sobota, 6 października 2018

Porto, Porto, Portugalia



    Lot do Porto, powrót z Faro. Bardziej banalnie już się nie dało. Ale co poradzę, że trafiły się idealne bilety, w idealnym terminie, w idealnej cenie? Zakładając dość optymistycznie, że Ryanair nie odwoła nam lotów w sezonie największych strajków, spokojnie można było uznać to za początek całkiem rozsądnej przygody.

     "To miasto wygląda jak twój kibel!" - tak brzmiało wielkie otwarcie naszego wyjazdu. Rzeczywiście, kiedy rok temu urządzałam łazienkę, miałam straszną fazę na kafelki w stylu azulejos. I gdyby nie te azulejos, Porto wyglądałoby pewnie tak, jak przeciętne włoskie miasto (czytaj: ładnie, ale niezbyt ciekawie). No a tak płytki robią klimat, miasto może się podobać. Dzisiaj trochę pomarudzę, no ale ostatnio były same zachwyty - chyba musi być jakaś równowaga?




       Bo przecież nie mogłabym tego nie napisać na samym początku: Porto piękne, ale Porto zapchane. I już wiecie mniej więcej, o czym będzie ten post. Tak jak Włochy są wydmuszką turystyczną na mapie Europy, Tajlandia na mapie Azji, tak Porto na mapie Portugalii. Pojechałoby się znowu do takiego Yozgat, pojechałoby się do Kiszyniowa, myślę, po raz kolejny oglądając czerwone autobusy bez dachu z napisem Porto City Tour, przemykające hucznie ulicami miasta. Identyczne są w Rzymie, w Berlinie, w Paryżu. Nie lubię takich miejsc, ale co zrobić? Jak już jestem, to przecież pozwiedzam.













        Kuchnia Portugalii to albo ryby, albo fast foody. Czyli ogólnie nic dla mnie, ale jak już raz próbujemy wina Porto w Porto, to nie chcemy już potem pić żadnego innego. Chodzimy, pytamy, sprawdzamy - ale nigdy później nie trafiamy już na coś tak dobrego. Portugalskie zwyczaje kawiarniane to również absolutny zachwyt. Śniadanie jemy w domu tylko pierwszego dnia - każdy kolejny zaczynamy już od herbaty i pastel de nata. Już do samego końca na widok pastelarii serca biją nam szybciej, jedząc domowe kanapki z szynką - tęsknimy.

      Notabene, godzin otwarcia knajp w Portugalii nie ogarniesz - jeszcze nigdy tyle razy nie pocałowałam klamki, próbując gdzieś zjeść lunch. W ten sposób postanawiam nie szukać już więcej rekomendacji i tak oto odkrywam, że najlepsze knajpki w Portugalii to te bez nazwy, bez adresu (a jeśli nie najlepsze, to przynajmniej otwarte!).




          No i czas na mój ulubiony cykl: najbardziej przereklamowane miejsca. Chyba zrobię z tego kiedyś jakąś serię, a w Porto można by spokojnie nakręcić cały odcinek. Zacznijmy od Majestic Cafe. Oczywiście, jest to absolutne must see według każdego internetowego przewodnika. W rzeczywistości to ciasna kawiarnia z przeciętnym wystrojem, absurdalnymi cenami i równie absurdalną kolejką przed wejściem. Serio, czy w erze blogów nadal trzeba jeszcze polecać takie atrakcje? Idziemy dalej - księgarnia Lello, 5 euro za wejście? Nawet jeśli ładna, to, na Boga - to jest sklep. Ogrody Kryształowe - ok, mogą się podobać. Pod warunkiem, że nigdy nie było się w Łazienkach Królewskich.

          Nie zrozumcie mnie źle - jeśli komuś podobają się te miejsca, no to okej. Nie oszukujmy się tylko, że są takie must see. Nie są. Chodzę więc raczej po kawiarenkach, robię im zdjęcia z zewnątrz, od środka. No, jest ładnie. Chyba w końcu gdzieś tam pomału zaczyna mi się udzielać klimat: ostrzę zęby na Lizbonę.






        W Porto można jednak przede wszystkim w końcu porządnie odpocząć. Można też złapać najpiękniejszą złotą godzinę. Można wskoczyć do tramwaju i wybrać się nad ocean. No i ostatecznie to jedno z najlepszych miejsc na świecie, w których można napić się kawy.
















Klaudia

Facebook @autopogonblog
Instagram @autopogon
Więcej

niedziela, 16 września 2018

Norwegia nie na żarty - Preikestolen i Kjerag



         Lata blogowania utwierdziły mnie w przekonaniu: najtrudniej pisze się o miejscach najlepszych. Dlatego też, zasiadając w końcu do tego wpisu po ponad roku spodziewałam się, że będzie bardzo ciężko. A jednak - bawiłam się przy pisaniu całkiem nieźle.

         W zeszłym roku nie napodróżowałam się zbyt wiele, ale jak patrzę teraz na te zdjęcia z Norwegii, to myślę sobie, że w 2017 zrobiłam więcej niż w ciągu kilku ostatnich lat. Dwie Norwegie, z czego pierwszy raz w końcu na porządnych fiordach - to nie byle co. Mało brakowało, a kupiłabym kolejne bilety, gdyby nie to, że ostatecznie jednak skusiła mnie Dania. Co tu dużo mówić - mój trzeci raz w Norwegii na pewno nie będzie ostatnim. W końcu nie po to od dwóch lat uczę się norweskiego, żeby się tam kiedyś nie przeprowadzić.










           Powyżej widzą państwo jedyną ładną ulicę w Stavanger. Miasto jest tak strasznie nudne, że chyba od razu przejdę do konkretów. Czyli, w naszym przypadku, Pulpit Rock.

           No więc, mówiąc krótko i zwięźle, na Preikestolen pogoda nie dopisała. Mieliśmy szczęście, że chmury choć trochę rozeszły się akurat w momencie, gdy dotarliśmy na skałę - i że zaczęło lać dokładnie w chwili, w której z niej schodziliśmy. Pięć minut przerwy na kanapkę, zbyt częste wiązanie sznurówek, szybkie siku w toalecie na parkingu - i tyle by było z oglądania fiordu. Jeśli macie fajne fotki ze skały z pięknym, błękitnym morzem w tle, no to wielkie zazdro - ja nie mam, jak żyć?

             Czy jestem rozczarowana? Skądże znowu - w deszczu czy nie, to ciągle Preikestolen.








             Proszę państwa, ale i słynne Preikestolen nie jest wcale aż takie ciekawe, gdy człowiek dotrze już na Kjerag. Właściwie to wcale nie trzeba iść na szczyt, żeby przepaść (hehe, przepaść), bo sama droga na Kjerag bywa nawet ładniejsza niż sam Kjerag. Tego nie da się opisać słowami. W niewielkim stopniu - można próbować zdjęciami.

 






           Wraz z sukcesywnym wzrostem wysokości względnej, na jakiej się znajdowaliśmy, równie sukcesywnie malała temperatura - rosły za to zaspy śniegu. Zerkałam raz po raz na termometr (8 stopni), rosnące wokół nas ścieżne ściany (3 metry wysokości) oraz grubość kry na jeziorze (na oko 15-20 centymetrów), myślałam sobie: co ja robię tu, co ja tutaj robię w adidasach i kurtce przeciwdeszczowej? Przypominam: to był czerwiec.
     







               Przed wejściem na szlak na Kjerag znajduje się tabliczka: it is ok to go back. Idziemy. W sensie - do przodu, a nie back.

             Kjerag Tourist Information robi kawał dobrej roboty i codziennie na swoim profilu informuje o aktualnych warunkach pogodowych. Zawsze wtedy, kiedy pogoda jest słaba, piszą na przykład: Today is a day for doing hikes at lower altitudes or simply staying inside with a warm cup of chocolate and playing boardgames. Stay safe and live to hike another day. Ważne: jeśli danego dnia nie polecają iść na górę, to znaczy, że naprawdę tego nie polecają. Przez większość trasy idziesz po litej skale. Jeśli będzie mokro - nie będziesz miał się czego złapać.

              Na Kjeragu jednak słońce przez cały dzień świeciło nam prosto w twarz. Nie odgadniesz.





              No to teraz wyczekiwany news of the day: czy mam fotkę na słynnym kamieniu? Jasne, że nie - od początku wiedziałam, że kilometr przepaści w dół mnie przerośnie. Gdy człowiek już się jednak dociągnie na górę, rozejrzy i naogląda widoków, to bardzo szybko zdaje sobie sprawę, że to wcale nie Kjeragbolten jest na Kjeragu największą atrakcją.









          No i na koniec: ostatnio coraz rzadziej chwalę się niskobudżetowym podróżowaniem, ale rzeczywiście zrobiliśmy ten wyjazd za cztery stówki. Loty - 100. Noclegi - 300. Transport na Kjerag - 200. Inne wydatki - śladowe. Gdzie brakujące 200? Przeczytajcie wpis z poprzedniej Norwegii, to wszystkiego się dowiecie - a co!

             Czasem sama się zastanawiam, jak to się dzieje, że Norwegia jest niby taka droga, a jednak jakimś sposobem to właśnie wyjazdy tam zawsze wychodzą mi najtaniej. I myślę sobie, że nie chodzi tu chyba tylko o tanie loty i zakupy na bezcłówce. Chyba po prostu jak gdzieś jest tak drogo, to odechciewa się wydawać.


               Hm, to jak by tu teraz ogarnąć Lofoty na Anno Domini 2019?


Więcej