czwartek, 17 grudnia 2015

W pewnym momencie nie ma już powrotów

       Czasem, ale tylko czasem, chce mi się wrócić do bezpiecznego świata. Takiego, w którym już wszystko się dobrze zna i wszystko jest najnormalniejszą normalnością, szarą codziennością, do której zazwyczaj się wracać nie chce. Do świata, w którym nie ma zbyt wielu uniesień, nie ma gubienia drogi i zachwytów. Jest za to twój ulubiony kubek, pies i zupa pomidorowa. Brązowy koc, który od czterech miesięcy leży na dnie szafy i czeka. Nieprzesłuchana płyta, nieprzeczytana książka, którą niedawno przyniósł pan listonosz. Pianino, na którym nie zdążyło się nauczyć grać. Świat tak różny od spacerów po Deaku, grzanego wina w Fahej i dusznych barów open mic. Świat pierogów babci i ubranej choinki. Ten jeden, jedyny, w którym są góry, wiatr i gitara.

          Do takiego świata zabiorę właśnie teraz to wszystko, co od miesięcy mam w głowie, a co tam będzie przecież zupełnym absurdem. Bo w końcu jak tu myśleć o meksykańskich wieczorach, firmowych imprezach pod Parlamentem i oprowadzaniem po mieście swoich ulubionych Czechów, którzy przyjechali tu specjalnie, żeby cię odwiedzić, gdy będzie się po prostu jechało tym samym autobusem, który kiedyś zabierał cię do liceum i który pewnie nadal tak samo się spóźnia. Śmiesznie, bo w portfelu będę wówczas miała nie lubelską kartę miejską, a tutejszą przejazdówkę BKV. I choć fajnie będzie jeszcze raz napić się grzańca u Sarmaty i pograć w planszówki w Czeskiej, to jednak czuję, że tak naprawdę to wcale nie chce mi się jechać jutro na ten dworzec.

         A teraz trochę refleksji: w życiu przychodzi chyba w końcu taki czas, kiedy jest się już zbyt zajętym na poezję i za starym na pierwsze miłości. Ba, wyrasta się nawet z czekania na smsy i życia na Facebooku, zaczyna się lubić szczęśliwych ludzi i rezygnuje się ze słuchania Angie i pisania głupich piosenek i listów. I dlatego właśnie jestem pewna, że gdybym nie potrafiła za każdym razem po prostu wszystkiego za sobą zostawiać, teraz pewnie nikt nie odprowadziłby mnie nocą na dworzec, nie podał ręki w metrze i nie pomógł pakować do walizki sześciu butelek wina. Ja tam mogę wszystko wielokrotnie rzucać i zaczynać od nowa. Jeśli kiedyś będę chciała być nieszczęśliwa, przeprowadzę się do Warszawy. Jeśli będę chciała ruszyć dalej, wybiorę Kuala Lumpur albo Kopenhagę. Jeśli będę chciała do domu, wrócę do jednego z wielu.

          Ale, jeszcze nie teraz.

8 komentarzy:

  1. Życie to nieustanna podróż i wciąż nowe wyzwania, przy okazji których wciąż odkrywamy soebie na nowo:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdecydowanie zazdroszcze że nadal zmieniasz domy. Ja raz zamieniłam spontanicznie, ale wróciłam na stare śmieci i brak mi motywacji do wyruszenia ponowanie chociaż dusza az sie o to prosi..ps. Wszystkiego dobrego na Święta :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dom jest chyba tam, gdzie jesteśmy szczęśliwi, często na swój pokręcony sposób.

    OdpowiedzUsuń
  4. To chyba nadaje życiu barw - nowe początki, nowe rozdziały. Ja chyba co jakiś czas muszę się przeprowadzać do innego miasta, nie potrafię zapuścić korzeni w jednym miejscu. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Małe marzenie, moc wrócić do komfortowej strefy. Z drugiej jednak strony, dobrze, że tego zrobić się nie da. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciągle drzemie w człowieku odwieczny konflikt między bezpieczeństwem i tym co znane, a pociągająca tajemnicą wielkiego świat:) Czasem można to wymieszać i mieć swój ulubiony koktajl z bezpieczeństwa i tajemnicy.

    OdpowiedzUsuń