piątek, 29 maja 2015

Podróże, które już się nie powtórzą

     Jeśli kiedykolwiek będziecie mieć gorszy dzień, nigdy nie róbcie tej jednej rzeczy: nie szukajcie starych plików i nie oglądajcie zdjęć. Albo nie: znajdźcie je sobie, powspominajcie, jak to kiedyś było i pomyślcie, że nawet, jeśli teraz coś wam nie idzie, to przynajmniej macie te wszystkie wypchane foldery na swoją obronę. Może też być tak, że od tego myślenia zrobi się wam jeszcze gorzej, ale istnieje jednak spora szansa na to, że się uśmiechniecie. Na przykład na wspomnienie śpiewania Nossa na pustyni w Izraelu. Siedzenia w zabytkowej cerkwi podczas strasznej burzy i przeprawiania się przez rzekę w Smerecznym. Rodzinnych wakacji w Rumunii, podczas których stwierdziliście, że pokoje zamykane na magnetyczną kartę i hotelowy basen jednak nie są dla was. Wyjazdu do Lwowa - nieważne, że na antybiotyku, bo dwa dni wcześniej przeziębiliście się w Bieszczadach. A jeśli przypomnicie sobie, jak się przekraczało pieszo ukraińską granicę w Medyce, to możecie się nawet pośmiać. Smutno zrobi się natomiast na wspomnienie spacerów z ukochanym psem, którego już nie ma. Ludzi, którzy poszli sobie gdzieś swoją drogą. Pomysłów na wakacje, które kiedyś były normą, a teraz nie mają racji bytu.

 
       No więc siedzę i oglądam sobie zdjęcia. Majowe Bieszczady, Berlin... Nie tak dawno to było. Majówka w Wetlinie postawiła poprzeczkę bardzo wysoko, mimo, że w prysznicach nie było ciepłej wody i brakowało jednego łóżka. Była za to melodyka, fajni ludzie i stary śpiewnik, który pożyczył nam pan z Krakowa (bo w końcu albo jest się z Krakowa, albo się nie jest z Krakowa!). I ten Berlin - pierwszy raz na Couchsurfingu, pierwsze piwo wypite w parku (bo u nas nie można, ale wszędzie indziej tak) i promocja na Toffifee (po 80 centów było, tyle wygrać!). Pamiętam jajka na twardo na śniadanie, adres kamienicy i zakupy w NY, bo w Lublinie jeszcze wtedy nie było, a mi się zachciało nowej spódnicy. Kupiłam ją i chodzę w niej do tej pory. I moją ulubioną bawełnianą torbę, która jeździ teraz ze mną wszędzie po świecie, też kupiłam w Berlinie.

     Zaraz po powrocie trochę ciepłego lata, kilka grillów, pożyczanie różnych rzeczy i już, jedziemy do Budapesztu, stoimy na wylotówce na Kraśnickich z minami, jakby świat miał się dla nas za moment skończyć i dosłownie chwilę później na dobre zaczyna się ta cała przygoda zwana podróżowaniem. Tak, to wtedy się zaczęło - taszczenie plecaków, jedzenie kabanosów, wożenie gitar (i cajonów) na drugi koniec Europy, picie kolejnych piw w parkach i nocowanie u obcych ludzi. Często wtedy chodziliśmy nocą po mieście i wołaliśmy: Niech ta chwila trwa, niech ona dzieje, dzieje się!. Oddałabym za nią siebie teraz. Nie wiem czemu, ale te podróże mają dla mnie właśnie smak piwa wypitego nad brzegiem Dunaju w Budapeszcie, a ich soundtrackiem jest "Stokrotka" T. Love. Tak chyba już zostanie i sama nie wiem, czy to aby dobrze.


      Co było dalej? Częstochowa i Gdańsk, Gdańsk i Częstochowa, dużo pociągów i powrót do Lublina w klapkach i z piachem prosto z plaży, który posypał się na siedzenia w przedziale. Wcześniej noc w Gdańsku, czekanie na dworcu do późna na pociąg do Kielc, był też koc, dwa miejsca, a czy herbata z termosu...? Tego już nie pamiętam. Pamiętam za to dobrze pierwsze spojrzenie na Oslo nocą i pierwszy lot Ryanairem, który nas tam zabrał. I telefony pod tytułem "Jestem w Norwegii, wracam jutro". Bo tak to właśnie było - wszyscy na weekend listopadowy jechali do domów po słoiki, a my, z konserwami i biletami na lot tańszymi niż studencki na pociąg z Lublina do Warszawy, lecieliśmy na północ do kraju, w którym hamburger kosztuje tyle, co tutaj dniówka i gdzie każdy przepuszcza cię na przejściu dla pieszych. Później jeszcze Łotwa i majówka, taaak, ta genialna majówka ze spaniem nie wiadomo gdzie, jeżdżeniem camperami i powrotem z Brukseli do Lublina w mniej niż dobę. Autostopem, oczywiście. Bez snu, z niemieckimi kanapkami za cztery euro i herbatą z Orlenu. Smakowała nieziemsko o 3 nad ranem w lawecie u pana Tomka, który zabrał nas do Kraśnika gdzieś spod granicy niemieckiej. Prawie tak dobrze, jak pierwszy od ponad tygodnia normalny obiad zjedzony po powrocie.


      A potem to już tylko Katar, tylko Chiny, oj, niedobre Chiny. Ale nie, za wcześnie chyba jeszcze, żeby o tym pisać, może dopiero za rok będę potrafiła jakoś za nimi tęsknić, choć za poznanymi tam ludźmi, którzy teraz zapraszają mnie do siebie do Portoryko czy Indonezji, tęsknię już. O, i jeszcze za Szwecją, w Szwecji jest fajnie, choć bilet na metro kosztuje tam prawie tyle, co miejsce w samolocie, którym można przylecieć na Sztokholm-Skavsta z Warszawy-Modlina. Za chwilę będę się pakować do Paryża, a niedługo potem na projekt do Słowenii, i jakoś tak myślę sobie - ja to mam jednak całkiem fajne życie. Bo przecież można mieć fajne życie, a co. Będzie co wspominać za te parę lat, kiedy nie wiem, gdzie będę i z kim. Na koniec patrzę na swoje zdjęcie, na którym cieszę się w berlińskim metrze i stwierdzam, że fajnie byłoby też jeszcze kiedyś pojeździć metrem. Być może już niedługo. Ale na razie nie powiem nic więcej.
Więcej

piątek, 15 maja 2015

Za czym goni Polka na obcasach i z backpackiem

      Tak poważnie, to jest tylko jeden powód mojego wyjazdu:
świat jest za duży, aby mieszkać zbyt długo w jednym miejscu. 

     Tak, tak naprawdę chodzi tu tylko o to jedno. Jeśli myślisz, że wulkany w Indonezji istnieją z innego powodu niż to, że pewnego dnia masz tam pojechać i stanąć na brzegu ich kraterów, albo że na brazylijskiej Copacabanie co roku tysiące ubranych na biało ludzi wychodzi na ulicę obchodzić Nowy Rok nie dlatego, że któregoś roku też masz ubrać się na biało i świętować razem z nimi pijąc cachaca, to jesteś w błędzie. Bo przecież nie po to Pan Bóg stworzył tak wielki świat, żebyśmy teraz mieli z niego nie korzystać, więc nie dokonujmy gwałtu na stworzeniu, spędzając całe swoje życie w tym samym miejscu. Uważasz inaczej? A, no to szkoda!


       Dobra, możecie się śmiać, wcale a wcale się nie obrażę, ale taka jest, kurczę, prawda. A zaczęło się od tego, że stwierdziłam, że właściwie to wcale nie muszę przez całe życie mieszkać w Lublinie, mijać co dzień tych samych ludzi, witać się z tym samym panem listonoszem i narzekać codziennie na ten sam autobus, który rzadko przyjeżdża o czasie, a jak ma czasem gorszy humor, to wtedy nie przyjeżdża w ogóle (linia 32 kierunek Ponikwoda). I to jest chyba ten sam moment, kiedy człowiek czuje, że właściwie to ma już dosyć miejsca, w którym jest i instaluje wtyczkę AdSense na swoim marnym blogu, poświęca miliony godzin na pisanie beznadziejnych tekstów na Textmarket, które nigdy się nie sprzedadzą, bądź też podejmuje inne, równie absurdalne próby uzyskania czegoś takiego jak własny budżet. I uświadamia sobie też wtedy, że całe życie słuchał, że ma kiedyś dużo zarabiać, mieć dobrą pracę, dom z ogródkiem, dwójkę dzieci i psa, i w ogóle wszystko to, co powinien mieć każdy, aby można go było nazwać szczęśliwym. A tymczasem on sam stwierdza, że w sumie to olewa harowanie za kilka złotych za godzinę, olewa życie z wakacjami raz do roku, skoro może przecież po prostu pojechać gdzieś i pracować tam. Nawet, jeśli miałby to robić za łóżko i obiad. Dobra, może ja też będę się kiedyś z tego śmiała, a wtedy przypomnę sobie o tym blogu, wejdę tu i sprawdzę, jak to jest, kiedy rzeczywiście do szczęścia nie potrzeba niczego więcej niż być w fajnym miejscu i mieć dach nad głową.

     Jeśli chodzi o mnie, to już dawno przestałam twierdzić, że moje miejsce jest tutaj, w Lublinie. Uważałam tak, kiedy szłam na studia, myślałam sobie wtedy: wow, sinologia, kierunek marzeń, będę sobie kiedyś podróżowała po Chinach, oglądała świątynie i jadła tofu pałeczkami. Ta, jasne. Teraz myślę raczej, że skończę uczelnię, której będę się wstydzić i będę znać język kraju, do którego pewnie nigdy więcej nie pojadę, tak dał mi w kość za pierwszym razem. Za to mogę sobie posiedzieć o 2 w nocy z Chińczykiem w klubie i przy piwie albo whiskey porozmawiać o Wałęsie i japońskich zbrodniach wojennych. Tyle wygrać, myślę, a mogłam sobie wyjechać, mogłam nie mieszkać 40 minut autobusem od centrum i 25 na piechotę od autobusów nocnych, mogłam pójść gdzieś, gdzie przynajmniej mają Erasmusa, mogłam... Ok, wiadomo, fajnie jest, jak mama robi obiadki, a tata naprawia cieknące krany, ale kiedyś w końcu samemu trzeba będzie sobie gotować obiady i naprawiać krany (i pewnie nie tylko krany). W moim przypadku będzie to teraz, z drugiej strony - lepiej późno, niż wcale.

       Tak więc w końcu stwierdziłam, że nie trzyma mnie tu nic. Konieczność zrobienia magisterki, skończenia licencjatu (zarządzanie pozdrawia), znajomi, nawet ci bliscy - to nie jest coś, co mogłoby zatrzymać człowieka w miejscu. A więc już niedługo wybiorę się do dziekanatu, gdzie poproszę o dziewięć miesięcy wolnego w postaci urlopu dziekańskiego. Pojadę sobie gdzieś potem na praktyki i będę robić wielkie biznesy, będę panią z korpo z własnym biurkiem i plakietką, będę nosić szpilki w plecaku, tuż obok podróżnej kosmetyczki i kurtki przeciwdeszczowej. A więc zamykam powoli swoje sprawy, kończę licencjat, oddaję pożyczone rzeczy - swoich nawet nie ściągam, pamiętacie: im mniej, tym łatwiej będzie się spakować - a po nocach piszę teksty, żeby już tam mieć za co kupować sobie bilety na tramwaj i świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Bo w Lublinie nie ma tramwajów. A tam, mam nadzieję, będą.

Zdjęcie: Chiny, Szanghaj, czerwiec 2014
Więcej

sobota, 9 maja 2015

A więc rzucam wszystko i jadę w podróż życia?

       Niecały rok temu, dokładnie wtedy, kiedy wchodziłam do punktu ksero na nankińskim kampusie uniwersyteckim, aby wydrukować swój bilet powrotny do Warszawy z przesiadką w Katarze, obiecałam sobie, że następnego lata zostawię to wszystko i wyruszę samotnie w świat na poszukiwanie szczęścia, życiowego spełnienia, sensu własnej egzystencji i innych przymiotów rodem z cytatów Paulo Coelho. Albo sesji coachingowej.

       Żartuję z tym Paulo Coelho i mam alergię na wszelaki coaching, ale cała reszta to właściwie prawda. Coraz częściej łapię się na tym, że siadam i oglądam swoje rzeczy, myśląc - nie będę tego potrzebowała, kiedy będę się przeprowadzać (obracam wtedy w dłoniach nieużywane od dawna buteleczki lakieru do paznokci), tego też nie - i wyrzucam zeszyty z zapiskami, pozbywam się książek i wynoszę na strych coraz to nowe-stare rzeczy. Decyduję też, które kosmetyki muszę szybko zużyć i że nie będę już kupowała na przecenach nowych butów na zimę, bo nie wiem jeszcze, czy będą mi w tym roku potrzebne. Nagle potrzebuję zmieścić wszystko, co mam, w jednej, fioletowej walizce na kółkach, ewentualnie dwóch, ale raczej w jednej, bo tak po prawdzie to mam tylko tę jedną. Więc chyba naprawdę niedługo wyjeżdżam.

       Kiedy pisałam swojego poprzedniego bloga, zwykle towarzyszył mi jeszcze nierozpakowany plecak, w sercu triumf, a w głowie szum - to droga, w której ciągle byłam i przy której to swoje w życiu wystałam. Nie, żebym narzekała, ale teraz trochę się pozmieniało. Nie będzie już podbijania świata za 50 złotych, szczerzenia zębów do panów policjantów przeganiających z autostrady, wpychania śpiwora do pokrowca od namiotu (razem z namiotem, oczywiście) i sucharów z pasztetem, które smakują najlepiej piątego dnia z rzędu. Nie wiem, tak naprawdę to nie wiem jeszcze, co będzie się działo na tym blogu. Może będzie tu dużo spacerów po Wenecji, długiego podróżowania pociągami, picia kawy o 5 rano w Alpach, włóczenia się wieczorami po Budapeszcie albo późnych powrotów do mieszkania na berlińskim Charlottenburgu (tak, Charlottenburgu koniecznie!), zaczytanych na śmierć książek przechodzących z rąk do rąk, czasem kolacji przy jarzeniówkach, a kto wie - może nawet zamartwiania się o to, jak tu przeżyć za dwa tysiące złotych w Tel Avivie. 

         Tak. Taki właśnie będzie ten nowy blog.


        Gdzieś kiedyś przeczytałam takie jedno zdanie, że żeby być ciekawym blogerem, najpierw trzeba być ciekawym człowiekiem. Wątpię, że kiedykolwiek zostanę prawdziwym blogerem - bloger to takie dziwne słowo, które czasem ciężko z czymkolwiek przegryźć, a zwłaszcza z tym, że planuje się przez następny rok jeść głównie ziemniaki i samemu robić sobie paznokcie - ale mogę obiecać, że o bycie ciekawym człowiekiem to ja się mocno postaram. I będę pisać. I jeśli nie mama, nie tata będą ze mnie dumni i może nawet nie ja sama, to może chociaż ktokolwiek?
Więcej