czwartek, 30 lipca 2015

Słowenii na do widzenia. Lublana


      Plan był taki: po projekcie miałam spakować walizki i z samego rana pojechać na zwiedzanie Lublany, ale wszystko wyszło inaczej i zupełnie przypadkiem udało mi się pojechać także do Bled. To kawał drogi, więc w najśmielszych snach nie sądziłam, że tam dotrę na tym wyjeździe, ale jednak jakoś dotarłam. W ogóle to tak się poukładało, że nie dość, że w ciągu jednego dnia przejechałam pół Słowenii, to jeszcze jakimś cudem uniknęłam tej nocy spania na ławce na dworcu. Nie to, żebym miała coś do spania na dworcu, ale mimo wszystko lotnisko to znacznie bardziej kusząca opcja.

         No więc jest tak: jedziemy sobie z kierowcą w stronę Lublany i on nas pyta, czy mamy gdzie spać. No w sumie to nie mamy, ale wspomniany wyżej dworzec czy ławka zawsze się znajdzie. Nie, nocleg to nie, bo z samego rana mamy lot i najlepiej to nam będzie gdzieś przeczekać i pognać na lotnisko pierwszym autobusem. Aha, bo tam za rogiem jest taki hostel, niedrogi, możecie pójść zapytać. W to "niedrogi" nie bardzo wierzymy, ale dobra, zapytamy, może przynajmniej pozwolą nam gdzieś zostawić walizki, bo przecież nie będziemy ich za sobą ciągnąć przez całe miasto. Idziemy w tamtą stronę i po drodze coś mi świta, bo okolica wygląda dziwnie znajomo. Nagle wpada mi do głowy, że tak, gdzieś tu na pewno musi być słynna Metelkova! I oto chwilę później lądujemy w hostelu Celica. Kierowca co prawda pomylił się o jakieś 20 euro, podając cenę (ups), ale wystarczyła szybka gadka i nie dość, że miałyśmy gdzie zostawić rzeczy, to jeszcze zabukowałyśmy wieczornego hostelowego busa na lotnisko. Wybornie, no więc już, lecimy zostawić walizy i idziemy zwiedzać Lublanę. Metelkova na początek!


      Coś czuję, że jeszcze przez wiele miesięcy będę się roztkliwiać nad tym wpisem, bo mocno mnie wzięło na tą Lublanę. Jeśli szukacie miejsca, w którym możecie porobić fajne foty, to dobrze trafiliście. To miasto jest na wskroś fotogeniczne i hipsterskie. Serio, hipsterstwo wyziera tam z każdego kąta. Na przykład muzeum autostopu - co to w ogóle za motyw. Albo stoisko z książkami za 1 euro, a przed antykwariatem siedzi sobie pan i czyta. I nie to, że się wygłupia, on naprawdę czyta, a turyści stoją i strzelają fotki na instagrama. No nie wierzę, normalnie nie wierzę. W tym mieście nie da się zrobić zwyczajnego zdjęcia - nawet kot wchodzi ci w drogę w najbardziej odpowiednim momencie. Wolałam więc chodzić z aparatem i nawet nie za bardzo chciało mi się iść na ten cały zamek, bo postanowiłam, że i tak przyjadę tu na Erasmusa. W sumie to zaplanowałam już, że nie wracam na studia, no ale ta Lublana nie daje mi spokoju.

      Taka jedna uwaga: tego, jak ładne jest to miasto, nie widać na obrazkach w Google. Być może macie okazję zobaczyć to tylko na tym blogu. Ja osobiście nigdy wcześniej takiej Lublany nie widziałam, więc jeśli trafiliście kiedyś na jakieś ciekawe fotografie, to dajcie mi znać. Będzie więc dużo zdjęć, bo o takich miejscach najlepiej opowiada się zdjęciami.










Nie wiem, co o tym myślicie, ale według mnie Bruksele, Paryże i Amsterdamy mają czego się wstydzić.
Więcej

poniedziałek, 20 lipca 2015

From Slovenia with Love. Erasmus+

        Nie wierzę, myślę, kiedy koła samolotu dotykają płyty lotniska w Lublanie. Właśnie skończyłam studia, jakimś cudem się obroniłam (historia na Facebooku), już niedługo przeprowadzam się do Budapesztu, a teraz przyleciałam sobie do Słowenii nie bardzo wiedząc, jak to się właściwie stało. Teraz wiem już trochę więcej i czuję, że przeżyłam czas życia, więc dzielę się tym, co mam. A mam naprawdę dużo, stwierdzam, kiedy patrzę na te zdjęcia i tak jakoś myślę: o, to właśnie do tego wyjazdu będę kiedyś najchętniej wracała. Nie do Chin, nie do autostopów, tylko do projektu Up-Grade w Ptuj, w Słowenii. I proszę, najlepsze chwile w życiu wcale nie muszą być gdzieś na studiach, a najfajniejszych ludzi niekoniecznie poznaje się na uczelni. Czy zwolennicy idei, że studia to magiczny czas spadających z nieba różowych królików to czytają?


        Czy można podróżować całkiem za darmo? Okazuje się, że tak - wystarczy tylko zaprzyjaźnić się z Unią Europejską. Nie każdy o tym wie, ale wyjazdy na studia z Erasmusa są tylko maleńkim czubkiem góry lodowej funduszy, jakie ten program przeznacza na opłacanie młodym ludziom różnych fajnych rzeczy. I tak na przykład można było pojechać do Słowenii na tygodniowy training course. Unia zapewniła mi na ten czas zakwaterowanie, pełne wyżywienie, znalazła fajne towarzystwo, a do tego ma mi zwrócić 275 euro za przelot i autobusy. Podobno oddadzą mi nawet kasę za słodycze Wedla i Solidarności, które tam przywiozłam na wieczorek kulturalny. Dzięki temu poznałam świetnych ludzi z siedmiu państw, zwiedziłam więcej niż pół Słowenii, spróbowałam czeskiego piwa i bałkańskich win, nauczyłam się prowadzić sesje szkoleniowe, żonglować i wznosić toast po estońsku. Fajnie, nie? No nic, tylko #za #hajs #ue #baluj. Pierwszy raz nie musiałam upychać wszystkiego do maleńkiego, podręcznego plecaka, tylko elegancko kupiłam bilet Warszawa-Lublana i pojechałam z dużą walizką. Nie zawracałam sobie nawet głowy dojazdem z lotniska do Ptuj, bo odebrał nas podstawiony bus i zawiózł pod same drzwi hostelu. Jak na wakacjach z biurem podróży. Dostać się na projekt unijny znaczy tyle, co wygrać życie, ale o aplikowaniu na wyjazdy na pewno nie teraz. Zapraszam do Słowenii.


         Kiedy jedziesz do nowego kraju czy miasta, zwykle wiesz mniej więcej, czego się spodziewać: Paryż to bagietka, Budapeszt - wino, takie tam. Jakoś tak się stało, że tym razem nie wiedziałam prawie nic o państwie, do którego jechałam, ale w sumie to co to za podróż, kiedy się już wszystko wie. Moja niewinna ignorancja w tej kwestii nie była o wiele mniejsza w momencie, kiedy na lotnisku spotkałam dziewczyny z projektu i przeszłam z nimi przez bramkę do samolotu. Swoją drogą, zdążyłam już mocno polubić moją samotność w podróży, ale jednak czasem fajnie jest, kiedy gdzieś jedziesz i wiesz, że ktoś tam na ciebie czeka. Jeszcze w samolocie wymyśliłyśmy sobie, że następnego dnia pojedziemy stopem na wycieczkę do Mariboru. Trzy odważne dziewczyny - musiał być autostop.

To co, podoba nam się w Słowenii, nie?

         Okazało się, że Maribor to jedno z tych miasteczek, w których panie wysiadują cały dzień na ławeczkach pod oknami, a panowie pozdrawiają się, leniwie machając do siebie z drugiej strony ulicy. No, ewentualnie jeżdżą sobie na rowerach albo popijają kawę. Wiecie, tak sielsko-anielsko. Warzywa na targu są tak piękne, że aż muszę, po prostu muszę zrobić im zdjęcia - sami zobaczycie. I oto i my spędzamy pół dnia nad rzeką na ławeczce, a drugie pół w kawiarni na capuccino (swoją drogą, bardzo tanim capuccino i, jak się później okazało, Słowenia jest w ogóle dziwnym trafem jakoś przyjemnie tania). A potem jeszcze lody - najlepsze na świecie. Takie lody tylko na Bałkanach i nigdzie indziej, więc stwierdzam przy okazji, że chyba muszę tam częściej bywać.





       Jeśli chodzi o Ptuj, to jest to miasteczko, z którego spokojnie można się podśmiewywać, bo mieszkańców tam jak na lekarstwo, a średnia wieku plasuje się pewnie w okolicach siedemdziesiątki. No, może trochę przesadzam, ale kiedy na warsztatach przyszło nam zrobić wywiad z trzeba osobami w wieku od 14 do 18 lat, to mieliśmy z tym spory problem. W Ptuj jest tylko jeden pub i w żaden sposób nie da się tam zgubić. Projekty są często organizowane właśnie w takich miejscach (czytaj: bardzo specjalnie nie-turystycznych), co ma sprzyjać integracji i cięciu kosztów. W innym wypadku pewnie nie moglibyśmy mieszkać w wynajętym tylko dla nas hostelu i mieć wyżywienia jak na wczasach all inclusive. Co można robić w takiej mieścinie, myślałam przed wyjazdem. A tu proszę, okazało się, że małe miasteczka całkiem nieźle dają sobie radę. Tak więc, na projekcie unijnym raczej nie zobaczycie wieży Eiffla ani nie poleżycie przez tydzień na plaży w Barcelonie - to tak na wypadek, gdyby ktoś podczas czytania tego posta powziął takie zamiary. Ale zrobicie za to mnóstwo innych rzeczy, do których wcale tej wieży Eiffla nie potrzeba.




     Jak wyglądał projekt? 28 świetnych osób w jednym miejscu i organizacja na poziomie mistrzowskim. Jak sobie przypomnę swój projekt w Chinach, to śmieję się w głos: AIESEC przy tym wymiękł, ale co tu się dziwić, skoro Erasmus miał pieniądze i nikt tu nie pracował za darmo. Jeśli chodzi o samo szkolenie, to dotyczyło ono czegoś takiego jak edukacja nieformalna. Niektóre sesje były ciekawe, inne mniej, ale wszystkie oparte na pracy w grupach i integracji. Jeśli zależy wam na podszkoleniu kreatywności, poznaniu fajnych ludzi i rozwijaniu tak zwanych umiejętności miękkich, to takie wyjazdy są dla was. Jeśli jednak nudzi was siedzenie, słuchanie w kółko o tym samym i rozwiązywanie fikcyjnych problemów, jedźcie gdzieś indziej, bo niestety czasem tak to wygląda. Ale! Nie myślcie sobie, że takie szkolenia to tylko praca. Kiedy w jednym miejscu spotyka się prawie trzydzieści osób z różnych państw, to nie może być nudno. I tak oto był wieczór międzynarodowy, tańce, Śliwowica, Secret Friend, Jenga, Lasko, żonglowanie ogniem, kochani Czesi, bananowa gra i komiksy o pszczołach. Oj, działo się dużo, dużo i dobrze. Czasami było zabawnie, bo prawie jak w przedszkolu: rysowaliśmy coś albo graliśmy w planszówki i tylko donosili nam jedzenie, choć wszystkim z nas daleko było do czasów, kiedy się miało kilka lat. A nierzadko nawet i kilkanaście czy dwadzieścia parę.

            Proszę Państwa: projekt Up-Grade!








      Któregoś wieczoru zorganizowaliśmy w hostelu international karaoke, czyli każde państwo śpiewało piosenkę w języku innego państwa. Naszą wylosowali Czesi, my trafiliśmy na bułgarską. Było zabawnie, bo jako jedyni mieliśmy wyświetlany tekst w cyrylicy. Siedziałam sobie na tym karaoke, piłam jakieś tanie, macedońskie wino z dziewczynami z Rumunii i Malty i myślałam: o takie życie chcę walczyć. Ludzie często sądzą, że z tym podróżowaniem to tak po prostu mi się udaje, ale to nieprawda. Da się robić w życiu fajne rzeczy za pół darmo, ale trzeba ciągle kombinować, szukać, wysyłać mnóstwo maili, dużo rozmawiać z ludźmi i słuchać. Przede wszystkim słuchać, bo jeśli człowiek nie będzie przysłuchiwał się uważnie temu, co się wokół dzieje i podpatrywał tego czy tamtego u innych, to no, będzie mu w życiu ciężko.

        Aha, gdyby ktoś pytał: wystawny obiad od Unii Europejskiej wygląda tak:



      755 euro. Tyle wydała na mnie Unia, aby wysłać mnie na projekt. Dzięki temu mogłam polecieć do Słowenii, przez ponad tydzień nie martwić się o mieszkanie ani jedzenie, pić codziennie spritzer i mówić hvala do pani w kasie, poznać mnóstwo świetnych ludzi i ogólnie - zrobić coś ciekawego. Na koniec wyjazdu kupiłam rodzicom wino i Ajvar, nauczyłam się żonglować, niechcący pojechałam do Bled, dostałam piękną różę, zaproszenie do Estonii i życzenia wyjazdu na EVS. Zrobię to kiedyś, zrobię na pewno, ale wcześniej w kolejce stoi przecież Budapeszt, powrót do Izraela, praktyka w Niemczech, wolontariat w Malezji i nie wiem jeszcze co. A, chyba Erasmus w Lublanie, ale ta to zasłużyła sobie na oddzielny wpis.

       I na koniec Bled - ten, co wyszedł przypadkiem.

Więcej