już pewnie nie było. I ten cały milion ludzi stał o północy na Moście Karola - przysięgam.

           Geneza mojego Sylwestra w Pradze była trochę inna: jeśli jeszcze w październiku dowiadujesz się, że w okolicach Nowego Roku możesz mieć aż cztery dni wolnego bez brania ani jednego dnia urlopu, to nad niczym się tutaj nie zastanawiasz i jeszcze tego samego dnia bukujesz bilety gdziekolwiek. Nie ma czegoś takiego jak tanie loty na Sylwestra, więc z dostępnych autobusowych kierunków - Berlin, Budapeszt, Praga, Wiedeń, Wilno, Lwów - trzeba było wybrać po prostu ten, w którym nie było się najdłużej (bo o tym, że byłam już we wszystkich, wspominać nie muszę). Padło na Pragę. Moje wspomnienia były raczej mgliste - gimnazjum, wycieczka szkolna, bieg przez Most Karola, tosty z szynką kupione na rynku za miliony koron - tyle pamiętam. Trzeba było zwiedzić Pragę jeszcze raz, po swojemu.


          Pierwszą niemiłą rzeczą, z jaką trzeba się zmierzyć jeszcze przed przyjazdem do Czech, są ceny. Nazwijmy to po imieniu: to po prostu absurd. 180 zł za dwuosobowy pokój na AirBnb na totalnych obrzeżach miasta? Taniej było nawet w Norwegii - serio. Skąd ten szał na Pragę? Ok, miasto jest ładne - ale przecież ładnych miast jest wiele. Dlaczego Praga, dlaczego nie Budapeszt? Ładniejszy, ciekawszy, tańszy, można by wymieniać długo - ale nie, jakimś cudem to właśnie Praga przyciąga te niedorzeczne tłumy. Hm, a może to i lepiej?

          I taka właśnie jest Praga. Zadeptana przez turystów, zaklejona plakatami tripadvisora, zasypana kiczowatymi pamiątkami (no, chyba że pamiątkami z Krecikiem - to wybaczam, oczywista oczywistość). Tak wielkiego zbiorowiska wszelkiej maści i narodowości nie widziałam jeszcze nigdzie i nigdy, a widziałam już chyba całkiem sporo. I kolejki, kolejki, kolejki. Siedemdziesiąt minut stania, żeby zobaczyć katedrę? Tyle nie stoi się nawet do Notre Dame, a ostatecznie to tylko kolejny ładny kościół, jakich w tej części świata absolutnie nie brakuje. Przepychanie się łokciami przez kilkutysięczny tłum, żeby zobaczyć most? W Budapeszcie są aż trzy zabytkowe mosty, a w dodatku na każdym z nich można posiedzieć i napić się wina z widokiem na zamek. O wiele ładniejszy niż ten na Hradczanach. Takie to atrakcje w Pradze. Może i są tam gdzieś jakieś klimatyczne puby, kawiarnie czy knajpy, ale nawet jeśli - to i tak nie będzie w nich już miejsca, żeby usiąść.


         To, co na pewno zasługuje na pochwałę, to Synagoga Hiszpańska. To chyba najlepsza rzecz, jaką można zobaczyć w mieście, choć pewnie niewielu przychodzi oglądać. I czeski Senat jest całkiem spoko. I świąteczny klimacik. Grzane wino. I spacery nad Wełtawą trochę też.



        To tyle, jeśli chodzi o Pragę.
Więcej

sobota, 6 stycznia 2018

Buenos días España, czyli Malaga i Gibraltar


        Na początku muszę się do czegoś przyznać: wcale nie chciało mi się jechać do Hiszpanii. To nic, że wszyscy mówili, że taka fajna, taka piękna - w końcu o Włoszech też tak mówili, i co? I nico (wszyscy tutaj już dobrze wiedzą, że nie lubię Włoch). Tak więc nie wierzyłam i jechać nie chciałam. Ale co miałam zrobić, skoro listopad zbliżał się wielkimi krokami, a mi ciągle chciało się wakacji, których w tym roku nie miałam? Musiałam pojechać gdzieś, gdzie było ciepło, chociaż na moment, chociaż na chwilę, a że najlepsze bilety były akurat do Malagi, cóż było robić - kupiłam. No i tutaj muszę jednak przyznać rację: Hiszpania powala. Nawet, jeśli widziało się tylko jedno miasto. Kurczę, w końcu jeśli ktoś, kto był w prawie 50 krajach (nie mowa tu o mnie, niestety) mówi, że Hiszpania była z nich wszystkich najlepsza, to chyba jednak coś musi w tym być.

       Wiadomość o tym, że w Polsce spadł śnieg, dostałam w momencie, gdy siedziałam na słonecznym tarasie w centrum Malagi i kończyłam pić cappucino do śniadania. Niedzielny poranek, koniec listopada, a ja siedzę sobie w hiszpańskim miasteczku, mam słońce, mam palmy, mam podróż, mam cienki sweterek zamiast zimowego płaszcza - czego chcieć więcej. Właściwie to przez cały wyjazd nie robiłam nic innego, tylko jarałam się tym słońcem. No i te dekoracje świąteczne. Palmy i bombki, ale jazda.

Można sobie odpuścić muzeum Picasso - nic tam nie ma.

          AirBnB w pojedynkę to rzecz średnio opłacalna, ale po Istambule obiecałam sobie, że choćby nie wiem co, nigdy więcej nie będę już spała w jednym pokoju z ośmioma obcymi osobami. No więc zabukowałam pokój i tym samym miałam okazję przekonać się, że zima w Hiszpanii jednak istnieje - tyle, że nocą. My mamy przynajmniej ten luksus w postaci ogrzewania, Hiszpanie - nie. Dobrze, że temperatury w ciągu dnia zrekompensowały mi te trzy noce trzęsienia się z zimna pod kocem, więc uznajmy, że jesteśmy kwita.

         W tym całym podróżowaniu zrobiłam się chyba za wygodna. A co tam, Hiszpania przecież nie taka droga - no to nie biorę jedzenia z Polski. I tak oto w dniu wyjazdu na Gibraltar wyszłam z domu w poszukiwaniu śniadania. 6 rano i wszystkie sklepy zamknięte, nic dziwnego - ale o 10 dalej były zamknięte. Takie życie w Hiszpanii. Tost z szynką kupiony na dworcu za 5 euro z powodu braku lepszych opcji chyba jednak zawsze będzie bolał.

        Na Gibraltarze słońce jednak mnie zawiodło. Świeciło w całym miasteczku - z wyjątkiem szczytu. Czy warto było więc gnać na sam dół Europy, żeby oglądać świat przez czarną chmurę? Po obiecywanym widoku na Maroko ani śladu, po chodzeniu w krótkim rękawku też. Cóż, pech czasem się zdarza - mi zdarzył się na Gibraltarze. Największe wrażenie i tak robią tam chyba małpy, których po tej wycieczce nie lubię jednak jeszcze bardziej niż wcześniej. Nie oszukujmy się - jak już się było w Azji, to małpy na wolności nie są znowu wcale aż taką atrakcją. A więc było ok, ale mogło być trochę lepiej. Cóż, ale w końcu nie każde miejsce musi przecież nie wiadomo jak zapadać w pamięć.


         Stwierdzić tu także muszę z całym przekonaniem, że Hiszpanie to zdecydowanie nie Włosi. W Hiszpanii ludzie są uprzejmi, nawet, gdy nie znają angielskiego, a jak znają, to nie udają, że nie znają (true story). I jakoś tak jest miło. Ciepło. Spontanicznie. Także Włochom podziękuję już teraz chyba naprawdę na długo, teraz zdecydowanie czas na Hiszpanię. To dokąd następne bilety?
Więcej

sobota, 21 października 2017

No w końcu Kopenhaga


         Z wyjazdów pod tytułem "no w końcu" spokojnie mogłabym zrobić całą serię. No w końcu Sztokholm, no w końcu Kuala Lumpur, no w końcu i Kopenhaga. No w końcu to takie miejsca, które od miesięcy lub lat maca się na mapie i do których wcale nie jest tak trudno pojechać, ale mimo to ciągle jakoś nie wychodzi. No to może w końcu w przyszłym roku będzie Portugalia - bo Hiszpanię jednak zaliczę jeszcze w listopadzie.

           Wycieczkę rozpoczęliśmy małą porcją wiedzy kulinarnej. Gdy już rozsiedliśmy się w Neptunbusie jadącym z lotniska Malmo do Kopenhagi, zajrzeliśmy do przewodnika (czy ktoś w ogóle jeszcze wozi ze sobą papierowe przewodniki?), w którym znaleźliśmy opis tradycyjnej duńskiej potrawy - smørrebrød. Gdy zorientowaliśmy się, że jest to ni mniej, ni więcej, opis zwykłej kanapki, zrobiło nam się smutno. Jak Duńczycy mogą być najszczęśliwszym narodem na świecie, skoro nie mają nawet porządnego duńskiego jedzenia? I rzeczywiście - po przyjeździe do Kopenhagi okazało się, że narodowymi potrawami Danii są hamburgery i hotdogi (tfu tfu, pølse, tradycyjna duńska kiełbaska - nie dajcie się na to nabrać), które serwuje 90% pubów. Pozostałe 10% to chińczyki i kebaby.

           Poza tym Duńczycy serio wyglądają na całkiem szczęśliwych.


      Mówi się, że Kopenhaga to little Amsterdam, czy jakoś tak, i trochę racji w tym jest. Rowerzystów jest całkiem sporo, ale są zupełnie inni niż w Amsterdamie - nie trąbią, nie wjeżdżają we wszystko i wszystkich, jeżdżą tam, gdzie im wolno (i nie jest to wszędzie) - ogólnie da się żyć i nawet chodzić po ulicy. Samo miasto też jest jakieś takie ładniejsze, więc widzicie - poprzeczka jest naprawdę wysoko.

            Ratusze miejskie na ogół są nudne i odwiedza je się bardziej dla formalności niż z ciekawości - a przynajmniej tak myślałam do tej pory. W ratuszu w Kopenhadze spokojnie możecie spędzić godzinę i gwarantuję, że nie będziecie mieli dosyć. Każdy będzie się do was uśmiechał, każdy pokaże wam drogę na wieżę (na którą w końcu i tak nie traficie), nikt was nie przegoni, nawet wtedy, gdy zabłądzicie i przypadkiem traficie do ratuszowej piwnicy. Mówiłam - godzina, jak nie lepiej.


        Niby Copenhagen for everyone, ale przyznać tutaj muszę, że na ulicach tego nie widać - plus dla Danii, że, w przeciwieństwie do Norwegii, lokalsów jest tam naprawdę sporo. Esencja Danii to ludzie - uśmiechają się do każdego, kto nosi aparat fotograficzny (chociaż nie, właściwie to po prostu do każdego), do tego mówią angielskim, jakiego nie powstydziłby się rodowity Brytyjczyk. Jak ja odnalazłam się w tej podróży? A co tam, stwierdziłam, że chcę choć raz wyglądać jak człowiek w mieście i wzięłam sobie na wyjazd płaszczyk zamiast tej starej kurtki, która była ze mną już wszędzie. I bardzo dobrze - wszyscy są tam naprawdę dobrze ubrani i byłoby wstyd chodzić jak wieśniak. Dania jest także pierwszym krajem, w którym widziałam, że faceci zajmują się dziećmi i wcale a wcale się tego nie wstydzą. Sobota rano i plagi tatusiów z wózkami w parku - czy nadal jesteśmy na planecie Ziemia? Gdybym chciała mieć dzieci, pewnie już rozglądałabym się za jakimś Duńczykiem.

         No i teraz to, co wszyscy lubimy najbardziej. Pierwsze lepsze mieszkanie i proszę - hygge pełną gębą. Oni naprawdę mają tam białe ściany, drewniane podłogi, wiszące doniczki w kuchni i książki na półkach z Ikei. Z hygge nie ma więc żartów. Wszystko fajnie, ale skąd właściwie wziąć pieniądze na trzy pokoje w kamienicy na Fredriksburgu? Spokojnie, Duńczyków też nie stać na te mieszkania - gdyby było inaczej, nie byłoby tam airbnb.


        No i na koniec cenne podróżnicze lekcje, bo przecież nie obyło się bez wyjazdowych przypałów.

         Po pierwsze: to, że lotnisko jest otwarte całą dobę, wcale nie znaczy, że można się na nie dostać przez całą dobę. Rozwiązanie problemu: zamiast w Malmo musieliśmy spać na lotnisku w Kopenhadze. Odpowiedź na pytanie, po co w takim razie jest otwarte w nocy, skoro nie jeżdżą na nie żadne autobusy ani nie latają stamtąd wtedy samoloty, pozostaje bez odpowiedzi.

        Po drugie: godzina zamknięcia bramki napisana na bilecie wcale nie oznacza zamknięcia bramki do odprawy bagażu, ale rzeczywiście bramki do samolotu (sic - tyle latam, a nie wiedziałam). Teraz już to wiem tak jak każdy, kto choć raz biegł z rozwianym włosem przez terminal na Chopinie na hasło Malmo: Last call.

        Aha, no i chyba nigdy więcej free walking tour. Znowu próbowaliśmy. Znowu klapa.

Kopenhaga mówi dobranoc

          I na koniec parę spraw organizacyjnych. Mój online life zdecydowanie nie jest już taki jak kiedyś - miałam pisać więcej i częściej, ale po 9 godzinach przed korpo monitorem serio nie mam już siły na więcej komputera. Także chcę dobrze, a wychodzi jak zwykle.

             Wyjazdy na ten rok mam już zaplanowane i o dziwo liczenie dni urlopowych idzie mi całkiem nieźle. W związku z tym, liczenie na to, że w przyszłym roku znowu pojawię się w Azji, również.
Więcej

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Lwów na weekend - wakacje dla bezrobotnych



        Geneza tegorocznego wyjazdu do Lwowa była prosta. Jeśli są dwie osoby, które koniecznie chcą jechać na wakacje, ale tak się złożyło, że obie 1. nie mają pieniędzy, 2. nie mają pracy, 3. nie wiedzą, kiedy będą miały pracę, to opcje są dość mocno ograniczone. Malta odpadła więc jeszcze w przedbiegach, Cypr analogicznie, no i znowu pewnie nie będzie już w tym roku ani Hiszpanii, ani Portugalii. Trochę boli, nie powiem, ale ostatecznie lepsze są jednak jedne słabe wakacje niż potem słabe życie.

      Czy we Lwowie było jednak słabo? Nie - to był wspaniały balsam na serce złamane drugim miesiącem bez wypłaty i odbijaniem się od drzwi do drzwi podczas chodzenia na rozmowy kwalifikacyjne. We Lwowie to się można poczuć. Wzięliśmy pod pachę mapę, trzy tysiące hrywien i ruszyliśmy na skrzętnie zaplanowane, trzydniowe tournée po lwowskich restauracjach. My naprawdę próbowaliśmy: śniadanie, potem gofry, potem obiad, potem deser, potem drugi obiad, piwo, trzeci obiad, wino, no i jeszcze przecież kolacja. Potwierdzamy: nie dało się wszystkiego wydać, trzeba było przed wyjazdem dopychać torby wódą, której nie pijemy i papierosami, których nie palimy. Ps. Tak między nami, to obżarliśmy się tak strasznie gruzińskimi pierogami, że nie daliśmy już rady wejść na Wysoki Zamek. Wstyd.


          Tegoroczne zwiedzanie Lwowa było zupełnie inne niż to sprzed pięciu lat. Pięć lat temu - na przypale, bez mapy, chyba było mi wtedy wszystko jedno, co tak właściwie zobaczę. Teraz - chciałam zobaczyć wszystko, tu dzielnica żydowska, tu ormiańska, chodźmy do katedry, chodźmy do synagogi, chodźmy do kolejnego kościoła poszukać polskich napisów. W końcu byłam na Cmentarzu Łyczakowskim, tam też większość grobów jest polska. I tak sobie myślę, że bez obrazy dla Ukraińców, bo ja rozumiem, że na czymś muszą budować swoją kulturę, ale że ukraiński Lwów? Co jak co, no ale ej, to nasze jest. Przy zwiedzaniu zaliczyliśmy przy okazji jedną wpadkę, która nazywa się free walking tour. O ile w Kijowie taką przyjemność oceniłabym na ładne 5+, tak tutaj nie dałabym nawet czwórki. Naprawdę miałam nadzieję, że już nigdy w życiu nie poczuję się oprowadzana jak na wycieczce szkolnej, a jednak - stało się. Nie dość, że w program obejmował spacer pod wszystkie bary z tripadvisor, to jeszcze doszły do tego infantylne opowieści o tym, że świat wynaleziono na Ukrainie. Naprawdę, to nie jest wcale tak, że ja coś mam do Ukraińców, ale co sobie czasem nawymyślają, to sobie nawymyślają.


         Po raz drugi jednak stwierdzam, że we Lwowie teraz, zaraz, mogłabym mieszkać - nie ma takiego miasta w Polsce. I o ile wcześniej nie miałam bólu dupy, że już tego Lwowa nie mamy, tak teraz troszeczkę mi się włączył. W sumie to i mogłam tam zamieszkać, myślałam o tym nie raz, pracowałam przecież zdalnie i do domu tylko 200 kilometrów, ale stać za każdym razem 9 godzin na granicy? Albo tłuc się znowu cały dzień marszrutką przez Przemyśl? Nie, z bólem serca, ale muszę podziękować. A pomyśleć, że kiedyś to potrafiłam spędzić całą noc w autobusie, a rano tylko umyć twarz w łazience na dworcu i przejść z buta całe miasto. Kiedyś wróciłam z Lwowa z torbą odżywek do włosów, a teraz z wódką i papierosami (nie piję, nie palę, poczujcie tę metaforę). Wniosek? Powroty w te same miejsca pokazują, jak bardzo się z biegiem czasu zmieniamy. Oj, bardzo. Bardzo.
Więcej

czwartek, 10 sierpnia 2017

Od freelancera do korposzczura: historia jak najbardziej prawdziwa


         Cześć, mam na imię Klaudia, mam 23 lata i jestem cyfrowym nomadą. Tak od 1,5 roku przedstawiam się w sieci mniej więcej za każdym razem, gdy piszę o tym, że fajnie jest podróżować. Bo jest fajnie - wiem to, gdy przypominam sobie wieże Petronas, które widziałam ze stacji metra niedaleko mojego mieszkania w Kuala Lumpur. W tamtym czasie na kolację pijałam koktajl z banana i mango, w drodze na trening mijałam wieżę KL Tower, a w weekendy jeździłam na wycieczki do malezyjskiej dżungli. Życie cyfrowego nomady jest obłędne. Możesz być gdziekolwiek chcesz - bez ograniczonego urlopu, bez zobowiązań, bez niczego, co trzymałoby cię w miejscu. Jeśli masz ochotę, możesz zamieszkać w Budapeszcie, podróżować po Turcji, być w Czechach, w Malezji, w Słowenii, w Izraelu. Myślałam, że tak będzie zawsze. Chciałam, by tak było zawsze.

             Ale życie ma jednak swoją dynamikę, której nie można uniknąć. Wiele rzeczy się zmienia, gdy po wielu miesiącach ciągłego podróżowania w końcu postanawiasz, że jednak chcesz mieszkać w Polsce. Gdy urządzasz swoje pierwsze mieszkanie, kupujesz (kolejny już) bilet miesięczny, zaczynasz mieć ulubione miejsca na mieście i poznawać ludzi, którzy zostaną z tobą dłużej niż chwilę. Kiedy przywozisz stół z Ikei, zaczynasz spędzać pierwsze letnie wieczory nad Wisłą i po dwóch latach przerwy składasz papiery na nowe studia. Gdy w końcu wiesz, że naprawdę chcesz być teraz tutaj, wśród tych ludzi, jeździć codziennie tym tramwajem i kupować bagietki w tej piekarni. Gdy wysiadasz z metra i w końcu czujesz się jak w domu. Uwielbiam Warszawę.

            I wtedy też okazuje się, że na świecie są majówki, święta, długie weekendy - dni wolne, których ty nie masz, bo każde wakacje zawsze musisz odrobić. Kiedy zdajesz sobie sprawę, że 20 dni urlopu to naprawdę nie jest dużo, ale jednak to 20 dni niepracowania, za które ktoś ci zapłaci. Ty możesz mieć wolne, owszem, kiedy chcesz - ale zawsze niepłatnie. Nie pracuję - nie zarabiam. Gdy okazuje się, że żeby wyjechać na krótkie wakacje, już kilka miesięcy wcześniej musisz harować ponad siły. Chciałam pracować zdalnie, żeby podróżować, ale wierzcie mi - przy takim układzie bilety wcale nie chcą się kupować, bo praca nie chce i naprawdę nie może się zostawiać.


            Praca zdalna sprawdzała się świetnie, gdy naprawdę chciałam miesiącami podróżować i zostawać na dłużej w jednym miejscu. Przestała się sprawdzać, gdy postanowiłam zamieszkać w Polsce, a z podróży robić po prostu wakacje. Bo w końcu ile można odrabiać święta i długie weekendy, ile można myśleć o wyjazdach, nie mogąc w ogóle zaplanować budżetu - bo przecież nigdy nie wiem, ile zarobię w kolejnym miesiącu. No i w końcu: czy naprawdę chcę do końca życia siedzieć w domu i klepać teksty o śmiesznych koszulkach z nadrukami i kosiarkach? Nie, nie chcę. Chyba jednak stać mnie na więcej. Może można być freelancerem, jeśli już przepracowało się swoje w agencjach, redakcjach, korporacjach, i posłuchało się trochę mądrzejszych od siebie - a pracując w domu, nigdy nie będę miała szansy uczyć się od lepszych. Nigdy nie zobaczę, jak to się robi w dużych firmach - tym samym nie dam szansy swojej firmie, aby kiedyś stała się duża. I mogłabym tu pisać bajki o tym, że nie warto się poddawać, że trzeba walczyć do końca - ale jakoś wcale nie chce mi się walczyć o te artykuły o kosiarkach, brak wakacji i brak rozwoju.

        Dla podróży od zawsze poświęcam naprawdę wiele. To właśnie z ich powodu pewnego dnia postanowiłam pracować zdalnie, wozić laptopa w bagażu podręcznym, wynajmować przypadkowe mieszkania i kombinować, jak tylko się da - byle częściej, byle więcej, byle dalej. Było fajnie, ale w nowych okolicznościach nie sprawdzają się stare modele i zmiany są nieuchronne. Podjęłam więc decyzję: czas na etat. W przyszłym tygodniu zaczynam pracę w Henkel Polska. Nie rzucam podróży. Nie jest mi szkoda. Niczego nie żałuję, bo wiem, że gdyby nie radykalne decyzje, nie byłabym tu, gdzie teraz jestem.

          Swoją drogą - jeśli chodzi o podróże, to post z Norwegii jest już in progress, jutro ruszam do Lwowa, a za miesiąc do Kopenhagi.
Także stay tuned - będą nowości.
Więcej