niedziela, 21 czerwca 2015

"Paris sera toujours Paris"

       Na początku tego wpisu muszę, no po prostu muszę głośno powiedzieć, że jazda autokarem dwadzieścia cztery godziny w jedną stronę dla zaledwie dwóch dni pobytu na miejscu (lub - w wersji light - dziewięciu godzin zwiedzania) i równie długi powrót to czyste szaleństwo. Powtarzam: dwadzieścia cztery godziny. Auć. No, ale w końcu czym byłoby życie bez robienia głupich rzeczy. Kiedy w środku sesji rzucasz wszystko i wyjeżdżasz, to przecież nie może być źle, lepiej przecież być w Paryżu niż w Polsce uczyć się do egzaminów, nie? No, to zapraszam.


      Jeśli ktokolwiek z was jeszcze się zastanawia, czy w ogóle warto do tego Paryża jechać, słyszy zewsząd, że to miasto jest brudne, zatłoczone i nie da się w nim zobaczyć nic, bo wszystko zasłaniają chińscy turyści, to niech natychmiast przestanie. Paris sera toujours Paris. Paryż to Paryż. Stoję na ulicy i myślę sobie, że nie bez powodu ludzie przyjeżdżają tu z całego świata. Może bez sensu tylko, że chce im się stać po kilka godzin w kolejkach, bo żeby wjechać na Wieżę albo dostać się do muzeum, to trochę poczekać trzeba. A wtedy umykają im sprzed nosa prawdziwe atrakcje, takie jak długie spacery czy dobra kawa. Choć bardzo droga kawa...

       Tak czy inaczej - Paryż zobaczyć trzeba. Tłumów można nie widzieć, no ale Paryża przegapić nie wolno. Paryż najlepiej jest zwiedzać z francuską muzyką w słuchawkach, nawet, jeśli jej nie lubisz. Ja francuski znam właśnie tylko z piosenek Zaz, myślę sobie, że fajnie tutaj, ale przez ten język to chyba nie mogłabym tu mieszkać. Kiedy jestem w Paryżu, uświadamiam sobie też, że chyba powoli przestaję jeździć gdzieś, a zaczynam jeździć po coś. Pojechałam tam po to, żeby spotkać się z Jude. Tą Jude, która zaprowadziła mnie w Nankinie do punktu ksero. Nie udało się, zawiodła elektronika i wszechobecne narzędzia komunikacji. Szkoda, wielka szkoda, ale do Paryża jeszcze kiedyś przecież wrócę. Zimą, koniecznie zimą, nie wiem czemu, ale zawsze wydawało mi się, że do Paryża najlepiej jeździć właśnie wtedy.


       Paryż to miasto detalu. Miasto, w którym wszyscy ochroniarze są czarnoskórzy i dobrze wyglądają w garniturach. Jeśli akurat jesteś pod Wieżą Eiffla i masz ochotę na kieliszek wina, zaraz sprzeda ci je któryś z nielegalnych imigrantów. Bo w końcu to takie romantyczne, wrócić do domu i powiedzieć, że piło się wino pod Wieżą Eiffla. Ale sam Paryż nie jest romantyczny, a przynajmniej dla mnie nie był, bo, jak by nie patrzeć, samo miasto to trochę za mało do romantyczności. Podobnie myślę, kiedy trafiam na Plac Pigalle i przypomina mi się wiersz Poświatowskiej: właściwie to nie ma o czym tu pisać wierszy.

          No więc tak bardzo chciałabym być fajna i napisać wam o dobrej kolacji i kieliszku wina, ale nie, było jak zwykle. W Paryżu jadłam kebaba, bon apetit. Jestem ciekawa, czy mnie kiedyś będzie stać na takie tam winko i kolacje, ale tak naprawdę to już wiem, że nie - kolacje to ja sobie będę jadła w Polsce, a w Paryżu te 10 czy ileś tam euro lepiej wydać na metro albo już nawet postać w kolejce i wjechać na tą wieżę. Mimo to było mi dobrze w Paryżu. Całkiem dobrze. Ja muszę, po prostu muszę być ciągle gdzieś indziej, ciągle w ruchu. Nie lubię już swojego biurka i czasem serio myślę, że wolę jeść te kebaby niż jakieś bajery tutaj.


       Co tak właściwie widziałam w Paryżu? Jak na kilka godzin zwiedzania, to całkiem sporo. Nie będę jednak pokazywać dużo. Każdy w końcu wie mniej więcej, jak wygląda Łuk Triumfalny czy wzgórze Montmartre. Nie każdy jednak wie, że na tym wzgórzu są śliczne kamienice i że jakaś pani grywa tam na katarynce. A ja sama się teraz zastanawiam, która Sacre Coeur podobała mi się bardziej: paryska czy brukselska.

         Taki Paryż widziałam:











        Jeśli chodzi o konferencję, o niej też nie będę się rozpisywać: zrobiła to już kiedyś Ania z bloga aniamaluje.com. Przeczytajcie jej post, serio, jest tam wszystko na temat tego wyjazdu. Z mojej strony wyglądało to niemal identycznie, z tą tylko różnicą, że kierowcy nie chcieli nas zawieźć do centrum i musieliśmy robić na to zrzutkę. I że z konferencji dało się wyjść; dało się nawet wsiąść w pociąg i pojechać do samego Paryża, a potem wrócić i nie mieć z niczym problemu. Ja jednak polecam zostać i posłuchać, bo tak jakoś uważam, że jak się jedzie na konferencję, to się jedzie na konferencję. Zwłaszcza, jeśli jedzie się na taką - to wydarzenie to naprawdę nie jest byle co, powinien tam być każdy, kto choć trochę interesuje się sytuacją na Bliskim Wschodzie. Było dużo o ISIS, o pokoju, wolności, rezygnacji z broni jądrowej, a nawet o Izraelu, kupili mnie. Przyjechało wielu zwyczajnych Irańczyków, którzy olewają wojnę atomową i chcą szans na normalne życie we własnym kraju. Było też confetti, kiedy pani Maryam Rajavi wchodziła na scenę. Tak zupełnie przy okazji, to przepiękna kobieta. Cieszę się, że mogłam tam być, nawet, jeśli momentami przysypiałam na krześle i musiałam stać dwie godziny w kolejce do toalety. Dziewięciogodzinny kongres po dwudziestoczterogodzinnej podróży autokarem to rzecz niełatwa, ale było warto.

       Swoją drogą - nie wiem, naprawdę nie wiem, kto i skąd ma pieniądze na to, żeby zafundować dojazd do Francji i nocleg kilkudziesięciu tysiącom ludzi, ale ten świeżo wyciskany sok z pomarańczy i najlepszy na świecie krem orzechowy na śniadanie w hotelu to śnią mi się do dzisiaj.
Więcej