poniedziałek, 13 lutego 2017

Jak pracować zdalnie w podróży?


       "Pani Klaudio, czy możemy się umówić na Skype o 20?". "Drogi Panie Kliencie, ale u mnie będzie wtedy 2 w nocy!". W ten oto sposób muszę wspomnieć tutaj o tych kilku niedogodnościach pracy w tropikach. Trochę ich pewnie będzie - ale tylko trochę. Bo tak właściwie, to czy zdalne pracowanie w podróży naprawdę jest aż takie fajne? Już odpowiadam: tak. Jest.

          Budzę się rano i pierwsze, co robię, to włączam wiatrak. W Malezji zawsze jest tak gorąco, że każdej nocy niemal walczę o to, żeby w ogóle zasnąć - ten wiatrak po prostu ratuje mi dzień. Wiem, że gdy wyjrzę przez okno, zobaczę to, na co od kilku tygodni mogę patrzeć codziennie - góry i condominium z basenem widoczne z 19 piętra mojego apartamentowca. Biorę prysznic i z mokrymi jeszcze włosami zjeżdżam windą na sam dół, na śniadanie do małej, pakistańskiej knajpki. Każdy mnie tam już zna i czuję się trochę tak, jakbym była w domu. Zamawiam to, co zawsze - roti planta albo roti milo - i herbatę, która jak zwykle jest zdecydowanie za słodka. Za wszystko płacę kilka złotych - takie uroki mieszkania w Azji, że można nie gotować i jeść dobrze za grosze. Siadam przy stoliku nad brzegiem basenu, piję moją herbatę, płacę, na koniec robię jeszcze zakupy w małym markecie. No i wracam na górę, przekręcam klucz w drzwiach mieszkania, odpalam komputer i rozpoczynam dzień pracy, słuchając cichego brzęku wentylatora i patrząc od czasu do czasu na góry za oknem.

         Cieszę się, że mam 6 godzin przewagi względem deadlinów. Jeśli coś ma być zrobione do 18, oznacza to, że mam na to czas do północy. Ale rzadko korzystam z takiej taryfy ulgowej - wieczorem zwykle wychodzę z mieszkania, idę na stację metra, wsiadam do klimatyzowanego pociągu i jadę prosto do centrum Kuala Lumpur. Jeśli nie idę akurat na trening (w Malezji też mają szkoły pole dance!), to spaceruję po mieście, spotykam ludzi, piję drinki w Sky Barze (tylko w środy - Ladies Night) albo jem kolację w dzielnicy indyjskiej. A potem znów wsiadam do pociągu, wracam do swojego mieszkania, po drodze kupuję świeży sok z bananów i mango i myślę, że chyba jest całkiem dobrze. Jest dokładnie tak, jak zawsze chciałam, żeby było.


         Mówią, że praca w podróży wcale taka fajna nie jest. Że tak naprawdę to nie da się pracować na plaży, bo nie ma prądu, bo sok z kokosa wylewa się na klawiaturę, a równikowe słońce świeci prosto w monitor. Ale co oni tam wszyscy wiedzą. Bo czy może być coś lepszego od tych śniadań nad brzegiem basenu, koktajli z mango i widoku gór za oknem?

         "Pani Klaudio, życzę Pani miłego dnia, bo patrząc na godzinę wysłania wiadomości widzę, że będzie on bardzo intensywny" - pisze ktoś, kto dostał mojego maila o 4:40 polskiego czasu. Droga Pani Klientko, myślę. On wcale nie będzie aż taki intensywny. Ja po prostu pracuję w innej strefie czasowej.


Chcesz otrzymywać wskazówki dotyczące pracy zdalnej i podróży?
Więcej

czwartek, 19 stycznia 2017

Chodź, nauczę cię zwiedzać Singapur


       Wcale nie minęło aż tak dużo czasu od momentu, kiedy postawiłam stopę na przejściu granicznym Johor Bahru - Singapur. Mimo to oglądanie zdjęć sprzed kilku miesięcy zawsze budzi we mnie uczucia co najmniej nostalgiczne. A, zresztą, czy w mroźny, zimowy wieczór można sobie w ogóle wyobrazić coś lepszego niż powracanie do wakacyjnych, egzotycznych klimatów? No, to ja sobie dziś wrócę i poopowiadam trochę o Singapurze. Właściwie to czuję się dość dziwnie, siedząc tak w mieszkaniu z kubkiem herbaty imbirowej, słuchając Ciszy i oglądając palmy na zdjęciach. Singapur to miejsce niezwykłe. To właśnie tam, idąc pasażem przy Marina Bay i podziwiając jedno z najsłynniejszych miast świata, pomyślałam sobie: warto. Kurczę, mimo wszystko warto walczyć ponad siły, warto się starać, warto dźwigać ze sobą te bagaże i lecieć na drugi koniec globu, bo świat jest po prostu niesamowity. Naprawdę, trudno mi teraz przypomnieć sobie lepsze 3 dni spędzone w podróży.

        Z tym Singapurem to jest tak: przyjeżdżasz, i na początku to właściwie jest całkiem nudno. Jakoś tak chińsko, na ulicach cisza i nic się nie dzieje, a życie płynie w zwolnionym tempie. Czasem mówią, że nudny, ale to nieprawda... bo Singapuru trzeba się po prostu nauczyć. Nie wystarczy pójść na Marina Bay i nakarmić małpkę w ZOO, żeby poczuć jego klimat. Trzeba za to przejechać się na motorze po osiedlu Serangoon, zjeść obiad w foodcourcie przy stacji Dakota, zajrzeć na zabytkowy cmentarz Hakka. Wtedy dopiero wiadomo, że Singapur to nie tylko parki rozrywki na wyspie Sentosa albo kręcenie filmików w Gardens of the Bay. Chociaż filmiki osobiście kręciłam, i też polecam!

          Dlatego właśnie postanowiłam napisać chyba najbardziej praktyczny post, jaki do tej pory pojawił się w części podróżniczej tego bloga. Nie, jednak nie nakarmię wyszukiwarki hasłem "12 atrakcji, które musisz zobaczyć w Singapurze". Ale w końcu o wszystkim wam opowiem, jak przystało na prawdziwego podróżniczego blogera!

  • Botanic Garden. Od tego właśnie miejsca rozpoczęłam zwiedzanie Singapuru i przysięgam, że nigdy w życiu nie widziałam piękniejszego ogrodu. W ogóle, cały Singapur jest jednym wielkim ogrodem. Nie lubicie kwiatków i nie chcecie płacić za ogród orchidei? Też tak myślałam. O, ja głupia, mało brakowało, a pożałowałabym tych kilku dolarów i do Orchid Garden nigdy nie weszła. Wierzcie mi - to byłby błąd mojego życia.
  • Orchard Road. Po całym dniu jeżdżenia w tę i z powrotem metrem chciałam po prostu przejść się po mieście, i wylądowałam tam. To singapurska dzielnica zakupowa, gdzie znajdziecie wszystkie Prady, Michaele Korsy i inne bajery. Jak się domyślacie, to raczej nie miejsce dla podróżnika, więc bardziej niż zakupy interesował mnie spacer. No to był, godzinny, częściowo w deszczu, aż do samego centrum.
  • Marina Bay. Jeśli do Paryża jedzie się dla wieży Eiffla, do Kuala Lumpur - dla wież Petronas, to do Singapuru na pewno dla Marina Bay. Miejsce samo w sobie magiczne, plus podwójna pełna tęcza prosto nad hotelem Marina Bay Sands? Proszę bardzo! Taka ciekawostka: gdy wpiszecie "double rainbow Singapore" na Youtube, pojawi Wam się coś takiego. Tak, byłam tam dokładnie w tamtym momencie. Jeśli to nie jest szczęście podróżnika, to ja nie wiem, co nim jest.
  • Gardens of the Bay. Kolejne singapurskie must see. Nieważne, czy interesuje cię fauna, technologia czy kolorowy pokaz - prędzej czy później i tak tam trafisz. I bardzo dobrze! Ogród jest naprawdę wyjątkowy, a do tego gwarantuje show na poziomie co najmniej fontanny w Budapeszcie. Dla niewtajemniczonych: na naprawdę wysokim poziomie.
  • Chinatown. Jest jakieś chyba w każdym azjatyckim mieście. I nie będę ukrywać - w tak drogim Chinatown nigdy wcześniej nie byłam. Ale i tak warto się wybrać - w końcu chińskiego jedzenia i sklepów z pamiątkami nigdy dosyć.
  • Clarke Quay. Jeśli szukacie fajnych, artystycznych klimatów, to zajrzyjcie tam. Uwaga: chyba za drogo na siedzenie w knajpie, ale spacerowanie i słuchanie koncertów ulicznych jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
  • Sentosa. Chcecie plaży? To jedźcie na Sentosę. To taka wyspa, na której jest wszystko - parki rozrywki, fontanny, ogrody, baseny. Można tam spędzić pół dnia, ja miałam tylko trzy godziny. Polecam, ale wiedzcie, że to jest właśnie jedno z tych miejsc, w których naprawdę nie warto się spieszyć.
  • Foodcourt przy stacji Dakota. Chcesz być jak lokalsi, to jedz jak lokalsi. Ja wybrałam się tam na dobry obiad z kolegą z Indonezji. Ufff, wreszcie lepsze ceny. Polecam chińskie pierożki i sok z arbuza.
  • Newton Food Centre. To moje przypadkowe odkrycie - zatrzymałam się tam w poszukiwaniu jedzenia i dopiero później ktoś mi powiedział, że to miejsce jest znane w całym Singapurze. Wygląda w sumie niepozornie i zjecie tam to samo, co wszędzie. Ceny są OK.
  • ZOO. Ach, to ZOO. Mówią, że najlepsze na świecie, mówią... Szarpnęłam się, wydałam te 33 dolary. I na wypadek, gdybyście się zastanawiali - nie, wcale nie jest takie najlepsze. Szczerze, to lepiej bawiłam się w Warszawie - nie dość, że za sześć razy niższą cenę, to jeszcze nie musiałam znowu patrzeć na tresowane słonie i wrzeszczące dzieciaki. Naprawdę, lubię ten Singapur, ale czuję, że to był ostatni raz, kiedy poszłam do ZOO w Azji. 
  • How Par Villa. Dobra, napiszę jak w tanim przewodniku: Wizyta w tym miejscu to prawdziwa podróż do magicznego świata chińskiej mitologii. Ten niezwykły park da wam niepowtarzalną okazję do tego, by obejrzeć tradycyjne pagody, podziwiać kolorowe rzeźby o surrealistycznych kształtach, a na koniec poznać tajemnicze kręgi chińskiego piekła. To doskonałe miejsce do relaksującego, edukacyjnego spaceru lub chwili odpoczynku, a dla dzieci prawdziwa lekcja niezwykle bogatej i zaskakującej azjatyckiej kultury. No co. Serio, robi wrażenie.
  • Zabytkowy Cmentarz Hakka. Absolutnie wyjątkowe miejsce, ukryte gdzieś w głębi osiedla. Prawdziwy rarytas z serii "Singapur dla hipsterów", bo naprawdę mało kto o nim słyszał. Szukajcie w okolicach stacji Holland Village. Ciii.
          Także tego - niech tam mówią, co chcą, ale Singapur to zdecydowanie coś więcej niż świat drogich hoteli, stolica Universal Studio i smutny kraj bez gumy do żucia.


Więcej

czwartek, 29 grudnia 2016

Nie wierzę już w pożegnania. Życie po 2016

       Jednym z najczęściej zadawanych mi ostatnio pytań i jednocześnie ostatnim, jakie mam ochotę słyszeć, jest: To gdzie teraz jedziesz?. A ja muszę wszystkich zaskoczyć: na najbliższe miesiące nie robię żadnych podróżniczych planów.

        Ok, fajnie byłoby w nowym roku pojechać do tej Danii czy Portugalii, wypić jeszcze jednego Tokaja w Budapeszcie albo nawet znów odwiedzić Rzym, ale tym razem koniecznie wtedy, gdy akurat tam nie pada. Ale na razie żadnych planów nie robię. W kwestiach podróży zajmę się pewnie po prostu tym, czego nie udało mi się zrobić w roku poprzednim, a innych pomysłów mam całe mnóstwo, ale one chyba nie bardzo nadają się na podróżniczego bloga. O, i tak mniej więcej wygląda mój przepis na 2017. Może i to całe Podróżowanie przez duże "P" obrazi się na mnie za to, co tutaj teraz piszę, ale wierzcie mi, że po roku mieszkania za granicą i pięciu miesięcach bycia bezdomnym trudno jest w końcu nie stwierdzić, że czasem jednak fajnie jest też posiedzieć trochę na tyłku.

       W tym roku wyjątkowo nie będzie więc żadnych wielkich podsumowań, żadnego wyliczania podróży (no dobra, wreszcie udało mi się pojechać do Malezji!), sukcesów (ok, zostałam freelancerem i mogę w końcu pracować, skąd chcę!), wniosków ani postanowień. Tylko jedną rzeczą z minionego roku chciałabym się tutaj podzielić. 2015 był rokiem zmian, 2017 będzie pewnie rokiem odpoczynku, a 2016 był rokiem reunionów. I to takich najdziwniejszych, najmniej spodziewanych i po prostu nie z tej ziemi. W końcu tyle się przecież jeździ po tym świecie, tyle osób spotyka, i co z tego? Czy aby na pewno te wszystkie znajomości są takie całkiem przypadkowe? W końcu to ludzie robią każdą podróż. To oni wypełniają czas w autobusie, pomagają znaleźć bagaż na lotnisku, oferują swoją kanapę, gotują dla ciebie spaghetti, w końcu odprowadzają cię na dworzec. Jeśli więc ten rok czegoś mnie nauczył, to właśnie tego, że żadna znajomość nie kończy się wraz z odjazdem autobusu.

         Roku 2016, dziękuję ci za te spotkania:


  • Ferdi. To właśnie on w Sylwestra 2013 oprowadzał nas po Wilnie, gdzie był wtedy na Eramusie. W kwietniu tego roku, po prawie trzech latach, spotkaliśmy się w Istambule. Jechał godzinę metrem, żebyśmy mogli się zobaczyć chociaż przez chwilę, potem godzinę wracał. Nie mam pojęcia, kiedy się znów zobaczymy, no ale wyszedł nam ten Istambuł, to może coś innego też kiedyś wyjdzie.
  • Bartek. Poznaliśmy się w kwietniu na projekcie w Turcji. Zaledwie miesiąc później piliśmy już piwo w jedynym barze w węgierskich Hejcach, łaziliśmy po górach, robiliśmy calimocho i odgrzewaliśmy obiad na ognisku. Niestety nadal nie wiemy, co się stało z kurczakiem Jolki.
  • Anais z Wenezueli. Poznałyśmy się w Chinach w 2014, gdzie byłyśmy razem na projekcie w Ningbo. Nasz reunion odbył się po dwóch latach w Budapeszcie, gdzie Anais przyjechała na roczny staż. Dwa miejsca, dwie narodowości, łącznie cztery kraje i trzy kontynenty. Taka historia.
  • Jude z Fracji. To właśnie ona zaprowadziła mnie w Nankinie do punktu ksero, gdzie po piętnastu minutach rozmowy z nią stwierdziłam, że czas wszystko rzucić i gdzieś wyjechać. Trafiłam do Budapesztu. Dwa lata później właśnie w Budapeszcie zjadłyśmy kolację w Lecso i piłyśmy kawę na Raday utca. Dziś Jude mieszka w Jerozolimie. Hm, no to gdzie będzie kolejny reunion?
  • Wojtek. Poznaliśmy się w zeszłym roku w Bieszczadach podczas jednego z moich standardowych wyjazdów. Mieszkaliśmy w tym samym zimnym, drewnianym domku w Ustrzykach, gadaliśmy o Krainie Grzybów i rysowaliśmy wpis do księgi pamiątkowej. W czerwcu nocował u mnie na kanapie. W Budapeszcie, rzecz jasna.
  • Ala i Adrian. Dowód na to, że najlepszych ludzi poznaje się na projektach. Razem polecieliśmy do Turcji, razem biegaliśmy po lotnisku w Ankarze, razem jechaliśmy nocnym autobusem do odległego Yozgat. Tęsknię za tą naszą piękną, turecką wiosną, ale lato w Warszawie też było fajne. I nie wiem, czy teraz czekam na coś bardziej niż na nasze kolejne spotkanie w stolicy!
  • Zdybek. Przykład na to, że czasem randomowy kompan to całkiem dobry kompan. Rok temu razem zjeździliśmy na stopa Bałkany, a w tym roku odwiedziłam go w Gliwicach, potem byliśmy razem na Marszu Niepodległości w Warszawie, a jeszcze miesiąc później jedliśmy mandarynki u mnie w mieszkaniu.
  • Ara z Filipin. W marcu 2015 byłam jej buddym podczas wolontariatu w Lublinie. Nigdy bym nie pomyślała, że wszystko tak się ułoży, że pod koniec września 2016 zjemy razem kolację w singapurskim Chinatown.
  • Nathan z Indonezji. Poznaliśmy się w 2014 w Chinach. Gdy się z nim wtedy żegnałam, powiedziałam mu, że nie żegnam się tak całkiem, bo przecież w końcu przyjadę go kiedyś odwiedzić. No i dotrzymałam obietnicy - w tym roku spędziliśmy razem fajny dzień w Singapurze.
  • Lida z Ukrainy. To właśnie Lida przyciągnęła mnie w tym roku do Kijowa, o którym jeszcze nic tu nie napisałam. Poznałyśmy się także w Chinach, nie widziałyśmy się ponad dwa lata, a czułyśmy się tak, jakby ten czas nigdy nie minął. To dopiero znajomość!
  • Alpesh z Anglii. Przez chwilę pracowaliśmy razem w Nordtek w Budapeszcie. W listopadzie wypiliśmy piwo w centrum Warszawy.
A ostatni tegoroczny reunion, który dopiero się wydarzy, zostawię dla siebie.
Więcej

środa, 7 grudnia 2016

Nie chcę jechać w podróż dookoła świata


      Jeśli jesteś lub planujesz kiedyś zostać mniejszym lub większym podróżnikiem, istnieje spore prawdopodobieństwo, że pewnego dnia przyjdzie ci do głowy myśl: a może by tak wyjechać w podróż dookoła świata? I nieważne, czy to nieodparte pragnienie przygody, prawdziwe i bezwarunkowe uczucie, czy tylko przelotny romans z artykułem motywacyjnym. Ta mityczna wyprawa niejednemu już zawróciła w głowie. To właśnie z jej powodu ludzie rzucają studia, zostają freelancerami, zbierają borówki w Skandynawii, odmawiają sobie drinków na mieście i nowej patelni Tefal C21006 Revelation.

         Piszę ten post, siedząc w mieszkaniu na warszawskim Ursynowie. Za oknem polska jesień (czy może już zima?) w swoim nie najlepszym wydaniu, ceny w kawiarniach w centrum nie zawsze pozwalają się rozgrzać dobrą herbatą. Mogłam przecież zostać jeszcze trochę w Azji i przeczekać tą złą porę. Mogłam dalej mieszkać w Budapeszcie, ogrzewać swoją kamienicę starym piecykiem, pić Szilva Unicum i najlepsze grzane wino. W końcu długo walczyłam o to, by móc w każdym momencie tak po prostu rzucić wszystko i gdzieś wyjechać. A jednak jakimś cudem jestem teraz tutaj i pierwszy raz od dawna wcale nie marzę o tym, żeby być tam. Pomyślicie sobie teraz: no i co z ciebie za bloger podróżniczy, który już nie chce podróżować. A ja wam powiem, że chyba zbyt często słuchamy, gdy inni mówią nam, czego powinniśmy chcieć.

       No bo czym właściwie jest podróż dookoła świata? Co jest takiego fajnego w tym całym okrążaniu globu? Czy wystarczy odwiedzić dwa państwa w Azji, Australię i Stany Zjednoczone, aby się liczyło? Czy jeśli zwiedzimy Meksyk i Brazylię, ale bez Argentyny i Kolumbii, to Ameryka Południowa jest zaliczona? Nie mogę uwierzyć w to, że są podróżnicy, którzy sięgają po takie absurdy. I że naprawdę ktokolwiek chciałby upchnąć tak wielki i piękny świat w tylko jednej, nadmuchanej podróży.


   Czym taka podróż dookoła świata byłaby teraz dla mnie? Chyba tylko wywieszaniem w autobusach mokrego ręcznika. Taszczeniem wielkiego plecaka ze wszystkimi rzeczami, jakie tylko mogą mi się przydać w ciągu najbliższego roku, w każdej możliwej strefie klimatycznej. Zastanawianiem się, czy będę miała jutro miejsce do spania i okazję, żeby w końcu zrobić pranie. Kalkulowaniem, ile dni powinnam jeszcze zostać w danym mieście, czy muszę już jechać dalej i na ile jeszcze starczy mi pieniędzy. Poznawaniem co chwila ludzi, którzy przecież i tak jutro znikną. Życiem bez bliskich. Życiem na Skypie i słuchawce, z telefonem w ręku i ciągłym szukaniem darmowego wi-fi w przypadkowych restauracjach.

       Nie wiem - może ja po prostu za dużo najeździłam się już tym autostopem, żeby pisać się na kolejną dziką eskapadę z plecakiem. Może byłam już na zbyt wielu spotkaniach couchsurfingowych, żeby nie zorientować się, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi i stwierdzić, że takie życie bez mianownika jednak nie jest dla mnie. A może czasem po prostu warto odpuścić i zamiast znów poświęcać godziny na szukanie biletów i rozpaczliwe pisanie do hostów, lepiej jest po prostu posiedzieć w tym mieszkaniu na Ursynowie z listami Osieckiej i kubkiem gorącej herbaty. Pewnie jeszcze nie raz będę pakować się w podręczny do wizzaira, wynajmować najtańsze mieszkania i przechodzić całe miasto na piechotę. Czasem jednak przychodzi czas, kiedy chce się w końcu zamieszkać w pokoju z własną łazienką, dostać czysty ręcznik i wiedzieć, że ktoś mnie wreszcie odbierze z lotniska.


Jeśli i Ty masz teraz podobne pragnienia, zajrzyj do biura podróży Itaka i sprawdź ich ofertę. 
Bo przecież nikt nie powiedział, że nie można od czasu do czasu skusić się na to, by podróżować po prostu wygodniej.

Więcej

sobota, 26 listopada 2016

Co to życie robi z ludźmi, czyli 23 mądrości na 23 urodziny

       Jestem już chyba w takim wieku, w którym człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to właściwie dużo, czy jeszcze mało. W końcu jedni znajomi rodzą dzieci, inni nie zakończyli jeszcze licealnego imprezowania, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim jest twoje własne życie, które próbujesz jakoś ogarnąć.

       Właściwie to nie sądziłam, że przed ukończeniem 23 roku życia uda mi się odwiedzić 36 państw. Ciekawe, czy jest to coś, czym mogłabym się chwalić na rozmowach kwalifikacyjnych, ale chwila - jestem w końcu freelancerem i na żadne rozmowy kwalifikacyjne już chodzić nie muszę. Tyle się w ciągu tego  ostatniego roku pozmieniało. Szczerze, to w dniu swoich 22 urodzin wcale nie byłam pewna, czy faktycznie kiedykolwiek wsiądę sama do samolotu do Malezji i czy rzeczywiście możliwe jest pracowanie w tropikach z laptopem na kolanach. Dziś już to wiem, korzystam z tego, ile tylko mogę i ogólnie to myślę, że chyba radzę sobie z tym wszystkim całkiem nieźle.

      Wiecie, ten ostatni rok był naprawdę fajny. Serio, przyniósł mi nie tylko świetne kontakty i fantastyczne miejsca, ale i mnóstwo wiedzy o sobie samej. To właśnie dlatego nie ma mnie już dzisiaj w Budapeszcie, na dobre rozstałam się z Lublinem, nie mieszkam gdzieś na drugim końcu świata i nie uprawiam życia w podróży, choć wiem, że bym mogła. Siedzę za to w swoim nowym pokoju na warszawskim Ursynowie i piszę do Was ten post:



Co to życie robi z ludźmi, czyli 23 mądrości na 23 urodziny:

  1. Studiowanie sinologii na KUL było moim największym życiowym błędem. 
  2. Możesz wypruwać z siebie wszystkie flaki, a i tak nie uda ci się żyć tak, aby wszyscy naokoło byli z ciebie zadowoleni.
  3. Związki z obcokrajowcami są bez sensu. Chociaż nie, stop. Czy to jest jeszcze w ogóle aktualne?
  4. Pokój dwuosobowy za 15 euro naprawdę jest o wiele lepszy niż piętrowe łóżko w dormitorium za 5.
  5. Nie chcę pracować na etacie i mieć 20 dni urlopu rocznie. Ale o tym już chyba kiedyś pisałam?
  6. Mieszkanie za granicą na dłuższą metę nie jest fajne, bo za daleko do teatru i nie można chodzić na wieczorki poetyckie.
  7. Ścięcie włosów było najlepszą decyzją, jaką podjęłam w ciągu ostatnich czterech lat.
  8. Naprawdę nie warto mieć w szufladzie 20 lakierów do paznokci - wystarczy 5.
  9. Walka z uprawą palm na drugim końcu świata naprawdę ma realny wpływ na poprawę życia na naszej planecie.
  10. Bieszczady to nie jedyne góry, jakie mamy w Polsce, choć pewnie już zawsze będą moimi ulubionymi.
  11. Bycie księgową wcale nie jest najnudniejszym zajęciem na świecie.
  12. Opanowałam wszystkie figury pole dance z poziomu średnio-zaawansowanego, ale pogodziłam się z tym, że już raczej nigdy nie nauczę się tańczyć.
  13. Kiedy jakiś ciuch jest doskonały, zawsze warto go kupić. Nawet wtedy, gdy masz już w szafie całkiem podobny.
  14. Chyba skończył się już czas wolontariatów, praktyk, wyjazdowych stażów i tym podobnych bajerów. Nie rzucę przecież pracy i nie pojadę za pieniądze od rodziców.
  15. Trzeba było iść na studia za granicę.
  16. Krem pod oczy to kosmetyk absolutnie niezbędny!
  17. Wszystkie genialne myśli trzeba zapisywać natychmiast (punkt, który mnie zainspirował do stworzenia tej listy, uciekł mi z głowy tuż przed otworzeniem edytora).
  18. Najprawdopodobniej nigdy nie będę bezrobotna. Łuhuu!
  19. Łatwiej jest wyjechać samotnie na dwa miesiące do Malezji niż przeżyć samotnie dwa miesiące w Polsce.
  20. Znajomi, którzy właśnie studiują i pracują w Londynie, Bergen czy Edynburgu muszą mieć całkiem fajne życie.
  21. Nie wiem, jak ja to zrobiłam, że bez wychodzenia z domu zarobiłam na bilet lotniczy do Azji, zwiedzenie dwóch państw i dwa miesiące życia w Kuala Lumpur, ale jakoś się udało.
  22. Mimo to myślę, że może jednak fajnie byłoby mieć w CV staż w Henkelu, Adidasie, Danonie lub Coca-Coli.
  23. Warto ryzykować. Zawsze. Prawie zawsze. A przynajmniej w znacznej mierze zawsze.
Więcej