czwartek, 10 sierpnia 2017

Od freelancera do korposzczura: historia jak najbardziej prawdziwa


         Cześć, mam na imię Klaudia, mam 23 lata i jestem cyfrowym nomadą. Tak od 1,5 roku przedstawiam się w sieci mniej więcej za każdym razem, gdy piszę o tym, że fajnie jest podróżować. Bo jest fajnie - wiem to, gdy przypominam sobie wieże Petronas, które widziałam ze stacji metra niedaleko mojego mieszkania w Kuala Lumpur. W tamtym czasie na kolację pijałam koktajl z banana i mango, w drodze na trening mijałam wieżę KL Tower, a w weekendy jeździłam na wycieczki do malezyjskiej dżungli. Życie cyfrowego nomady jest obłędne. Możesz być gdziekolwiek chcesz - bez ograniczonego urlopu, bez zobowiązań, bez niczego, co trzymałoby cię w miejscu. Jeśli masz ochotę, możesz zamieszkać w Budapeszcie, podróżować po Turcji, być w Czechach, w Malezji, w Słowenii, w Izraelu. Myślałam, że tak będzie zawsze. Chciałam, by tak było zawsze.

             Ale życie ma jednak swoją dynamikę, której nie można uniknąć. Wiele rzeczy się zmienia, gdy po wielu miesiącach ciągłego podróżowania w końcu postanawiasz, że jednak chcesz mieszkać w Polsce. Gdy urządzasz swoje pierwsze mieszkanie, kupujesz (kolejny już) bilet miesięczny, zaczynasz mieć ulubione miejsca na mieście i poznawać ludzi, którzy zostaną z tobą dłużej niż chwilę. Kiedy przywozisz stół z Ikei, zaczynasz spędzać pierwsze letnie wieczory nad Wisłą i po dwóch latach przerwy składasz papiery na nowe studia. Gdy w końcu wiesz, że naprawdę chcesz być teraz tutaj, wśród tych ludzi, jeździć codziennie tym tramwajem i kupować bagietki w tej piekarni. Gdy wysiadasz z metra i w końcu czujesz się jak w domu. Uwielbiam Warszawę.

            I wtedy też okazuje się, że na świecie są majówki, święta, długie weekendy - dni wolne, których ty nie masz, bo każde wakacje zawsze musisz odrobić. Kiedy zdajesz sobie sprawę, że 20 dni urlopu to naprawdę nie jest dużo, ale jednak to 20 dni niepracowania, za które ktoś ci zapłaci. Ty możesz mieć wolne, owszem, kiedy chcesz - ale zawsze niepłatnie. Nie pracuję - nie zarabiam. Gdy okazuje się, że żeby wyjechać na krótkie wakacje, już kilka miesięcy wcześniej musisz harować ponad siły. Chciałam pracować zdalnie, żeby podróżować, ale wierzcie mi - przy takim układzie bilety wcale nie chcą się kupować, bo praca nie chce i naprawdę nie może się zostawiać.


            Praca zdalna sprawdzała się świetnie, gdy naprawdę chciałam miesiącami podróżować i zostawać na dłużej w jednym miejscu. Przestała się sprawdzać, gdy postanowiłam zamieszkać w Polsce, a z podróży robić po prostu wakacje. Bo w końcu ile można odrabiać święta i długie weekendy, ile można myśleć o wyjazdach, nie mogąc w ogóle zaplanować budżetu - bo przecież nigdy nie wiem, ile zarobię w kolejnym miesiącu. No i w końcu: czy naprawdę chcę do końca życia siedzieć w domu i klepać teksty o śmiesznych koszulkach z nadrukami i kosiarkach? Nie, nie chcę. Chyba jednak stać mnie na więcej. Może można być freelancerem, jeśli już przepracowało się swoje w agencjach, redakcjach, korporacjach, i posłuchało się trochę mądrzejszych od siebie - a pracując w domu, nigdy nie będę miała szansy uczyć się od lepszych. Nigdy nie zobaczę, jak to się robi w dużych firmach - tym samym nie dam szansy swojej firmie, aby kiedyś stała się duża. I mogłabym tu pisać bajki o tym, że nie warto się poddawać, że trzeba walczyć do końca - ale jakoś wcale nie chce mi się walczyć o te artykuły o kosiarkach, brak wakacji i brak rozwoju.

        Dla podróży od zawsze poświęcam naprawdę wiele. To właśnie z ich powodu pewnego dnia postanowiłam pracować zdalnie, wozić laptopa w bagażu podręcznym, wynajmować przypadkowe mieszkania i kombinować, jak tylko się da - byle częściej, byle więcej, byle dalej. Było fajnie, ale w nowych okolicznościach nie sprawdzają się stare modele i zmiany są nieuchronne. Podjęłam więc decyzję: czas na etat. W przyszłym tygodniu zaczynam pracę w Henkel Polska. Nie rzucam podróży. Nie jest mi szkoda. Niczego nie żałuję, bo wiem, że gdyby nie radykalne decyzje, nie byłabym tu, gdzie teraz jestem.

          Swoją drogą - jeśli chodzi o podróże, to post z Norwegii jest już in progress, jutro ruszam do Lwowa, a za miesiąc do Kopenhagi.
Także stay tuned - będą nowości.
Więcej

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Como bez szału, Włochy bez makaronu, Szwajcaria bez miliona franków


         I nadal jest tak, jak było - Włochy wciąż zajmują niechlubne miejsce na samym szczycie mojego rankingu najbardziej przereklamowanych państw.

            Ja naprawdę liczyłam na to, że może tym razem coś się zmieni i że może w końcu coś mi się w tym kraju spodoba, no, poza Wenecją. Ale chyba stwierdzam, że Włoch to ja jednak nie lubię, i już. Niby ładne, niby pocztówkowe, niby nie ma się czego przyczepić, no ale. Dlaczego są tak na potęgę nudne? Dlaczego tak bardzo nie mogą trafić w moją estetykę? Dlaczego nie potrafię przyłączyć się do tych wszystkich chóralnych ochów i achów? Chciałabym, serio. No, więc tak sobie jeżdżę sobie do tych Włoch raz na jakiś czas i sprawdzam, czy już mi się tam podoba, czy jeszcze nie. Tym razem trochę zapunktowały Mediolanem, o, super, mamy mały postęp, już się trochę bardziej lubimy. No to zaczniemy sobie od Mediolanu.

             Mówią, że w Mediolanie nie ma nic oprócz katedry. I ja to potwierdzam: no w sumie to nie ma. Ale za to jakiej katedry - Duomo di Milano trzeba zobaczyć przynajmniej raz w życiu. No i tu duży punkt dla Włoch - całe miasto jest przepiękne, to bez dwóch zdań. Nie trzeba tam właściwie robić nic szczególnego, wystarczy jeździć tramwajem i dużo się rozglądać. No więc, skoro po Milanie nie spodziewałam się zbyt wiele, a w sumie był spoko, to może przyjdzie w końcu czas na Barcelonę? Jest nadzieja.


        Bergamo - kto był już kiedyś w San Marino, ten wie mniej więcej, o co chodzi. Jeśli ktoś lubi żółte domy i wręcz stereotypowe, pocztówkowe i do bólu malownicze miasteczka położone na wzgórzach, to w Bergamo mu się spodoba. Tak jak mówiłam - ładnie, przyjemnie, ale jednak nie moja bajka. Podobne żółte domy są też w samym Mediolanie, Como, Bellagio... i chyba właściwie wszędzie, gdzie tylko można się wybrać w tych okolicach. Tak przy okazji, nie wiem, jaki jest najpiękniejszy kościół, jaki w życiu widziałam, ale skoro zaczęłam się nad tym zastanawiać właśnie w bazylice w Bergamo, to chyba jest coś na rzeczy.

          Makaron we Włoszech w sumie zaliczony, to nic, że z polską kiełbasą i sosem ze sklepu.


           Moja mama dawno nie była ze mnie tak dumna jak wtedy, gdy dowiedziała się, że wreszcie nie jechaliśmy na stopa, tylko wynajęliśmy samochód. Nie wie tylko, że wynajęliśmy go między innymi po to, żeby w nim spać. Bez cebuli się nie obyło, ale w końcu jak tu zobaczyć jeziora Como i Lugano inaczej niż własnym autem? No dobra, są promy i pociągi, ale skoro po szybkim podliczeniu wychodzi niewiele taniej, to chyba jednak fajnie jest poczuć wiatr we włosach podczas jazdy włoską autostradą na przednim siedzeniu.

             Sama nie wiem, dlaczego właściwie od tak dawna chciałam pojechać do Lugano. Tak sobie kiedyś wymyśliłam, że jak już pojadę do Mediolanu, to stamtąd jest już blisko nad Como, no a jak już będę w okolicach Como, to fajnie byłoby skoczyć i nad Lugano. Może tylko mi się wydawało, że chcę coś zobaczyć nad tym jeziorem, a tak naprawdę to chciałam tylko być w Szwajcarii. Możliwe. No więc byłam. Kawałek kraju widziałam. Ale pewnie trzeba będzie kiedyś poprawić.


            Jeśli już rozmawiamy o jeziorach, no to właśnie - Como: mocne 6/10. Że niby takie piękne, że niby gwiazdy hollywoodzkie kupują tam sobie domy, że ludzie z Ameryki przyjeżdżają specjalnie tam na burżujskie wakacje w Europie? Dobre sobie. Jeśli naprawdę tak, to ktoś tu chyba nie widział Norwegii, Słowenii albo Czarnogóry. To tak a propos tych przereklamowanych Włoch. Może i nie mam racji, może i przesadzam z tym nielubieniem, ale jedno wiem na pewno - kto był już w Boce Kotorskiej, ten nie zachwyci się Lago di Como. Nie mogę też nie wspomnieć o tym, że sama jazda autem wzdłuż wybrzeża byłaby fajniejsza, gdyby były tam jakieś tarasy widokowe - a tak jezioro można sobie oglądać, ale przez krzaki.

       Także, podsumowując: Milan - trzy razy tak, Lago di Como - no, nie bardzo. Ładne, pocztówkowe, nie ma się do czego przyczepić, ale jakieś takie nudne. Dokładnie tak, jak wszystko we Włoszech. Oprócz Wenecji.

             No to czekajcie teraz na wpis z Norwegii.

Więcej

piątek, 5 maja 2017

Przestań zazdrościć mi podróżowania


         Nie wiem, co myślą o mnie ludzie, którzy znają mnie głównie z Facebooka, ale chyba mogę się domyślić. W końcu wystarczy spojrzeć na moją tablicę, aby zauważyć, że mój tryb życia nie jest do końca normalny. Bywają dni, że zwyczajnie trudno jest ustalić, gdzie obecnie jestem. Nikogo nie dziwi już to, że wybieram się na Łotwę, po czym ląduję w Mołdawii. Że przeprowadzam się na Węgry, a tydzień później dodaję zdjęcia z Czarnogóry i Albanii. Że jadę do Malezji, siedzę tam przez dwa miesiące i Bóg jeden wie, co tam właściwie robię.

         I wtedy dzieje się to: Ale ci zazdroszczę...
         I chyba nie ma osób, które podróżują i które nigdy tego nie usłyszały.

        Cofnijmy się do początku. Jest rok 2012, ledwo otwieram oczy po własnej studniówce, gdy wreszcie dostaję wiadomość: jadę. Po trzech latach walki, czekania, chodzenia, proszenia, płaszczenia się, płakania, przeżywania, noszenia papierów - jadę. Jadę na wymianę do Izraela. To nic, że za dwa miesiące egzaminy, że ponoć właśnie waży się cała moja przyszłość, a ja zamierzam sobie leżeć przez tydzień pod palmą i że nie będzie mnie na próbnych maturach. Chyba żartujesz, słyszałam. Jesteś nieodpowiedzialna - słyszałam. A tu maturę zdałam dobrze, dostałam się tam, gdzie chciałam, dziś ledwo pamiętam już cokolwiek ze studiów, takie były super ważne. Było warto.

         Rok później stoję już po raz pierwszy na lubelskiej wylotówce na Rzeszów. Jadę do Budapesztu z plecakiem i gitarą. Nie mam pojęcia, czy ktoś w ogóle się zatrzyma, bo dopiero testuję ten cały autostop. Plecak mi ciąży, gitara parzy w rękę, tak bardzo czuję się jak głupek, kiedy macham do samochodów i próbuję się uśmiechać. Kilka minut później faktycznie jednak wrzucam rzeczy do czyjegoś bagażnika i już wiem: to się uda. W ciągu kolejnych miesięcy jeszcze wiele razy decyduję się więc na dźwiganie plecaka po kilka godzin, stanie przy autostradzie, koczowanie na stacjach benzynowych i wdychanie pyłu i spalin. Tego samego roku po raz pierwszy nocuję na Couchsurfingu. Rodzice mówią, że dadzą mi na hostel, bylebym tylko spała w normalnym miejscu. Ja jednak mam 19 lat i wiem, że jak teraz nie zacznę podejmować własnych decyzji, to być może nie zacznę już nigdy.


          Jest rok 2015. Po obronie licencjatu wychodzę z uczelni i nigdy na nią nie wracam, nawet po to, żeby odebrać dyplom. Zamiast tego wyjeżdżam do Budapesztu, żeby zacząć żyć życiem, jakie sobie wtedy wymyśliłam. Znalezienie stażu zajęło mi ponad pół roku. Spędziłam długie noce na poszukiwaniu ofert, co tydzień wysyłałam dziesiątki maili. Ileż to nawypełniałam się wszelkiej maści aplikacji, napisałam listów motywacyjnych i tych wszystkich rzeczy o sobie, bez żadnej gwarancji, że gdziekolwiek się dostanę. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mam przed sobą rok słuchania o tym, że popełniam w życiu same błędy. Że jestem nikim bez magistra, że doświadczenie bez dyplomu się nie liczy i że odbieranie telefonów to jedyna praca, jaką znajdę, jeśli w tej chwili nie wrócę do Polski i nie dokończę studiów. Później słyszałam też oczywiście, że praca w domu to nie praca.

           No i w końcu przyszedł 2016 - rok, w którym postanowiłam zamieszkać w Malezji i zarabiać na wyjazd podczas podróży. Nie było łatwo spędzać dni w pokoju i pracować, kiedy było się w Azji, wokół było tyle rzeczy do zrobienia i zobaczenia, tyle miejsc do odwiedzenia, tyle do spróbowania. Wiedziałam jednak, że to jedyny sposób na to, abym mogła wyjeżdżać gdzie chcę i kiedy chcę - nie było więc mowy o tym, żeby odpuścić. Do Malezji pojechałam sama. Sama taszczyłam po schodach walizkę, szukałam dworca, pytałam o drogę. W tym samym roku jeździłam też na projekty, bywałam w różnych miejscach, żyłam jak nomada, bez domu, bez żadnego stałego miejsca. Dwa miesiące w Azji, tydzień w Budapeszcie, tydzień w Lublinie, tydzień w Rumunii, tydzień w Warszawie, tydzień w Kijowie. Czasem przez miesiąc nie rozpakowywałam walizki. Ciągle korzystałam z turystycznego ręcznika, nie miałam czasu na czytanie książek i malowanie paznokci.


          Podróżowanie to życie w ciągłym biegu. Bez miejsca, bez stałości, bez mianownika, czasem nawet bez celu. To ciągłe zastanawianie się: czy zdążę na autobus? czy poradzę sobie z bagażem? jak dojadę na lotnisko o 2 w nocy? gdzie moja karta pokładowa? co zrobię, jak zabraknie mi pieniędzy? gdzie w ogóle będę za miesiąc, za pół roku, za rok? Podróżowanie to życie, w którym nie można pójść na imprezę i wydać stówy na drinki i taksówkę. Życie, w którym rzadko kupuje się nowe ciuchy, a wszystkie ceny przelicza na bilety lotnicze. W którym jest się obecnym tak rzadko, że znajomi przestają zapraszać cię na Sylwestra i pamiętać o twoich urodzinach. Zawsze fajnie jest myśleć, że ktoś w takim życiu dostaje magiczne prezenty. Łatwo jest zazdrościć innym podróżowania, gdy nie widzi się, z ilu rzeczy muszą przez to rezygnować każdego dnia. Najczęściej ze stałości, relacji, bezcennego czasu spędzanego z bliskimi. Nie tylko z francuskiego manicure, pina colady i dziewiątej pary butów.

       Dlaczego więc robię to wszystko? Dlatego, że bardzo chcę. Dlatego, że pewnego dnia wymyśliłam sobie, że będę podróżować. Bo tak po prostu postanowiłam, że nie będę oglądać świata przez okno przeglądarki i że nikomu nie będę niczego zazdrościć. Bo wiem, że nie byłabym szczęśliwa bez wyjazdu do Kuala Lumpur, bez projektów, bez autostopu, bez wymiany do Izraela. Czasem ryzykuję, czasem się martwię, czasem zastanawiam się, czy następnym razem będę miała do czego wracać. Ale po prostu pakuję walizkę i jadę. Zawsze i tak jadę.

            Dlatego właśnie mam już dość słuchania tych wszystkich miałkich tekstów: ale ci fajnie, też bym tak chciała. Podróż nie jest czymś, co się dzieje, ale czymś, co się robi. Bez wahania, bez kalkulacji, bez czekania na okazje i lepsze momenty. To coś, na co, tak jak na wszystko inne, trzeba zapracować - swoim czasem, wysiłkiem, kompromisami, poświęceniem, czasem zmęczeniem, samotnością, tęsknotą. Jeśli więc nie podróżujesz, ale ciągle zazdrościsz innym podróżowania, to zastanów się, czy nie robisz tego, bo rzeczywiście nie możesz, czy może dlatego, że tak naprawdę wcale tego nie chcesz.
Więcej

wtorek, 18 kwietnia 2017

Pochwała prostoty, natury i pieniądza. Norwegia - Alesund


         Nie ma to jak kupić kolejne bilety do Norwegii, zanim jeszcze napisało się wpis z poprzedniego wyjazdu. Ale tak już mam z tą Norwegią - o tym, że będę tam często wracać, wiedziałam od momentu, kiedy ponad trzy lata temu wylądowałam na lotnisku Oslo Rygge. Wymyśliłam sobie wtedy, że urządzę kiedyś kuchnię w stylu scandi, że nauczę się norweskiego i że zwiedzę tą Norwegię, chociaż jest zimna, daleka i droga. Gdybanie trochę trwało, ale w tym roku w końcu się skończyło: norweski jest już in progress, w czerwcu będzie hasanie po Preikestolen, nawet kuchnia już się urządza. No i Alesund: zaliczone!

          Alesund to typowe norweskie miasteczko, w którym niby nic ciekawego nie ma, ale jeśli tylko masz trochę siły i ochoty na chodzenie po górach, to nagle się okazuje, że jest całe mnóstwo. Oprócz ochoty i siły polecam też ze sobą zabrać: 1. dobre buty (zwłaszcza wiosną, gdy na szczytach jest jakieś 30 cm śniegu) i 2. dobry plecak. Albo chociaż jakikolwiek plecak. Ciągle mam nadzieję, że moje zdjęcie, na którym wchodzę na Godøyę z torebką, nie zostało smutną atrakcją norweskiego Spotted: W górach.

          O tym, że w Norwegii tanio nie jest, już nawet nie piszę, ale mogę za to napisać, jak zrobić, żeby było choć trochę taniej. Umówmy się, że jak w Polsce miska zupy kosztuje 7 zł, to nie mamy ochoty wydawać na nią 40 w Norwegii, a jak za hamburgera płacimy zwykle 15 zł, to nagle 80 zł nie jest spoko. Jak widzi się te ceny, to aż się odechciewa wyjazdu, ale wystarczy przejść się do kultowego marketu Rema1000, aby nagle się okazało, że parę rzeczy da się kupić całkiem tanio. Albo nawet ekstremalnie tanio. Słoik pesto za 3 zł? Been there. Do dziś żałuję, że leciałam tylko z podręcznym - wzięłabym od razu z dziesięć. Tak więc, wystarczyło tylko dobrze rozejrzeć się w sklepie, aby kupić obiad i śniadanie złożone z kanapki z kurczakiem, nadziewanej tortilli, smoothie, banana, chipsów i pesto za 20 zł na osobę. A i tak najlepiej jest po prostu wziąć jedzenie z Polski i nie zawracać sobie głowy zakupami. Jest jeszcze jeden myk. Jeśli chcecie pojechać do Norwegii, a już naprawdę nie macie kasy, to mała podpowiedź: kupcie papierosy na bezcłówce i dołączcie do jakiejkolwiek grupy Polaków w Norwegii na Facebooku, a będziecie wiedzieli, co dalej robić. No i muszę powiedzieć, że chyba w końcu przekonałam się do AirBnb, tego nieszczęsnego AirBnb, gdy okazało się, że w Norwegii to właśnie tam można znaleźć najtańszy i najlepszy nocleg. I może się starzeję, może przestaję być lowcostowym podróżnikiem, ale zwyczajnie nie chce mi się już spać na lotniskach ani wypisywać histerycznych próśb na Couchsurfingu. A może gdy się pracuje i zarabia, to większą frajdę sprawia jednak wydawanie niż oszczędzanie?

       No więc wyjazd do Alesund minął mi pod hasłem gór, śniegu, pesto, spacerów, zakupów i papierosów. A co ze zwiedzaniem? Rzadko mi się zdarza, że brakuje mi słów, ale chyba właśnie się zdarzyło.

Więcej

czwartek, 16 marca 2017

Co czytałam zimą? Propozycje nie tylko podróżnicze + konkurs!


          Przeprowadzka do Warszawy była naprawdę dobrym pomysłem. Nie tylko dlatego, że mam teraz bliżej na lotnisko, mogę częściej bywać w Lublinie i chodzić na koncerty Domowych Melodii. Okazało się też, że mieszkanie w stolicy bardzo sprzyja czytaniu książek. Ile pozycji przeczytałam w 2016 roku? Tyle, że wstyd nawet o tym wspominać. Teraz na szczęście nadrabiam wszelkie zaległości - wystarczyło spędzać około 20 minut dziennie w warszawskim metrze, aby w ciągu czterech miesięcy przeczytać siedem pozycji.

          Jakie książki lubisz? - słyszę od czasu do czasu. Jak to jakie? Po prostu dobre - odpowiadam. Zupełnie nie rozumiem tych pytań o tematykę czy gatunek, w końcu o wszystkim można napisać książkę dobrą lub kiepską, w każdej kategorii znaleźć bubla i arcydzieło. A więc, po które z tych siedmiu przeczytanych tytułów warto było sięgnąć?

  • Dziewczyna z pociągu (Paula Hawkins). Gdybym miała w kilku słowach opisać tę książkę, powiedziałabym, że to dobry kryminał. Nie świetny, nie niesamowity, nie fenomenalny - po prostu dobry. Wzorowy, poprawny, trzymający w napięciu i dokładnie taki, jaki kryminał powinien być. Żaden tam znowu fenomen, ale do przeczytania.
  • Jeden z nas. Opowieść o Norwegii (Åsne Seierstad). Czy wiesz, jak wyglądały kulisy najgłośniejszej zbrodni w historii Norwegii? Jakie były jej motywy, jak ją przygotowano i co po sobie pozostawiła? Jeśli nie, to uważam, że powinieneś to wiedzieć. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam w ręku tak dobrą książkę. Nie daje o sobie zapomnieć.
  • Monsun przychodzi dwa razy (Anna Janowska). W tej książce trochę się zgubiłam. Autorka ma do opowiedzenia wiele i chce o wszystkim mówić na raz, no i mamy - tu pieprz, tu łódki, tu Vasco da Gama. Trochę nie leżało mi to skakanie po tematach, ale co się dowiedziałam o uprawie pieprzu i cechach wspólnych kultur Omanu, Indii i Zanzibaru, to moje. Tą właśnie książką mogę się z Tobą podzielić - koniecznie zajrzyj na koniec wpisu!
  • Odzieżowe niewolnictwo (Marek Rabij). Jak wygląda produkcja ubrań, które widzimy codziennie w europejskich sieciówkach? Takich obrazów trzeba szukać w Bangladeszu, jednym z najbiedniejszych państw Azji. Główna myśl, jaka została mi po jej przeczytaniu jest taka, że dobrymi chęciami i pisaniem poważnych książek nie zmienimy szarego świata. A szkoda.
  • Małe życie (Hanya Yanagihara). Najlepszy przykład na to, że czasem bestsellery są bestsellerami nie bez powodu. I na to, że można ryczeć jak bóbr przy książce o gejach. Trochę spoileruję, ale tylko trochę. I nawet pomyślałam sobie przez chwilę, że gdybym miała kiedykolwiek napisać powieść, to chciałabym napisać właśnie taką.
  • Ikigai. Japoński sekret długiego i szczęśliwego życia (Hector Garcia, Francesc Miralles). Książka na jeden wieczór (opcjonalnie: pięć, sześć przejazdów metrem), ale całkiem ciekawa. Czy naprawdę wierzyć w opisany w niej sekret długowieczności? Tego nie wiem, ale niektóre zasady kultury Ikigai na pewno się przydadzą. Zwłaszcza, gdy mieszka się w Warszawie.
  • Najgorszy człowiek na świecie (Małgorzata Halber). Czytam, i myślę sobie: debiut. Na pewno debiut. Ale całkiem niezły debiut: ten styl pisania ma w sobie coś, co naprawdę wciąga. Jestem na tak, chętnie wezmę więcej.

I na koniec mały konkurs! Wygraj książkę:
 "Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar"
Jak? Szczegóły tutaj!

Zapraszam do udziału wraz z wydawnictwem MUZA S.A.
Więcej