czwartek, 7 stycznia 2016

Nie marnuj życia na spotkaniach couchsurfingowych


     W ciągu całego tego okresu, od kiedy podróżuję, zdarzyło mi się kilka razy być na spotkaniach couchsurfingowych. W Lublinie, chińskim Ningbo, i w Budapeszcie, oczywiście. To właśnie dzięki couchsurfingowi zwiedziłam za pół darmo skandynawskie stolice, odwiedziłam najbardziej hipsterskie miejscówki w Londynie, spędziłam Sylwestra w Wilnie, podróżowałam sama po Chinach, nauczyłam się, że można zmienić podróż życia na życie w podróży i poznałam Jude, dzięki której postanowiłam w końcu sprawdzić, czy to aby rzeczywiście tak się da. I cóż, powszechnie wiadomo, że spotkania takie są całkiem fajne. Możesz poznać tam na przykład człowieka, który siedem lat temu zrezygnował z pracy w banku i od tamtej pory jeździ po całym świecie, żyjąc nie wiadomo za co. Możesz spotkać parę, która pewnego dnia stwierdziła, że czas rzucić studia i zacząć spełniać marzenia, po czym wyjechała pomieszkać sobie na Teneryfie. Możesz tam posłuchać rad freelancerów, którzy co miesiąc zmieniają miasto, relacji z wypraw do Libanu (albo nie wiadomo, gdzie jeszcze), rowerowych rajdów po Albanii i niekończących się opowieści autostopowych.

      I wszystko fajnie, tylko, że słuchanie nawet najbardziej hardcorowych historii podróżniczych w końcu się nudzi, a ty siedzisz na tych spotkaniach i, zamiast szalonych pomysłów i pragnienia ciągłego i cudownego zmieniania świata na lepsze, zaczynasz w końcu widzieć raczej czyjeś niepoukładane życie. Aż nadto wyraźnie zdajesz sobie nagle sprawę, że ta dziewczyna, która właśnie wróciła z wyprawy do Indonezji, wcale nie przyszła tu opowiadać o swojej podróży, ale jest tu tylko dlatego, że nie miała komu zrobić dziś wieczorem herbaty. Ten koleś wcale nie podróżuje od siedmiu lat dlatego, że interesują go inne kraje, robi to po prostu, bo w żadnym z tych miejsc nie spotkał kogoś, kto by go gdzieś zatrzymał. I powiedzmy sobie szczerze: prawie nikt nie chodzi na polyglot meetings, żeby faktycznie uczyć się języka.

      Spotkania couchsurfingowe to dla niektórych już sposób na życie. Przychodzą co tydzień do tego samegu pubu, rozmawiają ze sobą, zabijają samotność kolejnym kuflem tego samego piwa. Idą tam i marnują swój czas z obcymi ludźmi, których nigdy więcej już nie spotkają. Oni nawet nie wiedzą, że wcale a wcale nie potrzebują już więcej inspiracji i nie zdają sobie sprawy, że są tam, nieustannie czekając na kogoś, kogo i tak tam nie ma. I nigdy nie będzie. I nieważne gdzie jesteś, wszystkie te spotkania wyglądają tak samo - tylko twarze zmieniają się jak w kalejdoskopie, prawie nikt nigdzie nie zostaje na dłużej. Każdy wpada, opowiada swoją historię i wypada. Ty opowiadasz co tydzień tę samą - swoją. Jasne, jeśli na przykład jesteś nowy w mieście i nie masz z kim spędzić wieczoru, couchsurfing to jedna z opcji dla ciebie. Jeśli jednak przychodzisz tam co tydzień i sączysz kolejne piwo z osobami, których imion nawet nie próbujesz zapamiętywać, to zastanów się, czy aby na pewno warto. Bo można spędzić całe życie na spotkaniach couchsurfingowych i udawać, że szuka się tam inspiracji. Tylko, że pewnych rzeczy ukryć się nie da, tak samo nie da się zbudować szczęścia, poświęcając ciągle czas przypadkowym ludziom.

16 komentarzy:

  1. Zaczelam chodzic na spotkania w San Francisco, bo chcialam kogoa poznac i poczuc sie "podroznikiem" lol bylam zafascynowana-tyle niesamowitych historii i ludzi. Szybko zaczelam miec podobne przemyslenia i przestalam chodzic. W sobote ma byc ognisko organizowanr przez te same osoby co pol roku temu i mialam isc ale nie qiem czy mam ochote...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak nie masz innych planów/masz ochotę - idź! spotkania są ok, byle się nie zagalopować :)

      Usuń
  2. Świetna "diagnoza" wiecznych coachsurferów. Na pewnien etap życia- owszem, ale jako styl na całe? Oj nie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przyznaję, że tylko kiedyś przez przypadek słyszałam o takich spotkaniach. Takie spotkania wydają się ciekawe, ale właśnie na krotka metę. Tak na chwilę zawsze warto wypróbować coś nowego. Zaciekawiło mnie to, fajna sprawa raz czy dwa iść wychodząc ze swojej strefy komfortu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Gdyby się tak zastanowić, to fakt, że ci ludzie rzeczywiście chodzą na te spotkania co tydzień, bo po prostu nie mają (?) innych zajęć, nie mają bliskiej osoby, z którą mogliby porozmawiać... jest dość smutny :( a wydawać by się mogło, że wiodą tak wspaniałe życie...

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo to smutne.Na pierwszy rzut oka rzeczywiście można być lekko zazdrosnym, mówić - też tak chcę, ale tak jak zauważasz jest drugie dno, o którym rzadko się mówi. Dobrze, że to napisałaś.

    OdpowiedzUsuń
  6. hej hej hej.
    1. nigdy w takowych schadzkach nie uczestniczyłam
    2. w minione wakacje poznałam w Chorwacji dziewczynę, (starszą babkę w sumie), która od lat spędza urlop z ludźmi poznanymi w necie
    na portalach podróżniczych
    3. przeniosłam bloga na blogspota, więc proszę sobie "zaciągnąć" nowy/stary adres
    4. nie przestaję Cię podziwiać za tę Twoja brawurę
    5. nowych stąpań w nowym roku życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie byłam nigdy na takim spotkaniu. Ale mimo wszystko, chociaż raz chciałabym się na takie wybrac ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. jasne, warto! czasem jest całkiem fajnie, ale jeśli chodzi o mnie, to muszę mieć na coś takiego odpowiedni nastrój.

    OdpowiedzUsuń
  9. Zazdroszczę Ci tyyylu podróży! I podziwiam Cię za to strasznie.. Ja uwielbiam zwiedzać, ale raczej nie odważyłabym się na podróżowanie sam na sam,
    z walizką i aparatem. Jeszcze raz podziwiam i zazdroszczę!

    OdpowiedzUsuń
  10. polecam się odważyć. nie wszędzie jeżdżę sama, ale w najbliższym czasie planuję robić to częściej :)

    OdpowiedzUsuń
  11. To w takim razie oby więcej takich wypraw :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Hej :) Na wstępie powiem Ci, że cieszę się, że do Ciebie wróciłam :)

    Co do postu zaś mam takie spostrzeżenia:

    Ciekawie ugryzłaś ten temat. Wiem, co masz na myśli, ja mam podobne spostrzeżenia o niektórych podróżnikach w ogóle (nie bezpośrednio o spotkaniach couchserfing'owych, tylko powiedzmy sobie, o pewnych grupach (grup :)) podróżniczych, na które się dotychczas natknęłam). Jednak patrząc przez pryzmat samej idei - podobnie jest z couchserfingiem. Często hostami są osoby samotne, często znajomości są mimo wszystko, jednorazowe i ulotne (czasami hostów/couchserferów nigdy więcej w życiu już nie spotkasz, choć ja mam hostów, z którymi spotkałam się po drugiej stronie globu i coś czuję, że to nie ostatni raz! :) ). O to tutaj chodzi - krótkie spotkanie, rozmowa, gościna, mogą jakoś na Ciebie wpłynąć, zmienić minimalnie Twoje spojrzenie na pewne sprawy, otworzyć Ci oczy na to, czego szukasz, a może wręcz przeciwnie- na to , czego nigdy w życiu jednak nie chciałabyś robić :) Ja sobie cenię tę couchserfingową społeczność. Mnie osobiście większość tych doświadczeń wniosła mnóstwa pozytywnej energii w życie. A spotkanie couchserferów są też jakąś częścią tej grupy. Kiedy ja byłam na takich spotkaniach, raczej nie rozmawiało się aż tyle o podróżach, raczej rozmawiało się ...o wszystkim. Masz jednak szersze spojrzenie, bo mogłaś zaobserwować spotkania tej grupy w jednym mieście więc dobrze wiesz, kto na nie przychodzi i z jaką częstotliwością. Dla mnie były one raczej hmm czymś ciekawym w aspekcie poznawania miasta, taką "odskocznią";) Trudno chyba zbudować na takich spotkaniach stałe relacje, jeśli jesteś w mieście chwilowo, w podróży - taki urok tych spotkań, ta ulotność i bycie w ciągłym biegu :) Wiem jednak, że np. w moim mieście spotkania couchserfingowe tworzy stała grupa ludzi, którzy się po prostu przyjaźnią i którzy dają możliwość dołączenia do swojego grona podróżnikom, którzy obecnie tutaj przebywają i identyfikują się z tą couchserfingową społecznoscią :) Dlatego ja w tej ulotności nie widzę nic złego. A jeśli komuś ma to pomóc i cotygodniowe spotkania z coraz to nowymi ludźmi sprawiają, że nie osoba ta niesię samotna to super, że tacy ludzie mają taką możliwość :) Ja wolę budować stałe relacje (mimo wszystko), ale myślę, że dla ludzi samotnych to świetnie, że mogą mimo braku bliskich w życiu, cały czas jednak czuć , że są członkiem jakiejś tam wspólnoty :)

    Pozdrawiam Cię ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  13. hej :) oczywiście zgadzam się z Tobą - ta ulotność jest fajna, zwłaszcza, jak się samemu jest w podróży. ja za pośrednictwem couchsurfingu poznałam tyyyylu fenomenalnych ludzi, że właściwie to mogę powiedzieć, że to dzięki nim moje życie wygląda teraz tak, a nie inaczej. inspirowali mnie, dawali pomysły, jakąś taką wiarę, że niemożliwe jednak może się udać. post dotyczy osób, które próbują zamienić ulotność na codzienność, którzy, nie mając w życiu za bardzo innego punktu zaczepienia, łapią się takich właśnie ulotnych znajomości. na dłuższą metę niestety nie przyniesie to raczej nic wartościowego, bo, tak jak napisałam - według mnie nie da się budować szczęścia, nie poświęcając czasu osobom, na którym nam zależy, a tylko osobom, które widzimy najprawdopodobniej po raz pierwszy i ostatni.

    OdpowiedzUsuń