poniedziałek, 28 grudnia 2015

Wszystko mi mówi, że...
w 2016 znów mnie nie będzie

      Zawsze przed napisaniem podsumowania roku waham się. Mówię sobie, że tego nie potrzebuję, że to takie typowo blogerskie i trochę sztuczne, że właściwie to nie powinno być dla niepowołanych oczu i że raczej dla siebie, ale ostatecznie i tak siadam i piszę. Przecież w końcu te najgłębsze przemyślenia mogę po prostu zostawić sobie, a ze światem podzielić się czymś mądrzejszym. Tak czy inaczej, nie jest źle zajrzeć rok później do starego wpisu i pomyśleć, że to fajnie, że tyle się od tamtej pory udało. Bo moje podsumowania są raczej dobre i choć co roku zupełnie inne, to co roku jakoś tak lepsze.

      Co robiłam w 2015? Właściwie jedną z pierwszych rzeczy dokonanych w tym roku było zapakowanie się w busa i pognanie w stronę słowackiej granicy. Chodziłam po górach, brodząc po pas w śniegu, a potem topiłam smutki w kubku gorącego kakao. Niedługo potem w niewyjaśnionych okolicznościach zaczęłam trenować pole dance, uświadamiając sobie jednocześnie, że wbrew opinii wszystkich wuefistów, którzy mieli wątpliwą przyjemność ze mną pracować, być może jednak nie jestem aż tak sportowo upośledzona. Potem wreszcie skończyłam studia (czułam się po tym, jakbym wróciła z wojny i dlatego nie chce mi się rozwijać tematu). Tuż wcześniej zupełnie na wariata pojechałam do Paryża, a tuż potem zaczęłam eksploatować pieniądze Unii Europejskiej, wyjeżdżając do Słowenii na training course. Lato mijało mi leniwie na szukaniu mieszkania w Budapeszcie, które urozmaiciłam sobie szybkim i obowiązkowym już wyjazdem w Bieszczady, który - choć nie był ani jesienią, ani z namiotem, ale przynajmniej autostopem - był dobry jak zawsze. A potem przeprowadziłam się do Budapesztu, gdzie zostałam sales and marketing assistant i spełniłam swoje marzenie o dojeżdżaniu do pracy metrem. Zaledwie tydzień później stałam już na tamtejszej wylotówce na M7 łapiąc stopa do Chorwacji, a ostatecznie lądując w Albanii i Czarnogórze. W Budapeszcie robiłam potem to wszystko, czego nie mogłam robić w domu (czytaj: wracać do domu nocnymi autobusami i przyjmować couchsurferów), uczyłam się robić zamówienia i przyzwyczajałam do smaku wytrawnego wina (nie udało się - lubię słodkie i nic na to nie poradzę!). W grudniu na treningu okazało się, że umiem już butterfly i gemini. No a potem wróciłam do domu, gdzie ugotowałam rodzicom meksykańskie alambres, wypiłam grzańca w ulubionym pubie i przekonałam się, że mój piesek o małym rozumku jednak za mną tęsknił.

        Skłamię, jeśli powiem, że wszystko się udało. Ciągle trochę zawadza mi przeszłość i mam  czasem ochotę potrzymać za rękę kogoś, za kim tęsknię. Nie udało mi się zrealizować planów blogowych, i dobrze - bo w międzyczasie przyszły lepsze. Ciągle nie odwiedziłam Portugalii i nie zostałam wolontariuszem w Malezji. Nie pojechałam w Alpy i nie nauczyłam się norweskiego (no, a przynajmniej nie biegle). Nie spędziłam kolejnego Purim ani Chanuki w Izraelu. Nie znalazłam wymarzonego EVS, nie pojechałam na kolejny projekt, nie założyłam własnej firmy i nie zostałam freelancerem.

Dlatego właśnie myślę, że rok 2016 będzie ciekawszy niż którykolwiek z poprzednich.


         ~ Ostatnie kadry z 2015: