czwartek, 29 grudnia 2016

Nie wierzę już w pożegnania. Życie po 2016

       Jednym z najczęściej zadawanych mi ostatnio pytań i jednocześnie ostatnim, jakie mam ochotę słyszeć, jest: To gdzie teraz jedziesz?. A ja muszę wszystkich zaskoczyć: na najbliższe miesiące nie robię żadnych podróżniczych planów.

        Ok, fajnie byłoby w nowym roku pojechać do tej Danii czy Portugalii, wypić jeszcze jednego Tokaja w Budapeszcie albo nawet znów odwiedzić Rzym, ale tym razem koniecznie wtedy, gdy akurat tam nie pada. Ale na razie żadnych planów nie robię. W kwestiach podróży zajmę się pewnie po prostu tym, czego nie udało mi się zrobić w roku poprzednim, a innych pomysłów mam całe mnóstwo, ale one chyba nie bardzo nadają się na podróżniczego bloga. O, i tak mniej więcej wygląda mój przepis na 2017. Może i to całe Podróżowanie przez duże "P" obrazi się na mnie za to, co tutaj teraz piszę, ale wierzcie mi, że po roku mieszkania za granicą i pięciu miesięcach bycia bezdomnym trudno jest w końcu nie stwierdzić, że czasem jednak fajnie jest też posiedzieć trochę na tyłku.

       W tym roku wyjątkowo nie będzie więc żadnych wielkich podsumowań, żadnego wyliczania podróży (no dobra, wreszcie udało mi się pojechać do Malezji!), sukcesów (ok, zostałam freelancerem i mogę w końcu pracować, skąd chcę!), wniosków ani postanowień. Tylko jedną rzeczą z minionego roku chciałabym się tutaj podzielić. 2015 był rokiem zmian, 2017 będzie pewnie rokiem odpoczynku, a 2016 był rokiem reunionów. I to takich najdziwniejszych, najmniej spodziewanych i po prostu nie z tej ziemi. W końcu tyle się przecież jeździ po tym świecie, tyle osób spotyka, i co z tego? Czy aby na pewno te wszystkie znajomości są takie całkiem przypadkowe? W końcu to ludzie robią każdą podróż. To oni wypełniają czas w autobusie, pomagają znaleźć bagaż na lotnisku, oferują swoją kanapę, gotują dla ciebie spaghetti, w końcu odprowadzają cię na dworzec. Jeśli więc ten rok czegoś mnie nauczył, to właśnie tego, że żadna znajomość nie kończy się wraz z odjazdem autobusu.

         Roku 2016, dziękuję ci za te spotkania:


  • Ferdi. To właśnie on w Sylwestra 2013 oprowadzał nas po Wilnie, gdzie był wtedy na Eramusie. W kwietniu tego roku, po prawie trzech latach, spotkaliśmy się w Istambule. Jechał godzinę metrem, żebyśmy mogli się zobaczyć chociaż przez chwilę, potem godzinę wracał. Nie mam pojęcia, kiedy się znów zobaczymy, no ale wyszedł nam ten Istambuł, to może coś innego też kiedyś wyjdzie.
  • Bartek. Poznaliśmy się w kwietniu na projekcie w Turcji. Zaledwie miesiąc później piliśmy już piwo w jedynym barze w węgierskich Hejcach, łaziliśmy po górach, robiliśmy calimocho i odgrzewaliśmy obiad na ognisku. Niestety nadal nie wiemy, co się stało z kurczakiem Jolki.
  • Anais z Wenezueli. Poznałyśmy się w Chinach w 2014, gdzie byłyśmy razem na projekcie w Ningbo. Nasz reunion odbył się po dwóch latach w Budapeszcie, gdzie Anais przyjechała na roczny staż. Dwa miejsca, dwie narodowości, łącznie cztery kraje i trzy kontynenty. Taka historia.
  • Jude z Fracji. To właśnie ona zaprowadziła mnie w Nankinie do punktu ksero, gdzie po piętnastu minutach rozmowy z nią stwierdziłam, że czas wszystko rzucić i gdzieś wyjechać. Trafiłam do Budapesztu. Dwa lata później właśnie w Budapeszcie zjadłyśmy kolację w Lecso i piłyśmy kawę na Raday utca. Dziś Jude mieszka w Jerozolimie. Hm, no to gdzie będzie kolejny reunion?
  • Wojtek. Poznaliśmy się w zeszłym roku w Bieszczadach podczas jednego z moich standardowych wyjazdów. Mieszkaliśmy w tym samym zimnym, drewnianym domku w Ustrzykach, gadaliśmy o Krainie Grzybów i rysowaliśmy wpis do księgi pamiątkowej. W czerwcu nocował u mnie na kanapie. W Budapeszcie, rzecz jasna.
  • Ala i Adrian. Dowód na to, że najlepszych ludzi poznaje się na projektach. Razem polecieliśmy do Turcji, razem biegaliśmy po lotnisku w Ankarze, razem jechaliśmy nocnym autobusem do odległego Yozgat. Tęsknię za tą naszą piękną, turecką wiosną, ale lato w Warszawie też było fajne. I nie wiem, czy teraz czekam na coś bardziej niż na nasze kolejne spotkanie w stolicy!
  • Zdybek. Przykład na to, że czasem randomowy kompan to całkiem dobry kompan. Rok temu razem zjeździliśmy na stopa Bałkany, a w tym roku odwiedziłam go w Gliwicach, potem byliśmy razem na Marszu Niepodległości w Warszawie, a jeszcze miesiąc później jedliśmy mandarynki u mnie w mieszkaniu.
  • Ara z Filipin. W marcu 2015 byłam jej buddym podczas wolontariatu w Lublinie. Nigdy bym nie pomyślała, że wszystko tak się ułoży, że pod koniec września 2016 zjemy razem kolację w singapurskim Chinatown.
  • Nathan z Indonezji. Poznaliśmy się w 2014 w Chinach. Gdy się z nim wtedy żegnałam, powiedziałam mu, że nie żegnam się tak całkiem, bo przecież w końcu przyjadę go kiedyś odwiedzić. No i dotrzymałam obietnicy - w tym roku spędziliśmy razem fajny dzień w Singapurze.
  • Lida z Ukrainy. To właśnie Lida przyciągnęła mnie w tym roku do Kijowa, o którym jeszcze nic tu nie napisałam. Poznałyśmy się także w Chinach, nie widziałyśmy się ponad dwa lata, a czułyśmy się tak, jakby ten czas nigdy nie minął. To dopiero znajomość!
  • Alpesh z Anglii. Przez chwilę pracowaliśmy razem w Nordtek w Budapeszcie. W listopadzie wypiliśmy piwo w centrum Warszawy.
A ostatni tegoroczny reunion, który dopiero się wydarzy, zostawię dla siebie.
Więcej

środa, 7 grudnia 2016

Nie chcę jechać w podróż dookoła świata


      Jeśli jesteś lub planujesz kiedyś zostać mniejszym lub większym podróżnikiem, istnieje spore prawdopodobieństwo, że pewnego dnia przyjdzie ci do głowy myśl: a może by tak wyjechać w podróż dookoła świata? I nieważne, czy to nieodparte pragnienie przygody, prawdziwe i bezwarunkowe uczucie, czy tylko przelotny romans z artykułem motywacyjnym. Ta mityczna wyprawa niejednemu już zawróciła w głowie. To właśnie z jej powodu ludzie rzucają studia, zostają freelancerami, zbierają borówki w Skandynawii, odmawiają sobie drinków na mieście i nowej patelni Tefal C21006 Revelation.

         Piszę ten post, siedząc w mieszkaniu na warszawskim Ursynowie. Za oknem polska jesień (czy może już zima?) w swoim nie najlepszym wydaniu, ceny w kawiarniach w centrum nie zawsze pozwalają się rozgrzać dobrą herbatą. Mogłam przecież zostać jeszcze trochę w Azji i przeczekać tą złą porę. Mogłam dalej mieszkać w Budapeszcie, ogrzewać swoją kamienicę starym piecykiem, pić Szilva Unicum i najlepsze grzane wino. W końcu długo walczyłam o to, by móc w każdym momencie tak po prostu rzucić wszystko i gdzieś wyjechać. A jednak jakimś cudem jestem teraz tutaj i pierwszy raz od dawna wcale nie marzę o tym, żeby być tam. Pomyślicie sobie teraz: no i co z ciebie za bloger podróżniczy, który już nie chce podróżować. A ja wam powiem, że chyba zbyt często słuchamy, gdy inni mówią nam, czego powinniśmy chcieć.

       No bo czym właściwie jest podróż dookoła świata? Co jest takiego fajnego w tym całym okrążaniu globu? Czy wystarczy odwiedzić dwa państwa w Azji, Australię i Stany Zjednoczone, aby się liczyło? Czy jeśli zwiedzimy Meksyk i Brazylię, ale bez Argentyny i Kolumbii, to Ameryka Południowa jest zaliczona? Nie mogę uwierzyć w to, że są podróżnicy, którzy sięgają po takie absurdy. I że naprawdę ktokolwiek chciałby upchnąć tak wielki i piękny świat w tylko jednej, nadmuchanej podróży.


   Czym taka podróż dookoła świata byłaby teraz dla mnie? Chyba tylko wywieszaniem w autobusach mokrego ręcznika. Taszczeniem wielkiego plecaka ze wszystkimi rzeczami, jakie tylko mogą mi się przydać w ciągu najbliższego roku, w każdej możliwej strefie klimatycznej. Zastanawianiem się, czy będę miała jutro miejsce do spania i okazję, żeby w końcu zrobić pranie. Kalkulowaniem, ile dni powinnam jeszcze zostać w danym mieście, czy muszę już jechać dalej i na ile jeszcze starczy mi pieniędzy. Poznawaniem co chwila ludzi, którzy przecież i tak jutro znikną. Życiem bez bliskich. Życiem na Skypie i słuchawce, z telefonem w ręku i ciągłym szukaniem darmowego wi-fi w przypadkowych restauracjach.

       Nie wiem - może ja po prostu za dużo najeździłam się już tym autostopem, żeby pisać się na kolejną dziką eskapadę z plecakiem. Może byłam już na zbyt wielu spotkaniach couchsurfingowych, żeby nie zorientować się, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi i stwierdzić, że takie życie bez mianownika jednak nie jest dla mnie. A może czasem po prostu warto odpuścić i zamiast znów poświęcać godziny na szukanie biletów i rozpaczliwe pisanie do hostów, lepiej jest po prostu posiedzieć w tym mieszkaniu na Ursynowie z listami Osieckiej i kubkiem gorącej herbaty. Pewnie jeszcze nie raz będę pakować się w podręczny do wizzaira, wynajmować najtańsze mieszkania i przechodzić całe miasto na piechotę. Czasem jednak przychodzi czas, kiedy chce się w końcu zamieszkać w pokoju z własną łazienką, dostać czysty ręcznik i wiedzieć, że ktoś mnie wreszcie odbierze z lotniska.


Jeśli i Ty masz teraz podobne pragnienia, zajrzyj do biura podróży Itaka i sprawdź ich ofertę. 
Bo przecież nikt nie powiedział, że nie można od czasu do czasu skusić się na to, by podróżować po prostu wygodniej.

Więcej

sobota, 26 listopada 2016

Co to życie robi z ludźmi, czyli 23 mądrości na 23 urodziny

       Jestem już chyba w takim wieku, w którym człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to właściwie dużo, czy jeszcze mało. W końcu jedni znajomi rodzą dzieci, inni nie zakończyli jeszcze licealnego imprezowania, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim jest twoje własne życie, które próbujesz jakoś ogarnąć.

       Właściwie to nie sądziłam, że przed ukończeniem 23 roku życia uda mi się odwiedzić 36 państw. Ciekawe, czy jest to coś, czym mogłabym się chwalić na rozmowach kwalifikacyjnych, ale chwila - jestem w końcu freelancerem i na żadne rozmowy kwalifikacyjne już chodzić nie muszę. Tyle się w ciągu tego  ostatniego roku pozmieniało. Szczerze, to w dniu swoich 22 urodzin wcale nie byłam pewna, czy faktycznie kiedykolwiek wsiądę sama do samolotu do Malezji i czy rzeczywiście możliwe jest pracowanie w tropikach z laptopem na kolanach. Dziś już to wiem, korzystam z tego, ile tylko mogę i ogólnie to myślę, że chyba radzę sobie z tym wszystkim całkiem nieźle.

      Wiecie, ten ostatni rok był naprawdę fajny. Serio, przyniósł mi nie tylko świetne kontakty i fantastyczne miejsca, ale i mnóstwo wiedzy o sobie samej. To właśnie dlatego nie ma mnie już dzisiaj w Budapeszcie, na dobre rozstałam się z Lublinem, nie mieszkam gdzieś na drugim końcu świata i nie uprawiam życia w podróży, choć wiem, że bym mogła. Siedzę za to w swoim nowym pokoju na warszawskim Ursynowie i piszę do Was ten post:



Co to życie robi z ludźmi, czyli 23 mądrości na 23 urodziny:

  1. Studiowanie sinologii na KUL było moim największym życiowym błędem. 
  2. Możesz wypruwać z siebie wszystkie flaki, a i tak nie uda ci się żyć tak, aby wszyscy naokoło byli z ciebie zadowoleni.
  3. Związki z obcokrajowcami są bez sensu. Chociaż nie, stop. Czy to jest jeszcze w ogóle aktualne?
  4. Pokój dwuosobowy za 15 euro naprawdę jest o wiele lepszy niż piętrowe łóżko w dormitorium za 5.
  5. Nie chcę pracować na etacie i mieć 20 dni urlopu rocznie. Ale o tym już chyba kiedyś pisałam?
  6. Mieszkanie za granicą na dłuższą metę nie jest fajne, bo za daleko do teatru i nie można chodzić na wieczorki poetyckie.
  7. Ścięcie włosów było najlepszą decyzją, jaką podjęłam w ciągu ostatnich czterech lat.
  8. Naprawdę nie warto mieć w szufladzie 20 lakierów do paznokci - wystarczy 5.
  9. Walka z uprawą palm na drugim końcu świata naprawdę ma realny wpływ na poprawę życia na naszej planecie.
  10. Bieszczady to nie jedyne góry, jakie mamy w Polsce, choć pewnie już zawsze będą moimi ulubionymi.
  11. Bycie księgową wcale nie jest najnudniejszym zajęciem na świecie.
  12. Opanowałam wszystkie figury pole dance z poziomu średnio-zaawansowanego, ale pogodziłam się z tym, że już raczej nigdy nie nauczę się tańczyć.
  13. Kiedy jakiś ciuch jest doskonały, zawsze warto go kupić. Nawet wtedy, gdy masz już w szafie całkiem podobny.
  14. Chyba skończył się już czas wolontariatów, praktyk, wyjazdowych stażów i tym podobnych bajerów. Nie rzucę przecież pracy i nie pojadę za pieniądze od rodziców.
  15. Trzeba było iść na studia za granicę.
  16. Krem pod oczy to kosmetyk absolutnie niezbędny!
  17. Wszystkie genialne myśli trzeba zapisywać natychmiast (punkt, który mnie zainspirował do stworzenia tej listy, uciekł mi z głowy tuż przed otworzeniem edytora).
  18. Najprawdopodobniej nigdy nie będę bezrobotna. Łuhuu!
  19. Łatwiej jest wyjechać samotnie na dwa miesiące do Malezji niż przeżyć samotnie dwa miesiące w Polsce.
  20. Znajomi, którzy właśnie studiują i pracują w Londynie, Bergen czy Edynburgu muszą mieć całkiem fajne życie.
  21. Nie wiem, jak ja to zrobiłam, że bez wychodzenia z domu zarobiłam na bilet lotniczy do Azji, zwiedzenie dwóch państw i dwa miesiące życia w Kuala Lumpur, ale jakoś się udało.
  22. Mimo to myślę, że może jednak fajnie byłoby mieć w CV staż w Henkelu, Adidasie, Danonie lub Coca-Coli.
  23. Warto ryzykować. Zawsze. Prawie zawsze. A przynajmniej w znacznej mierze zawsze.
Więcej

sobota, 12 listopada 2016

Nieprawda, że brzydki! Spojrzenie na Kiszyniów


     Zakup biletu lotniczego na trasie Warszawa-Kiszyniów był chyba ostatnią rzeczą w życiu, jakiej mogłabym się spodziewać.

      Myślałam sobie wcześniej o tej Mołdawii i stwierdziłam, że pewnie pojawię się tam kiedyś przy okazji, pojadę gdzieś na Ukrainę i o, skoczę sobie stamtąd pociągiem do Kiszyniowa. W sumie - teraz też wyszło, że przy okazji. Tyle, że jechałam nie na Ukrainę, ale na projekt do Rumunii. No bo po co lecieć do Bukaresztu, skoro po drodze można jeszcze udekorować sobie paszport? Jasna sprawa. Tak oto wylądowałam w Mołdawii - świecie, który łączy wszystko to, co w Europie najbardziej niecodzienne, intrygujące i zatrważające (czyli, innymi słowy: Rosję z Rumunią). I nie, jakimś cudem ta mieszanka, choć raczej niezwykła i dość niepokojąca, wcale a wcale nie jest aż tak zabójcza, jak mogłoby się wydawać.

        Mówi się, że główną atrakcją turystyczną Mołdawii jest... brak atrakcji. Ale to tak nie do końca. Jak już traficie po raz kolejny na ten Couchsurfing i spędzicie dwie godziny, pijąc mocną i aromatyczną kawę ze swoją hostką, to dowiecie się o tym kraju bardzo wiele. Na przykład, że sorry, ale nawet średnia pensja nie wystarcza tutaj na utrzymanie. Usłyszycie o cygańskim miasteczku Soroki, które jest co prawda piękne, ale raczej nie wychodzi się tam samemu na ulicę. Poznacie przepisy wjazdowe do Republiki Naddniestrzańskiej (przepustka maksymalnie na 12 godzin, ale ponoć wystarczą dwie). A kiedy wieczorem pójdziecie na kolację z kimś przypadkowo poznanym, spróbujecie mamałygi ze śmietaną i najlepszego europejskiego wina (i zapłacicie za wszystko 10 zł)... zakochacie się. Mówię wam, zakochacie się. Nawet Lenin zacznie się do was uśmiechać, choć nadal będziecie czuć się dziwnie z tym, że możecie kupić jego figurkę tuż przy głównej ulicy.

       Nieźle nabiegałam się po tym Kiszyniowie. Wiecie, mój rosyjski jest ciągle słaby i jakoś tak głupio było pytać o autobusy i drogę, więc nie pierwszy już raz przeszłam z buta całe miasto. Ha, ha, ha, a więc to tak właśnie radzę sobie w podróży. Dobrze, że trafiłam chociaż do marszrutki jadącej na dworzec, choć zaprowadził mnie do niej poznany dziesięć minut wcześniej Rosjanin, który akurat miał pod ręką poznanego dwie minuty wcześniej mołdawskiego kolegę. Ach, Couchsurfingu. Co ja bym bez ciebie zrobiła.

       Swoją drogą, kolejna pieczątka w paszporcie wygląda naprawdę fajnie, ale zdecydowanie nie był  to jedyny powód, dla którego warto było wybrać się do Kiszyniowa.

Więcej

poniedziałek, 17 października 2016

Malezja - to był dobry wybór


     Kiedy zdecydujesz się pojechać samemu w podróż, ludzie będą cię pytać: ale jak to, sama? Co będziesz tam robić? Przecież będziesz się nudzić. Nie będziesz nawet miała do kogo się odezwać. Będziesz wszędzie jeździć sama? Chce ci się?

       Ale ludzie często nie wiedzą, o co tak naprawdę chodzi w tym samotnym podróżowaniu. Wiecie, to wcale nie polega na tym, że jest się samemu, tylko że znajduje się towarzystwo dopiero na miejscu. Dla mnie to rozwiązanie czysto praktyczne. Po prostu - zamiast ciągnąć kogoś na siłę, zwyczajnie pakujesz się, jedziesz i poznajesz ludzi, którzy już tam są. Ludzi, którzy nie marudzą, że im się nie chce, którzy lubią podróżować tak samo jak ty, którzy wiedzą, jak zadbać o swoje sprawy i jak finansować swoje marzenia. Każdy, kogo poznałam, podróżował sam. Przestańcie już histeryzować. 

        Jeśli chodzi o Malezję, to udało się prawie wszystko. Nie dotarłam tylko na Perhentian ani Langkawi - na szczęście w Malezji jest mnóstwo pięknych wysp, a ja nie jestem koneserem rajskich plaż, więc to, co widziałam, powinno wystarczyć. Chyba wykasowałabym jednak Pangkor, a została dzień dłużej na Penang. Albo pojechała na Tioman. Poszła do Muzeum Sztuki Islamskiej w Kuala Lumpur wcześniej niż pół godziny przed zamknięciem. Darowałabym sobie świątynię Tian Hou, bo po Penang nie zrobiła już na mnie wrażenia. Wybrałabym się na dłuższy trekking do dżungli. Wypiłabym trochę więcej świeżego soku z mango. Może poszłabym do Ogrodu Ptaków. Ale tu nie chodzi przecież o to, żeby czegokolwiek żałować - w końcu fajnie jest wiedzieć, że jest po co wracać. Nie zostałabym już jednak dłużej w Kuala Lumpur - pole dance jest tam za drogi, a życie za krótkie, by spędzać tyle czasu w miejskich pociągach.

      Zrobiłam to. Widziałam tropikalne plaże, karmiłam słonie, chodziłam po dżungli i spotykałam małpy na wolności. Piłam drinki na trzydziestym piętrze wieżowca z widokiem na najpiękniejsze na świecie bliźniacze wieże, zamieszkałam w apartamentowcu z basenem, odwiedziłam jedno z najsłynniejszych na świecie ZOO i spotkałam się ze znajomymi w Singapurze. Zrealizowałam swój największy plan na rok 2016 i spełniłam największe od dwóch lat podróżnicze marzenie. Było niesamowicie.


Chcesz wiedzieć, jak zorganizowałam dwumiesięczny wyjazd do Malezji?
Więcej

sobota, 8 października 2016

Bez sensu ten Penang, czyli frustracja kradnie mi podróż


       Podróż do Penang to była podróż z morałem. Konkretnie takim, że albo jeździ się powoli i po swojemu, albo wcale, bo głupie nerwy to ostatnia rzecz, jakiej można sobie życzyć na jakimkolwiek wyjeździe. Wiecie, chodzi mi o jeden z tych momentów, kiedy niby jest fajnie, bo jedziemy na wycieczkę, ale jedyne, na co mamy wtedy ochotę, to rzucić takie siarczyste kurwa mać. Bo odjazd się opóźnia, bo jest awaria, bo musicie siedzieć w gorącym busie i jesteście głodni i źli. Nie można tak do końca liczyć na autokary w Malezji. Często czas przejazdu podany na bilecie to fikcja i z planowanych trzech godzin podróży nagle robią się cztery i pół (Pangkor), a z pięciu - osiem (Penang właśnie). Dlaczego? "Bo korki". Ale w Malezji przecież zawsze są korki. No więc siedzę w tym busie szóstą czy siódmą godzinę, końca trasy nie widać, i uświadamiam sobie, że mój i tak krótki pobyt na miejscu właśnie skraca się jeszcze bardziej. Myślę wtedy: jechać taki kawał drogi na drugi koniec kraju, tyle godzin, tylko na półtorej dnia. Bez sensu ten Penang...

       Ustalmy jedną rzecz: Penang to nie tylko Georgetown. Penang to wyspa, i to wcale nie taka mała. Jak każde tego typu miejsce ma plaże i parki narodowe, góry, a na dodatek różne świątynie rozlokowane na całej swojej powierzchni. Dojazd w te wszystkie miejsca zajmuje sporo czasu. Bez sensu jest więc jechać tam tylko na półtorej dnia. Bez sensu jest dojść na plażę i nie móc spędzić na niej choćby godziny, bez sensu jest wpadać na pięć minut do świątyni, robić fotki i wychodzić, bez sensu stresować się szukaniem uberów, łapaniem taksówek, gonieniem autobusu i tego typu historiami. Na Penang jedzie się na trzy dni. Koniec, kropka.

       Po co właściwie jeździ się na Penang? Podobno po dobre jedzenie. Tu kolejne rozczarowanie - wszystkie lokalne potrawy są z rybą albo owocami morza, więc nie popróbowałam. Ci, którzy jedli mówią jednak, że ta ostra zupa rybna czy makaron z krewetkami są w porządku, ale bez wielkiego szału. To może po słynne murale? Murale są ok, są fajne, ale nie są jeszcze powodem do tego, żeby jechać przez osiem godzin autobusem przy psującej się co chwila klimatyzacji. No więc, dlaczego właściwie warto jest przyjechać na ten Penang?

          Dlatego właśnie:



          Z tą wyspą jest trochę tak, jak ze szkołą: nigdy się nie dowiesz, że możesz polubić jakiś przedmiot, dopóki nie trafisz na dobrego nauczyciela. Tak samo ja nie wiedziałam, że lubię chińskie świątynie, dopóki nie przyjechałam na Penang. Penang to takie lepsze Chiny - z nocnymi marketami, chińskim popem, czerwonymi lampionami i dźwiękami erhu. Bez smogu, z piękną naturą, życzliwymi ludźmi i tropikalną plażą. Penang to pułapka: po zobaczeniu tego jednego z największych w Azji kompleksów świątyń nic nie będzie się wam już podobało. I tak, właśnie dlatego warto było spędzić osiem godzin w tym cholernym autobusie, bo świątynia Kek Lok Si, plaża małp i piękne uliczki Georgetown to nie byle co.

          Ta wyspa jest za fajna, żeby jechać tam na jeden dzień!

Więcej

środa, 7 września 2016

Trzcina cukrowa to nie lekarstwo na łzy. Sanktuarium Słoni w Kuala Gandah


       Kiedy po kilku szalonych dniach podróżowania po Malezji w końcu usiadłam z laptopem na kolanach, aby stworzyć ten post, wiele razy go kasowałam i zaczynałam od nowa. Umówmy się: pisanie emocjonalnych i tkliwych tekstów zdecydowanie nie jest moją najlepszą stroną. Teraz jednak nie mogłam, no nie mogłam tak po prostu wrzucić na fanpage zdjęcia ze słoniątkiem i nie podzielić się tutaj refleksjami, jakie nawiedziły mnie podczas sobotniej wycieczki do Sanktuarium Słoni w Kuala Gandah.

          Zacznę może od tego, że nie jestem przeciwniczką istnienia ZOO ani wielu innych miejsc, w których można sobie pooglądać zwierzęta przez kraty i pokarmić je bananami. Nie dlatego, że zrobienie sobie zdjęcia ze słoniem to jakaś wybitna gratka, która potem fajnie wygląda na Facebooku, a prowadzenie stoiska z trzciną cukrową po trzy ringgity za wiązkę wcale nie jest dobrym biznesem. Ja uważam po prostu, że w dzisiejszych czasach rozwoju, wyzysku i bezrefleksyjnej konsumpcji edukacja człowieka jest dla zwierzęcia ważna na równi z posiadaniem schronienia, żywności i wody do picia. Nie jestem więc przeciwniczką ZOO - pod warunkiem, że jego wymiar naprawdę jest edukacyjny, a jego mieszkańcy mają zapewnione godne warunki życia. To, czemu się natomiast sprzeciwiam, to wykorzystywanie zwierząt dla pustej, ludzkiej rozrywki. Little Big Thing pisała ostatnio o hiszpańskiej corridzie. Ja w tym tygodniu z kolei przeczytałam aż za dużo o podłym traktowaniu zwierząt w Azji. Wolałabym na przykład, by świat był wolny od historii słonia Maxa, która jest wiernym odbiciem losu setek innych azjatyckich słoni. Nie będę się tutaj powtarzać - wiele zostało już napisane:
           "Największą bolączką dla fundacji są prężnie działające parki rozrywki, gdzie turyści mogą przejechać się na słoniu, obejrzeć program artystyczny, nakarmić słonia bananem i kupić sobie obraz namalowany przez słonia. Słonie w takich obozach są głodzone, traktowane w bestialski sposób, tresowane poprzez tortury. Pracują od rana do świtu przez 7 dni w tygodniu. Turyści nie chcą, albo nie potrafią zauważyć problemu. Dzień po dniu ściskane są mocno linami i drutami, a ławeczki dla turystów wżynają się im w kręgosłup. Średniej budowy słoń nie powinien dźwigać na swoich plecach więcej niż 100-120 kilo, a na taką ciężką ławeczkę często wciskają po 2-3 dorosłe osoby plus opiekun, poganiający słonia pałką zakończoną szpikulcem. Słoń nie może mieć nawet jednodniowej przerwy, bo wtedy nie zarabia na siebie, a raczej na właściciela. Ciężarne słonice pracują do dnia porodu i powracają do pracy dnia następnego. Słonie są wygłodzone i odwodnione, mają zainfekowaną skórę, nieleczone rany. Słoń powinien zjadać około 250 kg pożywienia i zajmuje mu to około 18-20 godzin dziennie. Te zwierzęta nie mają na to warunków! Podczas treku nie zboczą z trasy, choć na wyciągniecie trąby mają przysmaki i wartościowe jedzenie, ale boją się późniejszych konsekwencji, moczenia trąby w odchodach, nacinania lub wypalania skóry i zostawianie otwartej rany." (Źródło: Sznupkowie w podróży życia)
        Sama do końca życia nie zapomnę wymęczonego słonika z nankińskiego ZOO, mieszkającego w środku lunaparku, z wrzeszczącymi dzieciakami biegającymi dookoła i dorosłymi kopiącymi jego klatkę.

         W Malezji słonie żyją na wolności. I wcale nie mają tam łatwego życia. Czy wiecie, że ten kraj jest światowym liderem w produkcji oleju palmowego? To właśnie wycinanie lasów pod plantacje palm sukcesywnie odbiera zwierzętom ich naturalne środowisko. Kuala Gandah nie jest typowym ZOO. To ośrodek, który powstał, by ratować słonie chore i ranne, słabe, osierocone, a przede wszystkim by przesiedlać je z terenów przeznaczonych pod uprawy. Opatruje się tam rany, leczy choroby skóry, załatwia protezy, gdy słoń straci nogę w walce albo w pułapce. Nie pobiera się opłat za wejście ani nie oferuje możliwości przejażdżki na słoniu. Dlaczego jednak dwa razy dziennie odbywa się tam pokaz wyuczonych przez słonie sztuczek? Dlaczego stosuje się ankusy, o których delegalizację walczą organizacje z całego świata? Ok, rozumiem, że słonie są potrzebne do asysty przy relokacji innych słoni i że ich przygotowanie to tutaj konieczność. Ale przecież można inaczej. Można stosować inne metody, tak jak robi się to w ENP w Tajlandii. Można też ograniczyć tresurę do tego, co naprawdę konieczne i darować im te wszystkie sztuczki służące tylko zabawianiu publiczności. I czy słoniątka naprawdę muszą stać przez cały dzień w ciasnym boksie? Czy tak właśnie wyglądają prawdziwe sanktuaria? Byłam zapewniana, ale nie jestem pewna.

      A jednak to dzięki istnieniu Sanktuarium co roku tysiące turystów z całego świata ma okazję przyjechać do Kuala Gandah i zobaczyć słonie z bliska. To właśnie dzięki takim miejscom, tym wszystkim wyuczonym sztuczkom, zrobionym zdjęciom i rozdanym bananom człowiek może tak po prostu spojrzeć na żywe zwierzę i uświadomić sobie, że jest wspaniałe, mądre i wrażliwe. Że też ma swoje uczucia, emocje i zranienia, a krzywdę wyrządzoną przez człowieka pamięta najdłużej. Bo dopiero widząc to wszystko można w końcu samemu przestać krzywdzić. I wtedy nie ma już, że cyrk to dobra rozrywka, a uprawa palm gdzieś na drugim końcu świata mnie nie obchodzi.
   
         Czy Kuala Gandah faktycznie jest miejscem dobrego traktowania słoni? Mogę mieć tylko nadzieję, że naprawdę tak.


Jeszcze więcej Malezji na Facebooku: Autopogoń.
Więcej