piątek, 15 maja 2015

Za czym goni Polka na obcasach i z backpackiem

      Tak poważnie, to jest tylko jeden powód mojego wyjazdu:
świat jest za duży, aby mieszkać zbyt długo w jednym miejscu. 

     Tak, tak naprawdę chodzi tu tylko o to jedno. Jeśli myślisz, że wulkany w Indonezji istnieją z innego powodu niż to, że pewnego dnia masz tam pojechać i stanąć na brzegu ich kraterów, albo że na brazylijskiej Copacabanie co roku tysiące ubranych na biało ludzi wychodzi na ulicę obchodzić Nowy Rok nie dlatego, że któregoś roku też masz ubrać się na biało i świętować razem z nimi pijąc cachaca, to jesteś w błędzie. Bo przecież nie po to Pan Bóg stworzył tak wielki świat, żebyśmy teraz mieli z niego nie korzystać, więc nie dokonujmy gwałtu na stworzeniu, spędzając całe swoje życie w tym samym miejscu. Uważasz inaczej? A, no to szkoda!


       Dobra, możecie się śmiać, wcale a wcale się nie obrażę, ale taka jest, kurczę, prawda. A zaczęło się od tego, że stwierdziłam, że właściwie to wcale nie muszę przez całe życie mieszkać w Lublinie, mijać co dzień tych samych ludzi, witać się z tym samym panem listonoszem i narzekać codziennie na ten sam autobus, który rzadko przyjeżdża o czasie, a jak ma czasem gorszy humor, to wtedy nie przyjeżdża w ogóle (linia 32 kierunek Ponikwoda). I to jest chyba ten sam moment, kiedy człowiek czuje, że właściwie to ma już dosyć miejsca, w którym jest i instaluje wtyczkę AdSense na swoim marnym blogu, poświęca miliony godzin na pisanie beznadziejnych tekstów na Textmarket, które nigdy się nie sprzedadzą, bądź też podejmuje inne, równie absurdalne próby uzyskania czegoś takiego jak własny budżet. I uświadamia sobie też wtedy, że całe życie słuchał, że ma kiedyś dużo zarabiać, mieć dobrą pracę, dom z ogródkiem, dwójkę dzieci i psa, i w ogóle wszystko to, co powinien mieć każdy, aby można go było nazwać szczęśliwym. A tymczasem on sam stwierdza, że w sumie to olewa harowanie za kilka złotych za godzinę, olewa życie z wakacjami raz do roku, skoro może przecież po prostu pojechać gdzieś i pracować tam. Nawet, jeśli miałby to robić za łóżko i obiad. Dobra, może ja też będę się kiedyś z tego śmiała, a wtedy przypomnę sobie o tym blogu, wejdę tu i sprawdzę, jak to jest, kiedy rzeczywiście do szczęścia nie potrzeba niczego więcej niż być w fajnym miejscu i mieć dach nad głową.

     Jeśli chodzi o mnie, to już dawno przestałam twierdzić, że moje miejsce jest tutaj, w Lublinie. Uważałam tak, kiedy szłam na studia, myślałam sobie wtedy: wow, sinologia, kierunek marzeń, będę sobie kiedyś podróżowała po Chinach, oglądała świątynie i jadła tofu pałeczkami. Ta, jasne. Teraz myślę raczej, że skończę uczelnię, której będę się wstydzić i będę znać język kraju, do którego pewnie nigdy więcej nie pojadę, tak dał mi w kość za pierwszym razem. Za to mogę sobie posiedzieć o 2 w nocy z Chińczykiem w klubie i przy piwie albo whiskey porozmawiać o Wałęsie i japońskich zbrodniach wojennych. Tyle wygrać, myślę, a mogłam sobie wyjechać, mogłam nie mieszkać 40 minut autobusem od centrum i 25 na piechotę od autobusów nocnych, mogłam pójść gdzieś, gdzie przynajmniej mają Erasmusa, mogłam... Ok, wiadomo, fajnie jest, jak mama robi obiadki, a tata naprawia cieknące krany, ale kiedyś w końcu samemu trzeba będzie sobie gotować obiady i naprawiać krany (i pewnie nie tylko krany). W moim przypadku będzie to teraz, z drugiej strony - lepiej późno, niż wcale.

       Tak więc w końcu stwierdziłam, że nie trzyma mnie tu nic. Konieczność zrobienia magisterki, skończenia licencjatu (zarządzanie pozdrawia), znajomi, nawet ci bliscy - to nie jest coś, co mogłoby zatrzymać człowieka w miejscu. A więc już niedługo wybiorę się do dziekanatu, gdzie poproszę o dziewięć miesięcy wolnego w postaci urlopu dziekańskiego. Pojadę sobie gdzieś potem na praktyki i będę robić wielkie biznesy, będę panią z korpo z własnym biurkiem i plakietką, będę nosić szpilki w plecaku, tuż obok podróżnej kosmetyczki i kurtki przeciwdeszczowej. A więc zamykam powoli swoje sprawy, kończę licencjat, oddaję pożyczone rzeczy - swoich nawet nie ściągam, pamiętacie: im mniej, tym łatwiej będzie się spakować - a po nocach piszę teksty, żeby już tam mieć za co kupować sobie bilety na tramwaj i świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Bo w Lublinie nie ma tramwajów. A tam, mam nadzieję, będą.

Zdjęcie: Chiny, Szanghaj, czerwiec 2014