czwartek, 3 września 2015

Przez góry i krew. Bałkany


        Ludzie piszą do mnie zewsząd i pytają, jak ja to robię, że żyję, jak żyję, ale czasem to sama się nad tym zastanawiam. Jeszcze nawet nie zjadłam gulaszu ani nie spędziłam całej soboty leniąc się w parku na Wyspie Małgorzaty, ba, nawet za bardzo nie miałam gdzie mieszkać w Budapeszcie, a już wybyłam. W podróż, bo jak inaczej. Kiedy uświadamiasz sobie, że od Adriatyku dzieli cię tylko kilka godzin, to trzeba tylko znaleźć chętnego mężczyznę i już można jechać. Pamiętacie może mój post o podróżach, które się nie powtórzą? Ten wyjazd to był istny reunion w całej okazałości. Serio, nie spodziewałam się, że jeszcze kiedykolwiek pojadę gdzieś na stopa dalej niż 300 km, będę spała w czyimś ogródku i zastanawiała się, kiedy będzie następna okazja, żeby wziąć prysznic.

       Tęskniło mi się za Chorwacją. Oj, bardzo. To nic, że drogo, ale w końcu tam tak fajnie, ludzie mili, i w ogóle. Nie miałam dużych wymagań co do tego wyjazdu, chciałam się po prostu wykąpać w Adriatyku, zerwać pomarańczę prosto z drzewa i zostać poczęstowana przez gospodarzy domowym ciastem. Tymczasem przyjeżdżamy i okazuje się, że z Chorwacji, którą zapamiętałam, zostało już bardzo niewiele i nie dość, że na kempingu nie ma nawet miejsca na nasz namiot, trzeba płacić za prysznice, to na dodatek widać, że najlepiej by dla nich było, jak byśmy sobie poszli. Dla nas w sumie też, więc idziemy. Głupie kempingi, głupia Chorwacja. Nie podoba nam się ani trochę, więc na drugi dzień pakujemy się i jedziemy dalej.


        Chce nam się tych Bałkanów, tych, które pachną oliwkami i gdzie zawsze znajdzie się ktoś, kto poczęstuje cię arbuzem. Jedziemy do Czarnogóry, postanawiamy, i tak się składa, że łapiemy stopa prosto do Kotoru. Wynajmujemy tam pokój z widokiem na góry i rzeczywiście trafiamy na gospodarzy, którzy częstują nas ciastem i rakiją, przedstawiają nam swoją rodzinę, a ich włochaty pies się do nas łasi. Pytamy ich, jak tam się żyje w Czarnogórze. A no, ciężko, bo nie ma pola, nie ma pracy, tylko to morze i morze. Aha, no, i jeszcze takie widoki za oknem:


        Oczywiście natychmiast stwierdzamy, że Czarnogóra jest świetna i że zostajemy tu dłużej. Kotor fajny na jeden dzień, więc zapuszczamy się dalej. To miejsce ma klimat. Tutejsi wandale piszą po ścianach cyrylicą, a inni przychodzą i to zamazują. Im bardziej na południe, tym mniej ludzi na plażach i coraz trudniej dogadać się po angielsku. Do Budvy wiezie nas Rosjanin na czarnogórskich blachach, zatrzymujemy się chwilę nad jakąś ładną zatoczką, żeby posmotrić i porobić zdjęcia.

          Budva jest ekstra, jakoś nie odrzuca nas za bardzo ten wszechobecny, turystyczny kicz i nawet decydujemy się pójść na rejs statkiem. Oczywiście, turystów jest mnóstwo, ale znajdujemy w końcu fajny kemping za 5 euro i jest nam tam dobrze. Poznajemy przy okazji Albatros Ekipę i podziwiamy ich busa. Zostajemy na dwa dni i nie robimy nic poza piciem Niksicko i jedzeniem pljeskavic.


       No i potem w końcu wymyślamy sobie, że pojedziemy na stopa do Albanii. Ludzie robią dla funu różne rzeczy, więc dlaczego by nie, a i ostatecznie fajnie jest powiedzieć komuś potem, że było się na stopa w Albanii. I rzeczywiście, to nie byle co, bo było z tym trochę zabawy. Z tą Albanią to jest tak, że im jesteś jej bliżej, tym jakoś tak straszniej, ale jak postanowiliśmy, że jedziemy, no to jedziemy - w stronę granicy. Robi się coraz dziwniej, coraz więcej samochodów ma amerykańskie blachy i powybijane szyby. Tłuczemy się jakąś górską drogą, która wygląda, jakby prowadziła nie wiadomo dokąd. Wiezie nas pan z Kosowa, który zachwala nam Albanię, jak może. Co kraj to obyczaj, a raczej co narodowość to obyczaj, bo za chwilę jedziemy z panem z Czarnogóry, który twierdzi, że tam to na ulicach strzelają do ludzi. A Albańczyk mieszkający po stronie czarnogórskiej narzeka, że mu źle, że nie może załatwić tego czy tamtego. Tak, Bałkany spłynęły krwią, to widać i czuć na każdym kroku.

       Na granicy wysiadamy i idziemy pieszo, nagle słyszymy, że ktoś nas woła i pyta, gdzie chcemy jechać. Tutaj większość kierowców mówi, że są taxi i oczekuje kasy za podwózkę, ale ten pan nie chce pieniędzy i zabiera nas do samej Szkodry. Jest dziwnie. Na campingu, który znajdujemy, brak żywej duszy, stoi jakiś jeden namiot i zastanawiamy się, czy faktycznie ktoś tam mieszka, czy to tak dla niepoznaki. Ten kraj to jakiś trzeci świat, który jakimś cudem uchował się w środku Europy. I nie chodzi tutaj nawet o to, że szokują mnie metrowe dziury w chodniku, barany chodzące po drogach między mercedesami, żebracy podjeżdżający do samochodów na wózkach inwalidzkich i ryby pływające do góry brzuchami sprzedawane prosto na ulicy (chociaż nie, stoisko z gruszkami na granicy albańsko-czarnogórskiej to jednak absurd). Po prostu dziwnie można się poczuć w miejscu, w którym większość budynków to regularne slumsy i gdzie po ulicach chodzą sami mężczyźni. Ostatecznie jednak nie mogę powiedzieć o tym kraju złego słowa, choć mimo wszystko trudno było mi wyjść na miasto bez gazu w torebce. Ale jedyną rzeczą, jakiej żałujemy, jest to, że nie udało nam się zjeść niczego lokalnego, bo podobno wszystko bardzo dobre.

           Szkodra wygląda tak:


        Miała być przygoda, no to była przygoda, a potem przyszła kolej na ciemne oblicze autostopu. Nie będę się tu zagłębiać we wszystkie szczegóły, ale było już chyba tak źle, jak tylko można sobie wyobrazić. No dobra, niby zawsze mogło być gorzej, ale o ile do tej pory nie miałam nic do Dubrownika, to odkąd spędziłam w nim dziewięć godzin łapiąc stopa, zmieniłam zdanie. Serio, niby od początku wiadomo było, że wyjazd do Chorwacji w środku sezonu to nie jest najlepszy pomysł, ale nie sądziłam, że aż tak zły. Stop and do the right thing, powiem sobie na przyszłość, a wy bądźcie ode mnie mądrzejsi i podziękujcie mi ładnie za dobrą radę.

          No i na koniec z nim, z najlepszym, jakiego mogłam sobie wymarzyć na ten wyjazd, choć zupełnie randomowym kompanem - z podziękowaniami za codzienne kupowanie papryki do pasztetu, przeganianie kopruchów z namiotu, lekcje picia piwa, spacery po imperium tandety, zaglądanie do psa oraz długie, mniej lub bardziej poważne rozmowy życiu i o tym, co to znaczy kurwa kochać.

Więcej