sobota, 9 maja 2015

A więc rzucam wszystko i jadę w podróż życia?

       Niecały rok temu, dokładnie wtedy, kiedy wchodziłam do punktu ksero na nankińskim kampusie uniwersyteckim, aby wydrukować swój bilet powrotny do Warszawy z przesiadką w Katarze, obiecałam sobie, że następnego lata zostawię to wszystko i wyruszę samotnie w świat na poszukiwanie szczęścia, życiowego spełnienia, sensu własnej egzystencji i innych przymiotów rodem z cytatów Paulo Coelho. Albo sesji coachingowej.

       Żartuję z tym Paulo Coelho i mam alergię na wszelaki coaching, ale cała reszta to właściwie prawda. Coraz częściej łapię się na tym, że siadam i oglądam swoje rzeczy, myśląc - nie będę tego potrzebowała, kiedy będę się przeprowadzać (obracam wtedy w dłoniach nieużywane od dawna buteleczki lakieru do paznokci), tego też nie - i wyrzucam zeszyty z zapiskami, pozbywam się książek i wynoszę na strych coraz to nowe-stare rzeczy. Decyduję też, które kosmetyki muszę szybko zużyć i że nie będę już kupowała na przecenach nowych butów na zimę, bo nie wiem jeszcze, czy będą mi w tym roku potrzebne. Nagle potrzebuję zmieścić wszystko, co mam, w jednej, fioletowej walizce na kółkach, ewentualnie dwóch, ale raczej w jednej, bo tak po prawdzie to mam tylko tę jedną. Więc chyba naprawdę niedługo wyjeżdżam.

       Kiedy pisałam swojego poprzedniego bloga, zwykle towarzyszył mi jeszcze nierozpakowany plecak, w sercu triumf, a w głowie szum - to droga, w której ciągle byłam i przy której to swoje w życiu wystałam. Nie, żebym narzekała, ale teraz trochę się pozmieniało. Nie będzie już podbijania świata za 50 złotych, szczerzenia zębów do panów policjantów przeganiających z autostrady, wpychania śpiwora do pokrowca od namiotu (razem z namiotem, oczywiście) i sucharów z pasztetem, które smakują najlepiej piątego dnia z rzędu. Nie wiem, tak naprawdę to nie wiem jeszcze, co będzie się działo na tym blogu. Może będzie tu dużo spacerów po Wenecji, długiego podróżowania pociągami, picia kawy o 5 rano w Alpach, włóczenia się wieczorami po Budapeszcie albo późnych powrotów do mieszkania na berlińskim Charlottenburgu (tak, Charlottenburgu koniecznie!), zaczytanych na śmierć książek przechodzących z rąk do rąk, czasem kolacji przy jarzeniówkach, a kto wie - może nawet zamartwiania się o to, jak tu przeżyć za dwa tysiące złotych w Tel Avivie. 

         Tak. Taki właśnie będzie ten nowy blog.


        Gdzieś kiedyś przeczytałam takie jedno zdanie, że żeby być ciekawym blogerem, najpierw trzeba być ciekawym człowiekiem. Wątpię, że kiedykolwiek zostanę prawdziwym blogerem - bloger to takie dziwne słowo, które czasem ciężko z czymkolwiek przegryźć, a zwłaszcza z tym, że planuje się przez następny rok jeść głównie ziemniaki i samemu robić sobie paznokcie - ale mogę obiecać, że o bycie ciekawym człowiekiem to ja się mocno postaram. I będę pisać. I jeśli nie mama, nie tata będą ze mnie dumni i może nawet nie ja sama, to może chociaż ktokolwiek?

4 komentarze:

  1. Widzę, że jesteśmy w podobnej sytuacji :) Też kończę studia, też chcę wyjechać (jeszcze nie podjęłam ostatecznej decyzji), też mam mieszane uczucia co do blogowana :) Dużo szczęścia życzę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jeśli nie podjęłaś jeszcze ostatecznej decyzji to zastanów się, co Cię trzyma w miejscu, w którym jesteś. ja stwierdziłam, że mnie nie trzyma nic, dlatego zdecydowałam, że jadę, i już. polecam zrobić taki przegląd swojego życia, priorytetów – niedługo napiszę o tym oddzielny post. pozdrowienia!

      Usuń
  2. Klaudia, cieszę się na Twój nowy blog :) Zastanawiałam się, dlaczego umilkłaś i nic nie piszesz na tym starym. Trzymam za Ciebie mocno kciuki i czekam na kolejne posty- bardzo mnie ciekawi, cóż takiego zaplanowałaś i co Cię do tego skłoniło, biorąc pod uwagę fakt, że sama mam podobne plany - myśl o większej podróży dojrzewa we mnie od jakiegoś czasu :) Pozdrawiam. Natalia

    OdpowiedzUsuń
  3. Też mam pomysł na taki wyjazd ale boję się. Boję się, że sobie nie poradzę, że mi się nie spodoba, że może jednak znajomi i rodzina mają racje. Że teraz lepiej znaleźć dobrą pracę i zarabiać. Na co? Na życie. I tak w kółko. Ale ja czuję, że pracować ja będę jeszcze całe późniejsze życie... Po co mam się spieszyć? A może inni będą już na wyższym levelu, a ja dopiero będę startować od najniższej krajowej na karku z 30tką bez dzieci, faceta, a nawet kota. Zbyt dużo pytań za mało odpowiedzi. Skąd wiedzieć, którą drogą pójść?

    OdpowiedzUsuń