poniedziałek, 5 października 2015

Mamo, nie wracam. Mieszkam w Budapeszcie

      Pamiętam, że kiedy byłam małą dziewczynką, tata po raz pierwszy pokazał mi Parlament. Z daleka, kiedy przejeżdżaliśmy przez jeden z mostów - nie pamiętam już, który - i przez te kilkanaście sekund próbował opowiedzieć mi o Budapeszcie jak najwięcej. Kiedy więc dwa lata temu przyjechałam tutaj i po raz pierwszy spróbowałam, jak smakuje lenistwo na Wyspie Małgorzaty i lody na Váci út, już kochałam to miasto. I jakoś tak zawsze czułam, że prędzej czy później w końcu zostanę tu na dłużej.


        Ile trzeba poświęcić, by móc zamieszkać w ukochanym mieście? Niby wszystko, a tak naprawdę to nic. Nie zdarzyło mi się jeszcze pomyśleć, że czegoś mi tu brakuje, no, może poza smakowym piwem, którym chciałam poczęstować znajomego i nigdzie go kupić nie mogę. Ok, raz trafił mi się też na tyle kiepski moment, że aż pobrałam formularz aplikacyjny na wolontariat w Malezji i zaczęłam sprawdzać ceny biletów na trasie Budapeszt-Kuala Lumpur, ale to tylko raz. Poza tym to nie mogę uwierzyć, że jestem tu już dwa miesiące, a ciągle jara mnie spacerowanie po promenadzie, picie wina w parkach i dojeżdżanie do pracy metrem i tramwajem. Metrem i tramwajem, słyszycie?! Koniec z autobusami, koniec z taksówkami, wystawaniem na przystankach i wychodzeniem z imprez po 22, żeby zdążyć na ostatni dzienny. Metro mam co dwie minuty, a na Corvin zabiera mnie nocny tramwaj i podwozi pod same drzwi. O takie życie walczyłam. A jeśli chodzi o wino, to pamiętam, jak było mi żal tego truskawkowego z Ptuj, ale węgierskie jest, rzecz jasna, dużo lepsze. Znów też piję spritzer, z tym, że tutaj wszyscy mówią na to fröccs.

       Pamiętam pierwsze dni po przeprowadzce: chodziłam sobie po ulicach i udawałam, że mieszkam tu od dawna. Dziarskim krokiem szłam w stronę metra i dumnie pokazywałam panu kontrolerowi swoją przejazdówkę. Nie jakiś tam świstek, tylko prawdziwy bilet miesięczny, który dopełniał całego mojego jestestwa krzyczącego: mieszkam tu, halo! Już pierwszego dnia zobaczyłam słynny bar Szimpla i plac Blaha Lujza. Tu stoją prostytutki, tam śpią bezdomni. Swoją drogą - i jednych, i drugich trochę tutaj dużo. W Budapeszcie możesz robić, co chcesz. Przechodzisz na czerwonym świetle, pozdrawiasz policjantów puszką piwa. Nikogo to nie obchodzi, zdecydowanie wolą się zająć czymś w stylu tłumy uchodźców na Keletim niż ścigać kogoś za to, że napił się wina w parku.


      Pracuję niedaleko Mexikói utca. Nie do wiary, to ta sama stacja, przy której dwa lata temu próbowałam łapać stopa pod autostradą. Wysiadam więc tam każdego dnia i już na dzień dobry uśmiecham się na to wspomnienie swojego największego życiowego debilizmu. Moja praca przypomina mi trochę spokojny żywot Kowalskiego, czyli biurko, komputer, przerwa na lunch, a wszystko to między 8 a 16. Jestem już właściwie pewna, że nie tak chcę spędzić resztę życia, ale jak na ten moment jest to całkiem ok. Przy biurku obok siedzi Włoch, w sąsiednim pokoju Fatima, która mówi po francusku i choć ten język nadal mi się nie podoba, jej akurat słuchać lubię. Ani Anglik, ani Holender nie przepuszczają mnie w drzwiach: polscy chłopcy są bardziej uprzejmi, choć i tak najbardziej to lubię tu chłopców meksykańskich.

        Mieszkania na Corvinie nie zamieniłabym na nic innego. W Tel Avivie wzięłabym wszystko, byle tylko za 1500 szekli, a tutaj mogłam sobie powybrzydzać. Tu nie, bo za daleko, tu za ciasno, a tu brzydka tapeta. I tak oto mieszkam trzy minuty piechotą od galerii handlowej, piętnaście od rzeki, nie wspomnę już o luksusie posiadania tramwaju podjeżdżającego pod samo okno i marketów całodobowych. Rano, jeszcze zanim zrobię makijaż, mogę wyjść do sklepu po świeże bułki albo owoce do owsianki. Kiedy zabraknie mi mleka albo herbaty, zakładam kurtkę na piżamę, wychodzę i za kilka minut jestem z powrotem (brzmi to dość egzotycznie dla kogoś, dla kogo przez całe życie wyjście po masło oznaczało 40-minutową wyprawę). Na początku jara mnie też przyjmowanie Couchsurferów, jednak po pewnym czasie stwierdzam, że o ile poznawanie ludzi jest jak najbardziej ok, to poświęcanie zbyt dużej ilości czasu na kilkudniowe znajomości na dłuższą metę robi się męczące. Na szczęście na brak długoterminowych relacji narzekać nie mogę i trochę ze smutkiem stwierdzam, że właściwie to nie mam tu głowy do tego, by tęsknić za znajomymi z Polski. I wiecie co? Nie przeszkadza mi nawet to, że kompletnie nie umiem tańczyć do muzyki latino i że każda impreza kończy się w Fogasu.

       
          I tak sobie tu jestem - mogę w każdej chwili pojechać na Wyspę Małgorzaty, zjeść langosa, kupić Traubisodę - wszystkie skarby mam na wyciągnięcie ręki. Nie wspominając już o winie - ach, winie - chyba już całkiem się tu rozpiję. I tak gdzieś w międzyczasie stwierdzam, że w życiu to chyba chodzi o to, że trzeba spróbować wielu rzeczy: pracy od 8 do 16, pracy na zmywaku, pracy na zlecenie, pracy za darmo, spakowania się pewnego dnia i wyjechania do innego miasta, spóźnienia się na pociąg, zgubienia na lotnisku, spania na dworcu, trafienia na złego chłopaka, zabawy do rana, rozpamiętywania i zapominania, leżenia miesiącami bez sił, by się podnieść, a ostatecznie uczucia, że życie w końcu płynie ci w żyłach. Bo w końcu ileż można być chronicznie nieszczęśliwym i wysłuchiwać piosenek o nieszczęśliwej miłości.

16 komentarzy:

  1. Kurcze na prawdę zazdroszczę Ci tylu podróży... ja ostatnimi czasu staram się o praktyki w Portugalii, być może się uda i chociaż trochę zasmakuję innego życia niż polskie :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale to pieknie napisalas! Ostatni akapit bardzo motywujacy.
    Przez komputer da sie prawdziwie odczuc, ze jestes szczesliwa :). Swietna reklama Budapesztu, powinni Ci zaplacic.
    Tez nie lubie francuskiego :p

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja nie lubię francuskiego... a go studiuję :D

    Super było przeczytać wpis, w którym z każdego słowa bije szczęście :) Oby tak było nadal i nigdy Cię nie opuszczało, gdziekolwiek akurat będziesz :)

    OdpowiedzUsuń
  4. no tak, jeszcze powiedz że mieszkasz w jednej z tych fantastycznych z wejściem przez galeryjke od storny podwórka! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. aha, prawe górne zdjęcie w składaku to moja kamienica, widok prawie z kuchennego okna ;)

      Usuń
  5. lubię ludzi z pasją. instynktownie polubiłam Ciebie.
    wpis o Budapeszcie spowodował uśmiech...
    schodzę w dół, bom ciekawa.

    OdpowiedzUsuń
  6. Cudowny tekst. Ja jestem z tych, co nie podróżują i wolą swoją strefę komfortu i ją po prostu udoskonalają. Ale milo czyta się takie teksty. Bo musisz wiedzieć ze blogu podróżnicze i te wszystkie posty z fotorelacjami stad i stamtąd kompletnie mnie nie kręcą.

    Tu jest inaczej. Aż ze chciałam tam wyskoczyć na weekend z synem. Choć dalekie podroze mnie przerażają. Cholera! Nie przeraża mnie samotne ma macierzystwo ale przeraża mnie zbyt duża odległość od domu...

    Może kiedyś to się zmieni. Bo chciałabym pokazać mojemu synkowi świat.


    "Leżenia miesiącami bez sił, by się podnieść". To zdanie jest cudowne.

    OdpowiedzUsuń
  7. nie chcę niegrzecznie pukać do Twych drzwi, ale proszę o następny ciekawy post ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. post już się pisze, łapie pomału formę... już niedługo! :)

      Usuń
  8. Też bym chciała zamieszkać w moim ukochanym mieście, ale wątpię, że będzie to możliwe ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Każda impreza kończy się w Fogasu? A nie w Instancie? :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Jaki cudowny wpis! A końcówka- mistrzostwo i sama prawda! Czytałabym więcej, ale każdy wpis o podróżach powoduje, że coś mnie aż ściska od środka, bo od dawna nigdzie nie byłam i nadal nie mam możliwosci by gdzieś pojechać. A podróże to coś co kocham :)

    OdpowiedzUsuń
  11. dlaczego nie masz możliwości? jak się chce, to się zawsze coś wymyśli ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Dlatego wymyśliłam, że szybko łapię pracę, odkładam urlop i gdzieś ruszam. Pewnie, mogłabym teraz, tylko pojadę, wydam oszczędności, bo mimo, że ja zawsze najtańszym kosztem, to i tak trochę to kosztuje. A wrócę i dochodów brak :D Da się wszystko, ale rozsądek też się przydaje ;))

    OdpowiedzUsuń
  13. jasne, wszystko trzeba planować, kierując się rozsądkiem, nawet przy spontanicznych tripach. chłodna analiza się jednak czasem przydaje ;) w takim razie powodzenia - tylko nie odkładaj wyjazdu zbyt długo, bo jak się będzie odkładać, to zawsze będzie to "coś", co nie pozwoli pojechać.

    OdpowiedzUsuń