poniedziałek, 28 grudnia 2015

Wszystko mi mówi, że...
w 2016 znów mnie nie będzie

      Zawsze przed napisaniem podsumowania roku waham się. Mówię sobie, że tego nie potrzebuję, że to takie typowo blogerskie i trochę sztuczne, że właściwie to nie powinno być dla niepowołanych oczu i że raczej dla siebie, ale ostatecznie i tak siadam i piszę. Przecież w końcu te najgłębsze przemyślenia mogę po prostu zostawić sobie, a ze światem podzielić się czymś mądrzejszym. Tak czy inaczej, nie jest źle zajrzeć rok później do starego wpisu i pomyśleć, że to fajnie, że tyle się od tamtej pory udało. Bo moje podsumowania są raczej dobre i choć co roku zupełnie inne, to co roku jakoś tak lepsze.

      Co robiłam w 2015? Właściwie jedną z pierwszych rzeczy dokonanych w tym roku było zapakowanie się w busa i pognanie w stronę słowackiej granicy. Chodziłam po górach, brodząc po pas w śniegu, a potem topiłam smutki w kubku gorącego kakao. Niedługo potem w niewyjaśnionych okolicznościach zaczęłam trenować pole dance, uświadamiając sobie jednocześnie, że wbrew opinii wszystkich wuefistów, którzy mieli wątpliwą przyjemność ze mną pracować, być może jednak nie jestem aż tak sportowo upośledzona. Potem wreszcie skończyłam studia (czułam się po tym, jakbym wróciła z wojny i dlatego nie chce mi się rozwijać tematu). Tuż wcześniej zupełnie na wariata pojechałam do Paryża, a tuż potem zaczęłam eksploatować pieniądze Unii Europejskiej, wyjeżdżając do Słowenii na training course. Lato mijało mi leniwie na szukaniu mieszkania w Budapeszcie, które urozmaiciłam sobie szybkim i obowiązkowym już wyjazdem w Bieszczady, który - choć nie był ani jesienią, ani z namiotem, ale przynajmniej autostopem - był dobry jak zawsze. A potem przeprowadziłam się do Budapesztu, gdzie zostałam sales and marketing assistant i spełniłam swoje marzenie o dojeżdżaniu do pracy metrem. Zaledwie tydzień później stałam już na tamtejszej wylotówce na M7 łapiąc stopa do Chorwacji, a ostatecznie lądując w Albanii i Czarnogórze. W Budapeszcie robiłam potem to wszystko, czego nie mogłam robić w domu (czytaj: wracać do domu nocnymi autobusami i przyjmować couchsurferów), uczyłam się robić zamówienia i przyzwyczajałam do smaku wytrawnego wina (nie udało się - lubię słodkie i nic na to nie poradzę!). W grudniu na treningu okazało się, że umiem już butterfly i gemini. No a potem wróciłam do domu, gdzie ugotowałam rodzicom meksykańskie alambres, wypiłam grzańca w ulubionym pubie i przekonałam się, że mój piesek o małym rozumku jednak za mną tęsknił.

        Skłamię, jeśli powiem, że wszystko się udało. Ciągle trochę zawadza mi przeszłość i mam  czasem ochotę potrzymać za rękę kogoś, za kim tęsknię. Nie udało mi się zrealizować planów blogowych, i dobrze - bo w międzyczasie przyszły lepsze. Ciągle nie odwiedziłam Portugalii i nie zostałam wolontariuszem w Malezji. Nie pojechałam w Alpy i nie nauczyłam się norweskiego (no, a przynajmniej nie biegle). Nie spędziłam kolejnego Purim ani Chanuki w Izraelu. Nie znalazłam wymarzonego EVS, nie pojechałam na kolejny projekt, nie założyłam własnej firmy i nie zostałam freelancerem.

Dlatego właśnie myślę, że rok 2016 będzie ciekawszy niż którykolwiek z poprzednich.


         ~ Ostatnie kadry z 2015:

Więcej

czwartek, 17 grudnia 2015

W pewnym momencie nie ma już powrotów

       Czasem, ale tylko czasem, chce mi się wrócić do bezpiecznego świata. Takiego, w którym już wszystko się dobrze zna i wszystko jest najnormalniejszą normalnością, szarą codziennością, do której zazwyczaj się wracać nie chce. Do świata, w którym nie ma zbyt wielu uniesień, nie ma gubienia drogi i zachwytów. Jest za to twój ulubiony kubek, pies i zupa pomidorowa. Brązowy koc, który od czterech miesięcy leży na dnie szafy i czeka. Nieprzesłuchana płyta, nieprzeczytana książka, którą niedawno przyniósł pan listonosz. Pianino, na którym nie zdążyło się nauczyć grać. Świat tak różny od spacerów po Deaku, grzanego wina w Fahej i dusznych barów open mic. Świat pierogów babci i ubranej choinki. Ten jeden, jedyny, w którym są góry, wiatr i gitara.

          Do takiego świata zabiorę właśnie teraz to wszystko, co od miesięcy mam w głowie, a co tam będzie przecież zupełnym absurdem. Bo w końcu jak tu myśleć o meksykańskich wieczorach, firmowych imprezach pod Parlamentem i oprowadzaniem po mieście swoich ulubionych Czechów, którzy przyjechali tu specjalnie, żeby cię odwiedzić, gdy będzie się po prostu jechało tym samym autobusem, który kiedyś zabierał cię do liceum i który pewnie nadal tak samo się spóźnia. Śmiesznie, bo w portfelu będę wówczas miała nie lubelską kartę miejską, a tutejszą przejazdówkę BKV. I choć fajnie będzie jeszcze raz napić się grzańca u Sarmaty i pograć w planszówki w Czeskiej, to jednak czuję, że tak naprawdę to wcale nie chce mi się jechać jutro na ten dworzec.

         A teraz trochę refleksji: w życiu przychodzi chyba w końcu taki czas, kiedy jest się już zbyt zajętym na poezję i za starym na pierwsze miłości. Ba, wyrasta się nawet z czekania na smsy i życia na Facebooku, zaczyna się lubić szczęśliwych ludzi i rezygnuje się ze słuchania Angie i pisania głupich piosenek i listów. I dlatego właśnie jestem pewna, że gdybym nie potrafiła za każdym razem po prostu wszystkiego za sobą zostawiać, teraz pewnie nikt nie odprowadziłby mnie nocą na dworzec, nie podał ręki w metrze i nie pomógł pakować do walizki sześciu butelek wina. Ja tam mogę wszystko wielokrotnie rzucać i zaczynać od nowa. Jeśli kiedyś będę chciała być nieszczęśliwa, przeprowadzę się do Warszawy. Jeśli będę chciała ruszyć dalej, wybiorę Kuala Lumpur albo Kopenhagę. Jeśli będę chciała do domu, wrócę do jednego z wielu.

          Ale, jeszcze nie teraz.

Więcej

niedziela, 15 listopada 2015

O życiu słodko-gorzko. Short flashes from Budapest

         Zdecydowanie największą frajdę w życiu sprawia mi podejmowanie decyzji. Co tam podróżowanie, co tam kariery, co tam Internety i rozprawianie o głupotach - tylko podejmowanie decyzji nie nudzi się nigdy, bo zawsze fajnie jest to robić i patrzeć, jak twoje życie nabiera rozpędu. A muszę przyznać, że toczy mi się ono całkiem ładnie i ostatnią rzeczą, na jaką mogę sobie pozwalać, jest narzekanie. Bo narzekanie to teraz taki trochę luksus, który zostawiłam za sobą w Polsce. Ciągle wszystko mnie tu niemiłosiernie cieszy: ciągle uśmiecham się do panów w metrze, lubię wyglądać na dziedziniec swojej kamienicy i jeździć tymi starymi, hipsterskimi tramwajami.

         Ludzie mówili mi: nie wyjeżdżaj. Po co, no bo w końcu lepiej jest siedzieć w miejscu i czekać na prezenty od życia. I że szczęście to podobno ma się zaczynać tu i teraz, a nie kiedyś i w jakimś tam ładnym miejscu. A mi się tłukło po głowie: a właśnie, że jebnij tym wszystkim i jedź. Gorzko dziś trochę będzie, bo wiecie, im dłużej tutaj jestem, tym coraz częściej mam wrażenie, że Lublin to miasto trochę zbyt nieszczęśliwe. Nie zrozumcie mnie źle: ja naprawdę je lubię, tylko po prostu jestem zupełnie nieprzystosowana do życia w nim. Tutaj ludzie nie są aż tak zajęci sobą i nie uważają, że życie to uczelnia na zmianę z Facebookiem. Tu nie trzeba umawiać się na kawę dwa tygodnie wcześniej ani wracać skądś do domu przed czasem, bo komuś znowu gdzieś się spieszy. Tu zapraszasz na imprezę dwadzieścia osób i dwadzieścia przychodzi. Wystarczy, że napiszesz, że miałeś dzisiaj zły dzień i zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie gotów za pół godziny pójść z tobą na piwo. Tu po prostu jakimś cudem nie ma tego całego lenistwa, niechciejstwa, wymyślania sobie na siłę problemów, a potem jęczenia, że "ale ci fajnie, bo tyle w życiu robisz".

         Tymczasem mamy jesień, a ja wiem już, że chcę zobaczyć wiosnę w Budapeszcie. Przypomina mi się ostatnio czasem wieczorne łażenie po Sztokholmie, też mam tu takie piękne zachody słońca, rzekę i oświetlone ulice. Chodzę sobie po nich w moim nowym płaszczu, a pod płaszczem lubię nosić gładkie żakiety i ołówkowe spódnice. Chyba wychodzi mi to na dobre, bo zaczęłam nawet dostawać komplementy od kolegów z pracy. Tutaj nawet zima nie jest smutna, jest ciepła i pachnie świętami, które w supermarketach pojawiły się już na początku października. Przyprawiona grzanym winem. Czerwoną koszulą w kratę. Siedzeniem wieczorami w jakiejś burżujskiej kawiarni na wzgórzu zamkowym (stać mnie, mamo!). Najlepszym piwem w ulubionym barze. Światłami na Oktogonie. Wspólnym gotowaniem i naprawdę wspólnym spędzaniem czasu. Kilka wieczorów polsko-meksykańskich i wiadomo już, że Carlos nie umie lepić pierogów, za to mi tortille wychodzą coraz lepiej. Lepię je właściwie dosyć często i często też bywam w barach latino. Hm, teraz czekam już chyba tylko na to, aż zacznę mówić po hiszpańsku, ale tańczyć bachaty nadal nie umiem. Ludzie ciągle przyjeżdżają i wracają. Nikt nie chce wyjeżdżać.

No i w sumie racja, po co było cokolwiek zmieniać, życie w końcu i tak jakoś zrobiłoby się samo.

Więcej

poniedziałek, 5 października 2015

Mamo, nie wracam. Mieszkam w Budapeszcie

      Pamiętam, że kiedy byłam małą dziewczynką, tata po raz pierwszy pokazał mi Parlament. Z daleka, kiedy przejeżdżaliśmy przez jeden z mostów - nie pamiętam już, który - i przez te kilkanaście sekund próbował opowiedzieć mi o Budapeszcie jak najwięcej. Kiedy więc dwa lata temu przyjechałam tutaj i po raz pierwszy spróbowałam, jak smakuje lenistwo na Wyspie Małgorzaty i lody na Váci út, już kochałam to miasto. I jakoś tak zawsze czułam, że prędzej czy później w końcu zostanę tu na dłużej.


        Ile trzeba poświęcić, by móc zamieszkać w ukochanym mieście? Niby wszystko, a tak naprawdę to nic. Nie zdarzyło mi się jeszcze pomyśleć, że czegoś mi tu brakuje, no, może poza smakowym piwem, którym chciałam poczęstować znajomego i nigdzie go kupić nie mogę. Ok, raz trafił mi się też na tyle kiepski moment, że aż pobrałam formularz aplikacyjny na wolontariat w Malezji i zaczęłam sprawdzać ceny biletów na trasie Budapeszt-Kuala Lumpur, ale to tylko raz. Poza tym to nie mogę uwierzyć, że jestem tu już dwa miesiące, a ciągle jara mnie spacerowanie po promenadzie, picie wina w parkach i dojeżdżanie do pracy metrem i tramwajem. Metrem i tramwajem, słyszycie?! Koniec z autobusami, koniec z taksówkami, wystawaniem na przystankach i wychodzeniem z imprez po 22, żeby zdążyć na ostatni dzienny. Metro mam co dwie minuty, a na Corvin zabiera mnie nocny tramwaj i podwozi pod same drzwi. O takie życie walczyłam. A jeśli chodzi o wino, to pamiętam, jak było mi żal tego truskawkowego z Ptuj, ale węgierskie jest, rzecz jasna, dużo lepsze. Znów też piję spritzer, z tym, że tutaj wszyscy mówią na to fröccs.

       Pamiętam pierwsze dni po przeprowadzce: chodziłam sobie po ulicach i udawałam, że mieszkam tu od dawna. Dziarskim krokiem szłam w stronę metra i dumnie pokazywałam panu kontrolerowi swoją przejazdówkę. Nie jakiś tam świstek, tylko prawdziwy bilet miesięczny, który dopełniał całego mojego jestestwa krzyczącego: mieszkam tu, halo! Już pierwszego dnia zobaczyłam słynny bar Szimpla i plac Blaha Lujza. Tu stoją prostytutki, tam śpią bezdomni. Swoją drogą - i jednych, i drugich trochę tutaj dużo. W Budapeszcie możesz robić, co chcesz. Przechodzisz na czerwonym świetle, pozdrawiasz policjantów puszką piwa. Nikogo to nie obchodzi, zdecydowanie wolą się zająć czymś w stylu tłumy uchodźców na Keletim niż ścigać kogoś za to, że napił się wina w parku.


      Pracuję niedaleko Mexikói utca. Nie do wiary, to ta sama stacja, przy której dwa lata temu próbowałam łapać stopa pod autostradą. Wysiadam więc tam każdego dnia i już na dzień dobry uśmiecham się na to wspomnienie swojego największego życiowego debilizmu. Moja praca przypomina mi trochę spokojny żywot Kowalskiego, czyli biurko, komputer, przerwa na lunch, a wszystko to między 8 a 16. Jestem już właściwie pewna, że nie tak chcę spędzić resztę życia, ale jak na ten moment jest to całkiem ok. Przy biurku obok siedzi Włoch, w sąsiednim pokoju Fatima, która mówi po francusku i choć ten język nadal mi się nie podoba, jej akurat słuchać lubię. Ani Anglik, ani Holender nie przepuszczają mnie w drzwiach: polscy chłopcy są bardziej uprzejmi, choć i tak najbardziej to lubię tu chłopców meksykańskich.

        Mieszkania na Corvinie nie zamieniłabym na nic innego. W Tel Avivie wzięłabym wszystko, byle tylko za 1500 szekli, a tutaj mogłam sobie powybrzydzać. Tu nie, bo za daleko, tu za ciasno, a tu brzydka tapeta. I tak oto mieszkam trzy minuty piechotą od galerii handlowej, piętnaście od rzeki, nie wspomnę już o luksusie posiadania tramwaju podjeżdżającego pod samo okno i marketów całodobowych. Rano, jeszcze zanim zrobię makijaż, mogę wyjść do sklepu po świeże bułki albo owoce do owsianki. Kiedy zabraknie mi mleka albo herbaty, zakładam kurtkę na piżamę, wychodzę i za kilka minut jestem z powrotem (brzmi to dość egzotycznie dla kogoś, dla kogo przez całe życie wyjście po masło oznaczało 40-minutową wyprawę). Na początku jara mnie też przyjmowanie Couchsurferów, jednak po pewnym czasie stwierdzam, że o ile poznawanie ludzi jest jak najbardziej ok, to poświęcanie zbyt dużej ilości czasu na kilkudniowe znajomości na dłuższą metę robi się męczące. Na szczęście na brak długoterminowych relacji narzekać nie mogę i trochę ze smutkiem stwierdzam, że właściwie to nie mam tu głowy do tego, by tęsknić za znajomymi z Polski. I wiecie co? Nie przeszkadza mi nawet to, że kompletnie nie umiem tańczyć do muzyki latino i że każda impreza kończy się w Fogasu.

       
          I tak sobie tu jestem - mogę w każdej chwili pojechać na Wyspę Małgorzaty, zjeść langosa, kupić Traubisodę - wszystkie skarby mam na wyciągnięcie ręki. Nie wspominając już o winie - ach, winie - chyba już całkiem się tu rozpiję. I tak gdzieś w międzyczasie stwierdzam, że w życiu to chyba chodzi o to, że trzeba spróbować wielu rzeczy: pracy od 8 do 16, pracy na zmywaku, pracy na zlecenie, pracy za darmo, spakowania się pewnego dnia i wyjechania do innego miasta, spóźnienia się na pociąg, zgubienia na lotnisku, spania na dworcu, trafienia na złego chłopaka, zabawy do rana, rozpamiętywania i zapominania, leżenia miesiącami bez sił, by się podnieść, a ostatecznie uczucia, że życie w końcu płynie ci w żyłach. Bo w końcu ileż można być chronicznie nieszczęśliwym i wysłuchiwać piosenek o nieszczęśliwej miłości.
Więcej

czwartek, 3 września 2015

Przez góry i krew. Bałkany


        Ludzie piszą do mnie zewsząd i pytają, jak ja to robię, że żyję, jak żyję, ale czasem to sama się nad tym zastanawiam. Jeszcze nawet nie zjadłam gulaszu ani nie spędziłam całej soboty leniąc się w parku na Wyspie Małgorzaty, ba, nawet za bardzo nie miałam gdzie mieszkać w Budapeszcie, a już wybyłam. W podróż, bo jak inaczej. Kiedy uświadamiasz sobie, że od Adriatyku dzieli cię tylko kilka godzin, to trzeba tylko znaleźć chętnego mężczyznę i już można jechać. Pamiętacie może mój post o podróżach, które się nie powtórzą? Ten wyjazd to był istny reunion w całej okazałości. Serio, nie spodziewałam się, że jeszcze kiedykolwiek pojadę gdzieś na stopa dalej niż 300 km, będę spała w czyimś ogródku i zastanawiała się, kiedy będzie następna okazja, żeby wziąć prysznic.

       Tęskniło mi się za Chorwacją. Oj, bardzo. To nic, że drogo, ale w końcu tam tak fajnie, ludzie mili, i w ogóle. Nie miałam dużych wymagań co do tego wyjazdu, chciałam się po prostu wykąpać w Adriatyku, zerwać pomarańczę prosto z drzewa i zostać poczęstowana przez gospodarzy domowym ciastem. Tymczasem przyjeżdżamy i okazuje się, że z Chorwacji, którą zapamiętałam, zostało już bardzo niewiele i nie dość, że na kempingu nie ma nawet miejsca na nasz namiot, trzeba płacić za prysznice, to na dodatek widać, że najlepiej by dla nich było, jak byśmy sobie poszli. Dla nas w sumie też, więc idziemy. Głupie kempingi, głupia Chorwacja. Nie podoba nam się ani trochę, więc na drugi dzień pakujemy się i jedziemy dalej.


        Chce nam się tych Bałkanów, tych, które pachną oliwkami i gdzie zawsze znajdzie się ktoś, kto poczęstuje cię arbuzem. Jedziemy do Czarnogóry, postanawiamy, i tak się składa, że łapiemy stopa prosto do Kotoru. Wynajmujemy tam pokój z widokiem na góry i rzeczywiście trafiamy na gospodarzy, którzy częstują nas ciastem i rakiją, przedstawiają nam swoją rodzinę, a ich włochaty pies się do nas łasi. Pytamy ich, jak tam się żyje w Czarnogórze. A no, ciężko, bo nie ma pola, nie ma pracy, tylko to morze i morze. Aha, no, i jeszcze takie widoki za oknem:


        Oczywiście natychmiast stwierdzamy, że Czarnogóra jest świetna i że zostajemy tu dłużej. Kotor fajny na jeden dzień, więc zapuszczamy się dalej. To miejsce ma klimat. Tutejsi wandale piszą po ścianach cyrylicą, a inni przychodzą i to zamazują. Im bardziej na południe, tym mniej ludzi na plażach i coraz trudniej dogadać się po angielsku. Do Budvy wiezie nas Rosjanin na czarnogórskich blachach, zatrzymujemy się chwilę nad jakąś ładną zatoczką, żeby posmotrić i porobić zdjęcia.

          Budva jest ekstra, jakoś nie odrzuca nas za bardzo ten wszechobecny, turystyczny kicz i nawet decydujemy się pójść na rejs statkiem. Oczywiście, turystów jest mnóstwo, ale znajdujemy w końcu fajny kemping za 5 euro i jest nam tam dobrze. Poznajemy przy okazji Albatros Ekipę i podziwiamy ich busa. Zostajemy na dwa dni i nie robimy nic poza piciem Niksicko i jedzeniem pljeskavic.


       No i potem w końcu wymyślamy sobie, że pojedziemy na stopa do Albanii. Ludzie robią dla funu różne rzeczy, więc dlaczego by nie, a i ostatecznie fajnie jest powiedzieć komuś potem, że było się na stopa w Albanii. I rzeczywiście, to nie byle co, bo było z tym trochę zabawy. Z tą Albanią to jest tak, że im jesteś jej bliżej, tym jakoś tak straszniej, ale jak postanowiliśmy, że jedziemy, no to jedziemy - w stronę granicy. Robi się coraz dziwniej, coraz więcej samochodów ma amerykańskie blachy i powybijane szyby. Tłuczemy się jakąś górską drogą, która wygląda, jakby prowadziła nie wiadomo dokąd. Wiezie nas pan z Kosowa, który zachwala nam Albanię, jak może. Co kraj to obyczaj, a raczej co narodowość to obyczaj, bo za chwilę jedziemy z panem z Czarnogóry, który twierdzi, że tam to na ulicach strzelają do ludzi. A Albańczyk mieszkający po stronie czarnogórskiej narzeka, że mu źle, że nie może załatwić tego czy tamtego. Tak, Bałkany spłynęły krwią, to widać i czuć na każdym kroku.

       Na granicy wysiadamy i idziemy pieszo, nagle słyszymy, że ktoś nas woła i pyta, gdzie chcemy jechać. Tutaj większość kierowców mówi, że są taxi i oczekuje kasy za podwózkę, ale ten pan nie chce pieniędzy i zabiera nas do samej Szkodry. Jest dziwnie. Na campingu, który znajdujemy, brak żywej duszy, stoi jakiś jeden namiot i zastanawiamy się, czy faktycznie ktoś tam mieszka, czy to tak dla niepoznaki. Ten kraj to jakiś trzeci świat, który jakimś cudem uchował się w środku Europy. I nie chodzi tutaj nawet o to, że szokują mnie metrowe dziury w chodniku, barany chodzące po drogach między mercedesami, żebracy podjeżdżający do samochodów na wózkach inwalidzkich i ryby pływające do góry brzuchami sprzedawane prosto na ulicy (chociaż nie, stoisko z gruszkami na granicy albańsko-czarnogórskiej to jednak absurd). Po prostu dziwnie można się poczuć w miejscu, w którym większość budynków to regularne slumsy i gdzie po ulicach chodzą sami mężczyźni. Ostatecznie jednak nie mogę powiedzieć o tym kraju złego słowa, choć mimo wszystko trudno było mi wyjść na miasto bez gazu w torebce. Ale jedyną rzeczą, jakiej żałujemy, jest to, że nie udało nam się zjeść niczego lokalnego, bo podobno wszystko bardzo dobre.

           Szkodra wygląda tak:


        Miała być przygoda, no to była przygoda, a potem przyszła kolej na ciemne oblicze autostopu. Nie będę się tu zagłębiać we wszystkie szczegóły, ale było już chyba tak źle, jak tylko można sobie wyobrazić. No dobra, niby zawsze mogło być gorzej, ale o ile do tej pory nie miałam nic do Dubrownika, to odkąd spędziłam w nim dziewięć godzin łapiąc stopa, zmieniłam zdanie. Serio, niby od początku wiadomo było, że wyjazd do Chorwacji w środku sezonu to nie jest najlepszy pomysł, ale nie sądziłam, że aż tak zły. Stop and do the right thing, powiem sobie na przyszłość, a wy bądźcie ode mnie mądrzejsi i podziękujcie mi ładnie za dobrą radę.

          No i na koniec z nim, z najlepszym, jakiego mogłam sobie wymarzyć na ten wyjazd, choć zupełnie randomowym kompanem - z podziękowaniami za codzienne kupowanie papryki do pasztetu, przeganianie kopruchów z namiotu, lekcje picia piwa, spacery po imperium tandety, zaglądanie do psa oraz długie, mniej lub bardziej poważne rozmowy życiu i o tym, co to znaczy kurwa kochać.

Więcej

czwartek, 6 sierpnia 2015

Już tęsknię za Lublinem

        Nie mam pojęcia, jak wyobrażacie sobie Lublin, ale być może nieco inaczej, niż zwykle widzę go ja. Rzeczywiście: naprawdę niektórzy ludzie chodzą tu w skarpetkach nie do pary i robią burdy w autobusach, a pociągiem stąd to co najwyżej do Warszawy, ale takie już uroki życia na Wschodzie. Tu tak trochę Ukrainy, trochę Litwy w historii, trochę imigrantów i tajwańskich studentów na medycznej, no i jednak Polska w tym wszystkim. Ja też jestem człowiekiem Wschodu, ludzie z różnych stron kraju z łatwością rozpoznają to po moim akcencie. Mówią przy tym często, że u nich to jest tak a tak, ale w tym Lublinie to już chyba całkiem źle.

       A jednak to jest mój Lublin, Lublin, w którym podobno nie ma przystojnych chłopców, ale ja tam swoje wiem. Oni grywają w miejskich bramach i przeglądają się w kuflach dusznych piwnic, można ich spotkać na ulicznych festiwalach i w autobusach. Są tu małe galerie, wyblakłe kamienice i stare teatry lalek, no i nowy teatr - mijam go każdego dnia i myślę, że ten budynek jest naprawdę piękny. Przypomina mi bardzo Operę w Oslo, a jak Operę w Oslo, to wiadomo, że i całe Oslo. I nie brakuje tu także ani małych scen, ani kawiarenek, zupełnie jak w Lublanie, a od tego roku mamy też w końcu prawdziwe lody na Krakowskim. I chyba właśnie stwierdzam, że najbardziej to lubię te miasta, które przypominają mi Lublin. Lublin żydowski, Lublin ze starej fotografii. Jolka, Jolka, pamiętasz, moje miasto.

        Czasem, kiedy zamykam walizkę, zastanawiam się, jak to się stało, że najpiękniejszych chwil w życiu wcale nie przeżywam tutaj, że muszę to wszystko ciągle zostawiać i jeździć po nie gdzieś w świat i wiem też, że jutro, kiedy będę stąd wyjeżdżać na dłużej niż kiedykolwiek wcześniej, zapewne także odjadę nawet nie oglądając się za siebie.


Więcej

czwartek, 30 lipca 2015

Słowenii na do widzenia. Lublana


      Plan był taki: po projekcie miałam spakować walizki i z samego rana pojechać na zwiedzanie Lublany, ale wszystko wyszło inaczej i zupełnie przypadkiem udało mi się pojechać także do Bled. To kawał drogi, więc w najśmielszych snach nie sądziłam, że tam dotrę na tym wyjeździe, ale jednak jakoś dotarłam. W ogóle to tak się poukładało, że nie dość, że w ciągu jednego dnia przejechałam pół Słowenii, to jeszcze jakimś cudem uniknęłam tej nocy spania na ławce na dworcu. Nie to, żebym miała coś do spania na dworcu, ale mimo wszystko lotnisko to znacznie bardziej kusząca opcja.

         No więc jest tak: jedziemy sobie z kierowcą w stronę Lublany i on nas pyta, czy mamy gdzie spać. No w sumie to nie mamy, ale wspomniany wyżej dworzec czy ławka zawsze się znajdzie. Nie, nocleg to nie, bo z samego rana mamy lot i najlepiej to nam będzie gdzieś przeczekać i pognać na lotnisko pierwszym autobusem. Aha, bo tam za rogiem jest taki hostel, niedrogi, możecie pójść zapytać. W to "niedrogi" nie bardzo wierzymy, ale dobra, zapytamy, może przynajmniej pozwolą nam gdzieś zostawić walizki, bo przecież nie będziemy ich za sobą ciągnąć przez całe miasto. Idziemy w tamtą stronę i po drodze coś mi świta, bo okolica wygląda dziwnie znajomo. Nagle wpada mi do głowy, że tak, gdzieś tu na pewno musi być słynna Metelkova! I oto chwilę później lądujemy w hostelu Celica. Kierowca co prawda pomylił się o jakieś 20 euro, podając cenę (ups), ale wystarczyła szybka gadka i nie dość, że miałyśmy gdzie zostawić rzeczy, to jeszcze zabukowałyśmy wieczornego hostelowego busa na lotnisko. Wybornie, no więc już, lecimy zostawić walizy i idziemy zwiedzać Lublanę. Metelkova na początek!


      Coś czuję, że jeszcze przez wiele miesięcy będę się roztkliwiać nad tym wpisem, bo mocno mnie wzięło na tą Lublanę. Jeśli szukacie miejsca, w którym możecie porobić fajne foty, to dobrze trafiliście. To miasto jest na wskroś fotogeniczne i hipsterskie. Serio, hipsterstwo wyziera tam z każdego kąta. Na przykład muzeum autostopu - co to w ogóle za motyw. Albo stoisko z książkami za 1 euro, a przed antykwariatem siedzi sobie pan i czyta. I nie to, że się wygłupia, on naprawdę czyta, a turyści stoją i strzelają fotki na instagrama. No nie wierzę, normalnie nie wierzę. W tym mieście nie da się zrobić zwyczajnego zdjęcia - nawet kot wchodzi ci w drogę w najbardziej odpowiednim momencie. Wolałam więc chodzić z aparatem i nawet nie za bardzo chciało mi się iść na ten cały zamek, bo postanowiłam, że i tak przyjadę tu na Erasmusa. W sumie to zaplanowałam już, że nie wracam na studia, no ale ta Lublana nie daje mi spokoju.

      Taka jedna uwaga: tego, jak ładne jest to miasto, nie widać na obrazkach w Google. Być może macie okazję zobaczyć to tylko na tym blogu. Ja osobiście nigdy wcześniej takiej Lublany nie widziałam, więc jeśli trafiliście kiedyś na jakieś ciekawe fotografie, to dajcie mi znać. Będzie więc dużo zdjęć, bo o takich miejscach najlepiej opowiada się zdjęciami.










Nie wiem, co o tym myślicie, ale według mnie Bruksele, Paryże i Amsterdamy mają czego się wstydzić.
Więcej