piątek, 5 maja 2017

Przestań zazdrościć mi podróżowania


         Nie wiem, co myślą o mnie ludzie, którzy znają mnie głównie z Facebooka, ale chyba mogę się domyślić. W końcu wystarczy spojrzeć na moją tablicę, aby zauważyć, że mój tryb życia nie jest do końca normalny. Bywają dni, że zwyczajnie trudno jest ustalić, gdzie obecnie jestem. Nikogo nie dziwi już to, że wybieram się na Łotwę, po czym ląduję w Mołdawii. Że przeprowadzam się na Węgry, a tydzień później dodaję zdjęcia z Czarnogóry i Albanii. Że jadę do Malezji, siedzę tam przez dwa miesiące i Bóg jeden wie, co tam właściwie robię.

         I wtedy dzieje się to: Ale ci zazdroszczę...
         I chyba nie ma osób, które podróżują i które nigdy tego nie usłyszały.

        Cofnijmy się do początku. Jest rok 2012, ledwo otwieram oczy po własnej studniówce, gdy wreszcie dostaję wiadomość: jadę. Po trzech latach walki, czekania, chodzenia, proszenia, płaszczenia się, płakania, przeżywania, noszenia papierów - jadę. Jadę na wymianę do Izraela. To nic, że za dwa miesiące egzaminy, że ponoć właśnie waży się cała moja przyszłość, a ja zamierzam sobie leżeć przez tydzień pod palmą i że nie będzie mnie na próbnych maturach. Chyba żartujesz, słyszałam. Jesteś nieodpowiedzialna - słyszałam. A tu maturę zdałam dobrze, dostałam się tam, gdzie chciałam, dziś ledwo pamiętam już cokolwiek ze studiów, takie były super ważne. Było warto.

         Rok później stoję już po raz pierwszy na lubelskiej wylotówce na Rzeszów. Jadę do Budapesztu z plecakiem i gitarą. Nie mam pojęcia, czy ktoś w ogóle się zatrzyma, bo dopiero testuję ten cały autostop. Plecak mi ciąży, gitara parzy w rękę, tak bardzo czuję się jak głupek, kiedy macham do samochodów i próbuję się uśmiechać. Kilka minut później faktycznie jednak wrzucam rzeczy do czyjegoś bagażnika i już wiem: to się uda. W ciągu kolejnych miesięcy jeszcze wiele razy decyduję się więc na dźwiganie plecaka po kilka godzin, stanie przy autostradzie, koczowanie na stacjach benzynowych i wdychanie pyłu i spalin. Tego samego roku po raz pierwszy nocuję na Couchsurfingu. Rodzice mówią, że dadzą mi na hostel, bylebym tylko spała w normalnym miejscu. Ja jednak mam 19 lat i wiem, że jak teraz nie zacznę podejmować własnych decyzji, to być może nie zacznę już nigdy.


          Jest rok 2015. Po obronie licencjatu wychodzę z uczelni i nigdy na nią nie wracam, nawet po to, żeby odebrać dyplom. Zamiast tego wyjeżdżam do Budapesztu, żeby zacząć żyć życiem, jakie sobie wtedy wymyśliłam. Znalezienie stażu zajęło mi ponad pół roku. Spędziłam długie noce na poszukiwaniu ofert, co tydzień wysyłałam dziesiątki maili. Ileż to nawypełniałam się wszelkiej maści aplikacji, napisałam listów motywacyjnych i tych wszystkich rzeczy o sobie, bez żadnej gwarancji, że gdziekolwiek się dostanę. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mam przed sobą rok słuchania o tym, że popełniam w życiu same błędy. Że jestem nikim bez magistra, że doświadczenie bez dyplomu się nie liczy i że odbieranie telefonów to jedyna praca, jaką znajdę, jeśli w tej chwili nie wrócę do Polski i nie dokończę studiów. Później słyszałam też oczywiście, że praca w domu to nie praca.

           No i w końcu przyszedł 2016 - rok, w którym postanowiłam zamieszkać w Malezji i zarabiać na wyjazd podczas podróży. Nie było łatwo spędzać dni w pokoju i pracować, kiedy było się w Azji, wokół było tyle rzeczy do zrobienia i zobaczenia, tyle miejsc do odwiedzenia, tyle do spróbowania. Wiedziałam jednak, że to jedyny sposób na to, abym mogła wyjeżdżać gdzie chcę i kiedy chcę - nie było więc mowy o tym, żeby odpuścić. Do Malezji pojechałam sama. Sama taszczyłam po schodach walizkę, szukałam dworca, pytałam o drogę. W tym samym roku jeździłam też na projekty, bywałam w różnych miejscach, żyłam jak nomada, bez domu, bez żadnego stałego miejsca. Dwa miesiące w Azji, tydzień w Budapeszcie, tydzień w Lublinie, tydzień w Rumunii, tydzień w Warszawie, tydzień w Kijowie. Czasem przez miesiąc nie rozpakowywałam walizki. Ciągle korzystałam z turystycznego ręcznika, nie miałam czasu na czytanie książek i malowanie paznokci.


          Podróżowanie to życie w ciągłym biegu. Bez miejsca, bez stałości, bez mianownika, czasem nawet bez celu. To ciągłe zastanawianie się: czy zdążę na autobus? czy poradzę sobie z bagażem? jak dojadę na lotnisko o 2 w nocy? gdzie moja karta pokładowa? co zrobię, jak zabraknie mi pieniędzy? gdzie w ogóle będę za miesiąc, za pół roku, za rok? Podróżowanie to życie, w którym nie można pójść na imprezę i wydać stówy na drinki i taksówkę. Życie, w którym rzadko kupuje się nowe ciuchy, a wszystkie ceny przelicza na bilety lotnicze. W którym jest się obecnym tak rzadko, że znajomi przestają zapraszać cię na Sylwestra i pamiętać o twoich urodzinach. Zawsze fajnie jest myśleć, że ktoś w takim życiu dostaje magiczne prezenty. Łatwo jest zazdrościć innym podróżowania, gdy nie widzi się, z ilu rzeczy muszą przez to rezygnować każdego dnia. Najczęściej ze stałości, relacji, bezcennego czasu spędzanego z bliskimi. Nie tylko z francuskiego manicure, pina colady i dziewiątej pary butów.

       Dlaczego więc robię to wszystko? Dlatego, że bardzo chcę. Dlatego, że pewnego dnia wymyśliłam sobie, że będę podróżować. Bo tak po prostu postanowiłam, że nie będę oglądać świata przez okno przeglądarki i że nikomu nie będę niczego zazdrościć. Bo wiem, że nie byłabym szczęśliwa bez wyjazdu do Kuala Lumpur, bez projektów, bez autostopu, bez wymiany do Izraela. Czasem ryzykuję, czasem się martwię, czasem zastanawiam się, czy następnym razem będę miała do czego wracać. Ale po prostu pakuję walizkę i jadę. Zawsze i tak jadę.

            Dlatego właśnie mam już dość słuchania tych wszystkich miałkich tekstów: ale ci fajnie, też bym tak chciała. Podróż nie jest czymś, co się dzieje, ale czymś, co się robi. Bez wahania, bez kalkulacji, bez czekania na okazje i lepsze momenty. To coś, na co, tak jak na wszystko inne, trzeba zapracować - swoim czasem, wysiłkiem, kompromisami, poświęceniem, czasem zmęczeniem, samotnością, tęsknotą. Jeśli więc nie podróżujesz, ale ciągle zazdrościsz innym podróżowania, to zastanów się, czy nie robisz tego, bo rzeczywiście nie możesz, czy może dlatego, że tak naprawdę wcale tego nie chcesz.
Więcej

wtorek, 18 kwietnia 2017

Pochwała prostoty, natury i pieniądza. Norwegia - Alesund


         Nie ma to jak kupić kolejne bilety do Norwegii, zanim jeszcze napisało się wpis z poprzedniego wyjazdu. Ale tak już mam z tą Norwegią - o tym, że będę tam często wracać, wiedziałam od momentu, kiedy ponad trzy lata temu wylądowałam na lotnisku Oslo Rygge. Wymyśliłam sobie wtedy, że urządzę kiedyś kuchnię w stylu scandi, że nauczę się norweskiego i że zwiedzę tą Norwegię, chociaż jest zimna, daleka i droga. Gdybanie trochę trwało, ale w tym roku w końcu się skończyło: norweski jest już in progress, w czerwcu będzie hasanie po Preikestolen, nawet kuchnia już się urządza. No i Alesund: zaliczone!

          Alesund to typowe norweskie miasteczko, w którym niby nic ciekawego nie ma, ale jeśli tylko masz trochę siły i ochoty na chodzenie po górach, to nagle się okazuje, że jest całe mnóstwo. Oprócz ochoty i siły polecam też ze sobą zabrać: 1. dobre buty (zwłaszcza wiosną, gdy na szczytach jest jakieś 30 cm śniegu) i 2. dobry plecak. Albo chociaż jakikolwiek plecak. Ciągle mam nadzieję, że moje zdjęcie, na którym wchodzę na Godøyę z torebką, nie zostało smutną atrakcją norweskiego Spotted: W górach.

          O tym, że w Norwegii tanio nie jest, już nawet nie piszę, ale mogę za to napisać, jak zrobić, żeby było choć trochę taniej. Umówmy się, że jak w Polsce miska zupy kosztuje 7 zł, to nie mamy ochoty wydawać na nią 40 w Norwegii, a jak za hamburgera płacimy zwykle 15 zł, to nagle 80 zł nie jest spoko. Jak widzi się te ceny, to aż się odechciewa wyjazdu, ale wystarczy przejść się do kultowego marketu Rema1000, aby nagle się okazało, że parę rzeczy da się kupić całkiem tanio. Albo nawet ekstremalnie tanio. Słoik pesto za 3 zł? Been there. Do dziś żałuję, że leciałam tylko z podręcznym - wzięłabym od razu z dziesięć. Tak więc, wystarczyło tylko dobrze rozejrzeć się w sklepie, aby kupić obiad i śniadanie złożone z kanapki z kurczakiem, nadziewanej tortilli, smoothie, banana, chipsów i pesto za 20 zł na osobę. A i tak najlepiej jest po prostu wziąć jedzenie z Polski i nie zawracać sobie głowy zakupami. Jest jeszcze jeden myk. Jeśli chcecie pojechać do Norwegii, a już naprawdę nie macie kasy, to mała podpowiedź: kupcie papierosy na bezcłówce i dołączcie do jakiejkolwiek grupy Polaków w Norwegii na Facebooku, a będziecie wiedzieli, co dalej robić. No i muszę powiedzieć, że chyba w końcu przekonałam się do AirBnb, tego nieszczęsnego AirBnb, gdy okazało się, że w Norwegii to właśnie tam można znaleźć najtańszy i najlepszy nocleg. I może się starzeję, może przestaję być lowcostowym podróżnikiem, ale zwyczajnie nie chce mi się już spać na lotniskach ani wypisywać histerycznych próśb na Couchsurfingu. A może gdy się pracuje i zarabia, to większą frajdę sprawia jednak wydawanie niż oszczędzanie?

       No więc wyjazd do Alesund minął mi pod hasłem gór, śniegu, pesto, spacerów, zakupów i papierosów. A co ze zwiedzaniem? Rzadko mi się zdarza, że brakuje mi słów, ale chyba właśnie się zdarzyło.

Więcej

czwartek, 16 marca 2017

Co czytałam zimą? Propozycje nie tylko podróżnicze + konkurs!


          Przeprowadzka do Warszawy była naprawdę dobrym pomysłem. Nie tylko dlatego, że mam teraz bliżej na lotnisko, mogę częściej bywać w Lublinie i chodzić na koncerty Domowych Melodii. Okazało się też, że mieszkanie w stolicy bardzo sprzyja czytaniu książek. Ile pozycji przeczytałam w 2016 roku? Tyle, że wstyd nawet o tym wspominać. Teraz na szczęście nadrabiam wszelkie zaległości - wystarczyło spędzać około 20 minut dziennie w warszawskim metrze, aby w ciągu czterech miesięcy przeczytać siedem pozycji.

          Jakie książki lubisz? - słyszę od czasu do czasu. Jak to jakie? Po prostu dobre - odpowiadam. Zupełnie nie rozumiem tych pytań o tematykę czy gatunek, w końcu o wszystkim można napisać książkę dobrą lub kiepską, w każdej kategorii znaleźć bubla i arcydzieło. A więc, po które z tych siedmiu przeczytanych tytułów warto było sięgnąć?

  • Dziewczyna z pociągu (Paula Hawkins). Gdybym miała w kilku słowach opisać tę książkę, powiedziałabym, że to dobry kryminał. Nie świetny, nie niesamowity, nie fenomenalny - po prostu dobry. Wzorowy, poprawny, trzymający w napięciu i dokładnie taki, jaki kryminał powinien być. Żaden tam znowu fenomen, ale do przeczytania.
  • Jeden z nas. Opowieść o Norwegii (Åsne Seierstad). Czy wiesz, jak wyglądały kulisy najgłośniejszej zbrodni w historii Norwegii? Jakie były jej motywy, jak ją przygotowano i co po sobie pozostawiła? Jeśli nie, to uważam, że powinieneś to wiedzieć. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam w ręku tak dobrą książkę. Nie daje o sobie zapomnieć.
  • Monsun przychodzi dwa razy (Anna Janowska). W tej książce trochę się zgubiłam. Autorka ma do opowiedzenia wiele i chce o wszystkim mówić na raz, no i mamy - tu pieprz, tu łódki, tu Vasco da Gama. Trochę nie leżało mi to skakanie po tematach, ale co się dowiedziałam o uprawie pieprzu i cechach wspólnych kultur Omanu, Indii i Zanzibaru, to moje. Tą właśnie książką mogę się z Tobą podzielić - koniecznie zajrzyj na koniec wpisu!
  • Odzieżowe niewolnictwo (Marek Rabij). Jak wygląda produkcja ubrań, które widzimy codziennie w europejskich sieciówkach? Takich obrazów trzeba szukać w Bangladeszu, jednym z najbiedniejszych państw Azji. Główna myśl, jaka została mi po jej przeczytaniu jest taka, że dobrymi chęciami i pisaniem poważnych książek nie zmienimy szarego świata. A szkoda.
  • Małe życie (Hanya Yanagihara). Najlepszy przykład na to, że czasem bestsellery są bestsellerami nie bez powodu. I na to, że można ryczeć jak bóbr przy książce o gejach. Trochę spoileruję, ale tylko trochę. I nawet pomyślałam sobie przez chwilę, że gdybym miała kiedykolwiek napisać powieść, to chciałabym napisać właśnie taką.
  • Ikigai. Japoński sekret długiego i szczęśliwego życia (Hector Garcia, Francesc Miralles). Książka na jeden wieczór (opcjonalnie: pięć, sześć przejazdów metrem), ale całkiem ciekawa. Czy naprawdę wierzyć w opisany w niej sekret długowieczności? Tego nie wiem, ale niektóre zasady kultury Ikigai na pewno się przydadzą. Zwłaszcza, gdy mieszka się w Warszawie.
  • Najgorszy człowiek na świecie (Małgorzata Halber). Czytam, i myślę sobie: debiut. Na pewno debiut. Ale całkiem niezły debiut: ten styl pisania ma w sobie coś, co naprawdę wciąga. Jestem na tak, chętnie wezmę więcej.

I na koniec mały konkurs! Wygraj książkę:
 "Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar"
Jak? Szczegóły tutaj!

Zapraszam do udziału wraz z wydawnictwem MUZA S.A.
Więcej

czwartek, 9 marca 2017

Kraina śniegu i lodu. Listopadowy Kijów

     
          Tak, tak, wiem. Mamy już marzec, w całej Polsce jest już właściwie wiosna i nikomu nie chce się czytać o śniegu i mrozie. Ale trudno - i tak podzielę się z wami Kijowem. Niby byłam tam w listopadzie, a prawdziwa kraina lodu to była w styczniu i lutym, ale wierzcie mi, że gdy wylądowałam na lotnisku Żuliany, to śnieg po kolana i temperatura poniżej zera dały mi popalić. No i po co było przyjeżdżać tutaj zimą, myślałam, przecież wiedziałam, że tak będzie, no po co. Nie dość, że zimno, to jeszcze zwiedzanie po ciemku też raczej nie jest na propsie. No trudno. Na szczęście zimowy Kijów bywał nie tylko ponury i szary, ale i całkiem kolorowy - ostatecznie siedziałam tam przez tydzień, więc coś o tym wiem.

        Po co właściwie pojechałam do Kijowa? Oficjalnie po to, żeby odwiedzić dawną znajomą. Mniej oficjalnie: zajrzeć do Sokolova Dance Studio (w ramach turystyki pole dancowej), więc pierwsze, co zrobiłam zaraz po tym, jak dotarłam do mieszkania wynajętego przez ukraińskiego OLX-a, to pojechałam na trening. Dopiero w drodze powrotnej kupiłam kanfietki i wysiadłam na Majdanie, żeby w ogóle cokolwiek zobaczyć w mieście. Kijowskie metro co chwila zjadało mi żetony i w ogóle było tak strasznie stare, że przebiło chyba wszystkie znane mi dotąd metra. Właściwie to przez pierwsze dwa dni nudziłam się strasznie, było zimno i nie chciało mi się nic. Potem jednak Kijów okazał się całkiem fajny. To właśnie tam po raz pierwszy wybrałam się na free walking tour i zaliczyłam najlepsze w życiu spotkanie couchsurfingowe, a mówiłam już przecież, że więcej nie pójdę, a tu proszę - było całkiem fajnie. Najadłam się też pyszności za wszystkie czasy - jeśli chcecie zjeść obiad złożony z mięsa, ziemniaków, surówki, ciasta i piwa i zapłacić za wszystko 11 zł, to tylko w Pyzatej Chacie. Mają tam też świetne pierogi, te z kartoszkami, no rewelacja. Czas w obcym mieście naprawdę mija fajniej, gdy wiesz, że możesz się dobrze najeść.


        No to teraz zwiedzanie. Dwie trzygodzinne free walking tour wystarczyły, żeby z grubsza zobaczyć miasto, ale co, jeśli człowiek ma spędzić w Kijowie cały tydzień? Nie mogę sobie już nawet przypomnieć, co dokładnie robiłam. Trochę treningów, trochę pracy, trochę włóczenia się po mieście, spotykania z ludźmi, i czas mijał całkiem sympatycznie. Oprócz typowych atrakcji widziałam też wystawę o Majdanie i szkoda mi było, że tego Majdanu było trzeba na Ukrainie, aby teraz widzieć tam wszędzie ukraińskie flagi. Czy polskie kiedykolwiek zawisną w Polsce, czy będziemy je widywać tylko 1 maja i na obchodach miesięcznicy Smoleńska? Tego nie wiem, ale myślę, że flagi narodowe, które są obecne wszędzie w Turcji, Malezji, a teraz też na Ukrainie, to naprawdę fajna sprawa. Zdarzyło mi się też wybrać do Muzeum Czarnobyla. No i teraz tak: wyobraźcie sobie, że wchodzicie do muzeum, są tam sale, eksponaty, i ogólnie wszystko pięknie i ładnie. Tylko, że nie ma żadnych podpisów, i nie to, że nie ma po angielsku, ale nawet po ukraińsku nic. No więc stoicie przed tą gablotką i zastanawiacie się: czy tego misia znaleziono pod gruzami? Czy te kombinezony były używane podczas akcji ratowniczej? A kim są ci ludzie w mundurach na czarno-białych zdjęciach? Jedno jest pewne: w tym muzeum się tego nie dowiecie.

        Co więcej? Ukraina dała mi trochę w kość - kulturowo. Bo ja to zawsze myślałam, że my i oni to prawie to samo, że przecież sąsiedzi, i język prawie ten sam... A tu przyjeżdżam do Kijowa i widzę przepaść. Podróżuj, mówili. Otworzysz się na świat, mówili, i zobaczysz, że ludzie na całym świecie wcale się aż tak bardzo nie różnią. No to podróżuję, i im więcej widzę, tym bardziej stwierdzam, że guzik prawda: jednak się różnią. Wystarczy pojechać choćby na Ukrainę, żeby się o tym przekonać.

         Ogólnie, to Kijów do odwiedzenia fajny i naprawdę polecam.

Więcej

poniedziałek, 13 lutego 2017

Jak pracować zdalnie w podróży?


       "Pani Klaudio, czy możemy się umówić na Skype o 20?". "Drogi Panie Kliencie, ale u mnie będzie wtedy 2 w nocy!". W ten oto sposób muszę wspomnieć tutaj o tych kilku niedogodnościach pracy w tropikach. Trochę ich pewnie będzie - ale tylko trochę. Bo tak właściwie, to czy zdalne pracowanie w podróży naprawdę jest aż takie fajne? Już odpowiadam: tak. Jest.

          Budzę się rano i pierwsze, co robię, to włączam wiatrak. W Malezji zawsze jest tak gorąco, że każdej nocy niemal walczę o to, żeby w ogóle zasnąć - ten wiatrak po prostu ratuje mi dzień. Wiem, że gdy wyjrzę przez okno, zobaczę to, na co od kilku tygodni mogę patrzeć codziennie - góry i condominium z basenem widoczne z 19 piętra mojego apartamentowca. Biorę prysznic i z mokrymi jeszcze włosami zjeżdżam windą na sam dół, na śniadanie do małej, pakistańskiej knajpki. Każdy mnie tam już zna i czuję się trochę tak, jakbym była w domu. Zamawiam to, co zawsze - roti planta albo roti milo - i herbatę, która jak zwykle jest zdecydowanie za słodka. Za wszystko płacę kilka złotych - takie uroki mieszkania w Azji, że można nie gotować i jeść dobrze za grosze. Siadam przy stoliku nad brzegiem basenu, piję moją herbatę, płacę, na koniec robię jeszcze zakupy w małym markecie. No i wracam na górę, przekręcam klucz w drzwiach mieszkania, odpalam komputer i rozpoczynam dzień pracy, słuchając cichego brzęku wentylatora i patrząc od czasu do czasu na góry za oknem.

         Cieszę się, że mam 6 godzin przewagi względem deadlinów. Jeśli coś ma być zrobione do 18, oznacza to, że mam na to czas do północy. Ale rzadko korzystam z takiej taryfy ulgowej - wieczorem zwykle wychodzę z mieszkania, idę na stację metra, wsiadam do klimatyzowanego pociągu i jadę prosto do centrum Kuala Lumpur. Jeśli nie idę akurat na trening (w Malezji też mają szkoły pole dance!), to spaceruję po mieście, spotykam ludzi, piję drinki w Sky Barze (tylko w środy - Ladies Night) albo jem kolację w dzielnicy indyjskiej. A potem znów wsiadam do pociągu, wracam do swojego mieszkania, po drodze kupuję świeży sok z bananów i mango i myślę, że chyba jest całkiem dobrze. Jest dokładnie tak, jak zawsze chciałam, żeby było.


         Mówią, że praca w podróży wcale taka fajna nie jest. Że tak naprawdę to nie da się pracować na plaży, bo nie ma prądu, bo sok z kokosa wylewa się na klawiaturę, a równikowe słońce świeci prosto w monitor. Ale co oni tam wszyscy wiedzą. Bo czy może być coś lepszego od tych śniadań nad brzegiem basenu, koktajli z mango i widoku gór za oknem?

         "Pani Klaudio, życzę Pani miłego dnia, bo patrząc na godzinę wysłania wiadomości widzę, że będzie on bardzo intensywny" - pisze ktoś, kto dostał mojego maila o 4:40 polskiego czasu. Droga Pani Klientko, myślę. On wcale nie będzie aż taki intensywny. Ja po prostu pracuję w innej strefie czasowej.


Chcesz otrzymywać wskazówki dotyczące pracy zdalnej i podróży?
Więcej