niedziela, 15 listopada 2015

O życiu słodko-gorzko. Short flashes from Budapest

         Zdecydowanie największą frajdę w życiu sprawia mi podejmowanie decyzji. Co tam podróżowanie, co tam kariery, co tam Internety i rozprawianie o głupotach - tylko podejmowanie decyzji nie nudzi się nigdy, bo zawsze fajnie jest to robić i patrzeć, jak twoje życie nabiera rozpędu. A muszę przyznać, że toczy mi się ono całkiem ładnie i ostatnią rzeczą, na jaką mogę sobie pozwalać, jest narzekanie. Bo narzekanie to teraz taki trochę luksus, który zostawiłam za sobą w Polsce. Ciągle wszystko mnie tu niemiłosiernie cieszy: ciągle uśmiecham się do panów w metrze, lubię wyglądać na dziedziniec swojej kamienicy i jeździć tymi starymi, hipsterskimi tramwajami.

         Ludzie mówili mi: nie wyjeżdżaj. Po co, no bo w końcu lepiej jest siedzieć w miejscu i czekać na prezenty od życia. I że szczęście to podobno ma się zaczynać tu i teraz, a nie kiedyś i w jakimś tam ładnym miejscu. A mi się tłukło po głowie: a właśnie, że jebnij tym wszystkim i jedź. Gorzko dziś trochę będzie, bo wiecie, im dłużej tutaj jestem, tym coraz częściej mam wrażenie, że Lublin to miasto trochę zbyt nieszczęśliwe. Nie zrozumcie mnie źle: ja naprawdę je lubię, tylko po prostu jestem zupełnie nieprzystosowana do życia w nim. Tutaj ludzie nie są aż tak zajęci sobą i nie uważają, że życie to uczelnia na zmianę z Facebookiem. Tu nie trzeba umawiać się na kawę dwa tygodnie wcześniej ani wracać skądś do domu przed czasem, bo komuś znowu gdzieś się spieszy. Tu zapraszasz na imprezę dwadzieścia osób i dwadzieścia przychodzi. Wystarczy, że napiszesz, że miałeś dzisiaj zły dzień i zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie gotów za pół godziny pójść z tobą na piwo. Tu po prostu jakimś cudem nie ma tego całego lenistwa, niechciejstwa, wymyślania sobie na siłę problemów, a potem jęczenia, że "ale ci fajnie, bo tyle w życiu robisz".

         Tymczasem mamy jesień, a ja wiem już, że chcę zobaczyć wiosnę w Budapeszcie. Przypomina mi się ostatnio czasem wieczorne łażenie po Sztokholmie, też mam tu takie piękne zachody słońca, rzekę i oświetlone ulice. Chodzę sobie po nich w moim nowym płaszczu, a pod płaszczem lubię nosić gładkie żakiety i ołówkowe spódnice. Chyba wychodzi mi to na dobre, bo zaczęłam nawet dostawać komplementy od kolegów z pracy. Tutaj nawet zima nie jest smutna, jest ciepła i pachnie świętami, które w supermarketach pojawiły się już na początku października. Przyprawiona grzanym winem. Czerwoną koszulą w kratę. Siedzeniem wieczorami w jakiejś burżujskiej kawiarni na wzgórzu zamkowym (stać mnie, mamo!). Najlepszym piwem w ulubionym barze. Światłami na Oktogonie. Wspólnym gotowaniem i naprawdę wspólnym spędzaniem czasu. Kilka wieczorów polsko-meksykańskich i wiadomo już, że Carlos nie umie lepić pierogów, za to mi tortille wychodzą coraz lepiej. Lepię je właściwie dosyć często i często też bywam w barach latino. Hm, teraz czekam już chyba tylko na to, aż zacznę mówić po hiszpańsku, ale tańczyć bachaty nadal nie umiem. Ludzie ciągle przyjeżdżają i wracają. Nikt nie chce wyjeżdżać.

No i w sumie racja, po co było cokolwiek zmieniać, życie w końcu i tak jakoś zrobiłoby się samo.

Więcej