poniedziałek, 20 lipca 2015

From Slovenia with Love. Erasmus+

        Nie wierzę, myślę, kiedy koła samolotu dotykają płyty lotniska w Lublanie. Właśnie skończyłam studia, jakimś cudem się obroniłam (historia na Facebooku), już niedługo przeprowadzam się do Budapesztu, a teraz przyleciałam sobie do Słowenii nie bardzo wiedząc, jak to się właściwie stało. Teraz wiem już trochę więcej i czuję, że przeżyłam czas życia, więc dzielę się tym, co mam. A mam naprawdę dużo, stwierdzam, kiedy patrzę na te zdjęcia i tak jakoś myślę: o, to właśnie do tego wyjazdu będę kiedyś najchętniej wracała. Nie do Chin, nie do autostopów, tylko do projektu Up-Grade w Ptuj, w Słowenii. I proszę, najlepsze chwile w życiu wcale nie muszą być gdzieś na studiach, a najfajniejszych ludzi niekoniecznie poznaje się na uczelni. Czy zwolennicy idei, że studia to magiczny czas spadających z nieba różowych królików to czytają?


        Czy można podróżować całkiem za darmo? Okazuje się, że tak - wystarczy tylko zaprzyjaźnić się z Unią Europejską. Nie każdy o tym wie, ale wyjazdy na studia z Erasmusa są tylko maleńkim czubkiem góry lodowej funduszy, jakie ten program przeznacza na opłacanie młodym ludziom różnych fajnych rzeczy. I tak na przykład można było pojechać do Słowenii na tygodniowy training course. Unia zapewniła mi na ten czas zakwaterowanie, pełne wyżywienie, znalazła fajne towarzystwo, a do tego ma mi zwrócić 275 euro za przelot i autobusy. Podobno oddadzą mi nawet kasę za słodycze Wedla i Solidarności, które tam przywiozłam na wieczorek kulturalny. Dzięki temu poznałam świetnych ludzi z siedmiu państw, zwiedziłam więcej niż pół Słowenii, spróbowałam czeskiego piwa i bałkańskich win, nauczyłam się prowadzić sesje szkoleniowe, żonglować i wznosić toast po estońsku. Fajnie, nie? No nic, tylko #za #hajs #ue #baluj. Pierwszy raz nie musiałam upychać wszystkiego do maleńkiego, podręcznego plecaka, tylko elegancko kupiłam bilet Warszawa-Lublana i pojechałam z dużą walizką. Nie zawracałam sobie nawet głowy dojazdem z lotniska do Ptuj, bo odebrał nas podstawiony bus i zawiózł pod same drzwi hostelu. Jak na wakacjach z biurem podróży. Dostać się na projekt unijny znaczy tyle, co wygrać życie, ale o aplikowaniu na wyjazdy na pewno nie teraz. Zapraszam do Słowenii.


         Kiedy jedziesz do nowego kraju czy miasta, zwykle wiesz mniej więcej, czego się spodziewać: Paryż to bagietka, Budapeszt - wino, takie tam. Jakoś tak się stało, że tym razem nie wiedziałam prawie nic o państwie, do którego jechałam, ale w sumie to co to za podróż, kiedy się już wszystko wie. Moja niewinna ignorancja w tej kwestii nie była o wiele mniejsza w momencie, kiedy na lotnisku spotkałam dziewczyny z projektu i przeszłam z nimi przez bramkę do samolotu. Swoją drogą, zdążyłam już mocno polubić moją samotność w podróży, ale jednak czasem fajnie jest, kiedy gdzieś jedziesz i wiesz, że ktoś tam na ciebie czeka. Jeszcze w samolocie wymyśliłyśmy sobie, że następnego dnia pojedziemy stopem na wycieczkę do Mariboru. Trzy odważne dziewczyny - musiał być autostop.

To co, podoba nam się w Słowenii, nie?

         Okazało się, że Maribor to jedno z tych miasteczek, w których panie wysiadują cały dzień na ławeczkach pod oknami, a panowie pozdrawiają się, leniwie machając do siebie z drugiej strony ulicy. No, ewentualnie jeżdżą sobie na rowerach albo popijają kawę. Wiecie, tak sielsko-anielsko. Warzywa na targu są tak piękne, że aż muszę, po prostu muszę zrobić im zdjęcia - sami zobaczycie. I oto i my spędzamy pół dnia nad rzeką na ławeczce, a drugie pół w kawiarni na capuccino (swoją drogą, bardzo tanim capuccino i, jak się później okazało, Słowenia jest w ogóle dziwnym trafem jakoś przyjemnie tania). A potem jeszcze lody - najlepsze na świecie. Takie lody tylko na Bałkanach i nigdzie indziej, więc stwierdzam przy okazji, że chyba muszę tam częściej bywać.





       Jeśli chodzi o Ptuj, to jest to miasteczko, z którego spokojnie można się podśmiewywać, bo mieszkańców tam jak na lekarstwo, a średnia wieku plasuje się pewnie w okolicach siedemdziesiątki. No, może trochę przesadzam, ale kiedy na warsztatach przyszło nam zrobić wywiad z trzeba osobami w wieku od 14 do 18 lat, to mieliśmy z tym spory problem. W Ptuj jest tylko jeden pub i w żaden sposób nie da się tam zgubić. Projekty są często organizowane właśnie w takich miejscach (czytaj: bardzo specjalnie nie-turystycznych), co ma sprzyjać integracji i cięciu kosztów. W innym wypadku pewnie nie moglibyśmy mieszkać w wynajętym tylko dla nas hostelu i mieć wyżywienia jak na wczasach all inclusive. Co można robić w takiej mieścinie, myślałam przed wyjazdem. A tu proszę, okazało się, że małe miasteczka całkiem nieźle dają sobie radę. Tak więc, na projekcie unijnym raczej nie zobaczycie wieży Eiffla ani nie poleżycie przez tydzień na plaży w Barcelonie - to tak na wypadek, gdyby ktoś podczas czytania tego posta powziął takie zamiary. Ale zrobicie za to mnóstwo innych rzeczy, do których wcale tej wieży Eiffla nie potrzeba.




     Jak wyglądał projekt? 28 świetnych osób w jednym miejscu i organizacja na poziomie mistrzowskim. Jak sobie przypomnę swój projekt w Chinach, to śmieję się w głos: AIESEC przy tym wymiękł, ale co tu się dziwić, skoro Erasmus miał pieniądze i nikt tu nie pracował za darmo. Jeśli chodzi o samo szkolenie, to dotyczyło ono czegoś takiego jak edukacja nieformalna. Niektóre sesje były ciekawe, inne mniej, ale wszystkie oparte na pracy w grupach i integracji. Jeśli zależy wam na podszkoleniu kreatywności, poznaniu fajnych ludzi i rozwijaniu tak zwanych umiejętności miękkich, to takie wyjazdy są dla was. Jeśli jednak nudzi was siedzenie, słuchanie w kółko o tym samym i rozwiązywanie fikcyjnych problemów, jedźcie gdzieś indziej, bo niestety czasem tak to wygląda. Ale! Nie myślcie sobie, że takie szkolenia to tylko praca. Kiedy w jednym miejscu spotyka się prawie trzydzieści osób z różnych państw, to nie może być nudno. I tak oto był wieczór międzynarodowy, tańce, Śliwowica, Secret Friend, Jenga, Lasko, żonglowanie ogniem, kochani Czesi, bananowa gra i komiksy o pszczołach. Oj, działo się dużo, dużo i dobrze. Czasami było zabawnie, bo prawie jak w przedszkolu: rysowaliśmy coś albo graliśmy w planszówki i tylko donosili nam jedzenie, choć wszystkim z nas daleko było do czasów, kiedy się miało kilka lat. A nierzadko nawet i kilkanaście czy dwadzieścia parę.

            Proszę Państwa: projekt Up-Grade!








      Któregoś wieczoru zorganizowaliśmy w hostelu international karaoke, czyli każde państwo śpiewało piosenkę w języku innego państwa. Naszą wylosowali Czesi, my trafiliśmy na bułgarską. Było zabawnie, bo jako jedyni mieliśmy wyświetlany tekst w cyrylicy. Siedziałam sobie na tym karaoke, piłam jakieś tanie, macedońskie wino z dziewczynami z Rumunii i Malty i myślałam: o takie życie chcę walczyć. Ludzie często sądzą, że z tym podróżowaniem to tak po prostu mi się udaje, ale to nieprawda. Da się robić w życiu fajne rzeczy za pół darmo, ale trzeba ciągle kombinować, szukać, wysyłać mnóstwo maili, dużo rozmawiać z ludźmi i słuchać. Przede wszystkim słuchać, bo jeśli człowiek nie będzie przysłuchiwał się uważnie temu, co się wokół dzieje i podpatrywał tego czy tamtego u innych, to no, będzie mu w życiu ciężko.

        Aha, gdyby ktoś pytał: wystawny obiad od Unii Europejskiej wygląda tak:



      755 euro. Tyle wydała na mnie Unia, aby wysłać mnie na projekt. Dzięki temu mogłam polecieć do Słowenii, przez ponad tydzień nie martwić się o mieszkanie ani jedzenie, pić codziennie spritzer i mówić hvala do pani w kasie, poznać mnóstwo świetnych ludzi i ogólnie - zrobić coś ciekawego. Na koniec wyjazdu kupiłam rodzicom wino i Ajvar, nauczyłam się żonglować, niechcący pojechałam do Bled, dostałam piękną różę, zaproszenie do Estonii i życzenia wyjazdu na EVS. Zrobię to kiedyś, zrobię na pewno, ale wcześniej w kolejce stoi przecież Budapeszt, powrót do Izraela, praktyka w Niemczech, wolontariat w Malezji i nie wiem jeszcze co. A, chyba Erasmus w Lublanie, ale ta to zasłużyła sobie na oddzielny wpis.

       I na koniec Bled - ten, co wyszedł przypadkiem.

15 komentarzy:

  1. Też uważa, że studia to wcale nie są najlepszym okresem w naszym życiu :). Za to wyjazdy, zdobywanie nowych znajomości za granicą, zdobywanie doświadczenia to są najlepsze chwilę :) z których możemy wyciągnąć bardzo dużo :). Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dokładnie, a studia w gruncie rzeczy wiele utrudniają w kwestii wyjazdów - trzymają w miejscu.

      Usuń
  2. Cały post w skrócie mówiąc- świetny! Skutecznie zachęcasz do brania udziału w różnych unijnych projektach, pokazujesz, że nie trzeba mieć masę pieniędzy, aby gdziekolwiek wyjechać, a co najważniejsze nie brakuje wisienki na torcie, czyli zdjęć :). Pozdrawiam serdecznie i życzę wielu udanych wyjazdów!

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurcze Klaudia, lubię Twoje pomysły :D Tak właściwie to mam podobne plany na najbliższy czas, wykorzystać wszystkie szanse, i te gwarantowane przez Unię, i te gwarantowane przez inne projekty. Kiedy śmigasz do Budapesztu? Jak długo tam będziesz i co będziesz robić?Strasznie się cieszę, czuję pozytywną energię z Twojego wpisu, co niesamowicie mnie cieszy ;) Zaczynam rozumieć, że może ta samotność w podróży nie jest taka straszna i po coś jest. Może właśnie dzięki niej jeszcze bardziej można pokochać bycie w drodze. Pozdrawiam Cię serdecznie i lecę do wpisu o Paryżu, ze względu na sentyment do Francji i ciekawości Twojego spojrzenia na to miejsce ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cześć! korzystaj ze środków Unii ile się da, fajna sprawa i żal po to nie sięgnąć. do Budapesztu jadę jakoś 7-9 sierpnia na półroczne praktyki, jeszcze o tym na pewno wspomnę na blogu. pozdrowienia!

      Usuń
  4. Nigdy nie byłam w tamtych stronach. A kraj na zdjęciach wygląda bajecznie :) A po Twoim wpisie aż chce się kupować bilet na samolot :)

    OdpowiedzUsuń
  5. O rany! Ile niesamowitych przygód! Ja właśnie w tym roku idę na studia, więc mam nadzieję, że może mi się uda załapać na taki "training course" :)
    A Słowenia wydaje się być pzepiekna! Co prawda wcześniej coś tam słyszałam, że ładnie itd, ale nie oglądałam zdjęć, nie zianteresowałam się tym. A tutaj okazuje się, że tam tak ładnie! Kupiłaś mnie zwłaszcza Bled Bledem?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hej :) taki wyjazd nie ma nic wspólnego ze studiami - nie musisz być studentką, żeby wyjechać, ani w ogóle nie pośredniczy w tym uczelnia. to duży plus :)

      Usuń
    2. Serio? Myślałam, że to jest w jakiś sposób powiązane ;)

      Usuń
    3. na szczęście nie jest - szukasz sobie projektu, piszesz do organizacji, aplikujesz, jedziesz. nikt Cię nie pyta, co studiujesz i gdzie, a uczelnia nie ma pojęcia o tym, że gdzieś wyjeżdżasz. poza tym na szkolenia i wymiany możesz jechać nieograniczoną ilość razy, nie liczy się to do maksymalnego okresu 12 miesięcy na jaki można wyjechać na studia albo praktyki z Erasmusa z uczelni. co fajniejsze, nie ma to także związku z EVS, czyli Wolontariatem Europejskim, więc nadal można wyjechać na taki projekt 2 razy :)

      Usuń
  6. Super ^___^ Kiedy czytam takie relacje napisane przez tak pozytywnych ludzi, od razu źle mi się robi na myśl, że ja tylko (no, prawie tylko) siedzę i pożytku żadnego ze mnie nie ma ;) Dziękuję za motywację, tony motywacji! Życzę dużo powodzenia i spełniania kolejnych marzeń i tak tylko spytam - jakaś mała wskazówka, gdzie można znaleźć takie świetne projekty? Szukałam sama na stronie Erasmus+, ale jakoś bez efektów, tak więc z góry dziękuję i jestem ogromnie wdzięczna za taki fajny blog, piękne zdjęcia i w ogóle to, co piszesz jest naprawdę budujące :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hej :) takich projektów nie znajdziesz na stronie Erasmusa (raczej). najlepiej szukać na grupach facebookowych, które mają w nazwie EVS, Youth albo Erasmus. może kiedyś opiszę bardziej szczegółowo, jak wygląda szukanie projektów ;) dziękuję za miłe słowa!

      Usuń
  7. Teraz z perspektywy czasu jak sobie tak pomyślę o tym Erasmusie to trochę żałuję,że studiuję dwa kierunki, bo na taki wyjazd się niestety nie wybiorę, chociaż zastanawiam się nad Wolontariatem Europejskim. Jak tak piszesz o tych wszystkich korzyściach z tego projektu, poznanych ludziach, to coraz bardziej wydaje mi się, że to idealna przygoda dla kogoś takiego jak ja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hej :) studiowanie dwóch kierunków to nie jest żaden problem - zawsze możesz wziąć dziekankę. poza tym, o ile nie studiujesz prawa, architektury czy medycyny, wyjazd na Erasmusa da Ci dużo więcej niż jakiekolwiek studia. poza tym, tak jak wspomniałam gdzieś wyżej - takie szkolenia nie mają żadnego związku ze studiami, wystarczy, że znajdziesz sobie jakiś projekt wakacyjny albo zerwiesz się na parę dni z uczelni. jak się chce, to się wszystko da :) polecam!

      Usuń
  8. Świetna relacja. Dzięki za ten wpis. 👍🏻

    OdpowiedzUsuń