piątek, 22 kwietnia 2016

Wiosna po prostu czy po turecku? Erasmus+

      Kiedy przypominam sobie swoją pierwszą w życiu podróż do Turcji, to tak naprawdę myślę z niemałym zażenowaniem, że wcale a wcale nie była to podróż. Ok, może gdzieś tam jest jeszcze ktoś, kto jest w stanie nazywać tydzień spędzony na leżaku przy hotelowym basenie podróżowaniem, ale ja już od dawna nie. W końcu trudno jest nie zmienić choć odrobinę podejścia do sprawy, kiedy już się wie, że turkish delight smakują znacznie lepiej, gdy kupuje się je świeże w sklepie u jakiegoś miłego, starszego pana niż te pakowane w pudełka z pocztówką na opakowaniu, a prawdziwa turecka kawa to bynajmniej nie ta, którą podają na europejskim śniadaniu w opcji all inclusive. A więc, oto mój pierwszy, prawdziwy wyjazd do Turcji. Tej bez hotelowych ręczników, zaklepywanych dzień wcześniej leżaków i jajek gotowanych przez 3, 5 lub 7 minut.


      Wszystko zaczyna się dość standardowo, czyli: od kilku tygodni intensywnie aplikuję na zupełnie randomowe projekty, aż do skutku, czyli otrzymania maila, że w końcu gdzieś się dostałam. O kurde, myślę, gdy widzę "Yozgat, Turcja". Jeszcze większe "kurde" pojawia się, gdy sprawdzam, gdzie właściwie leży to miasto. Środek kraju, zupełne pustkowie, no nieźle. Oczami wyobraźni już widzę siebie jadącą godzinami przez góry w rozpadającym się ogórku w wątpliwie komfortowym towarzystwie kur i kóz. To co, jechać, czy nie jechać? Kilka tygodni później spotykam na imprezie jakichś Turków i mówię im, że w kwietniu jadę do Yozgat. Oni wyją ze śmiechu. "Yozgat? Ale po co? Przecież tam nic nie ma...".

      O wyjazdach do małych miejscowości pisałam przy okazji wpisu o Słowenii. Czyli: ogólnie nie dla mnie takie mieścinki, ale jeśli na projekty, to tylko tam. W końcu nigdzie indziej nie będziecie mieli okazji zobaczyć, jak wygląda normalne, zwyczajne życie w państwie X, znaleźć się w miejscu, gdzie absolutnie nikt nie mówi po angielsku i nauczyć się kilku słów w języku, który nigdy do niczego wam się nie przyda. Przecież do takiej dziury jak Yozgat czy Ptuj nikt sam z siebie by nigdy w życiu nie pojechał. A tak w ogóle, to czy wiecie, jak właściwie wygląda środkowa Turcja? Podpowiem wam: żadnego brudu, kóz i partyzantów - piękne autostrady, wypasione autobusy, eleganckie dworce. Hm, to gdzie jest to zadupie, ja się pytam?


         Czego trzeba do szczęścia, kiedy mieszka się w Yozgat? Czasem myślę, że chyba tylko herbaty. Sześć, siedem herbat dziennie to tutaj norma, a wszystkie muszą być mocne jak siekiera i pite z tych ich maleńkich szklaneczek (i ja w końcu przywożę dwie ze sobą). Do tego popielniczka na stole być musi, podobnie jak dwie kostki cukru - wtedy panowie są szczęśliwi. Sade po turecku znaczy gorzka, przysięgam, że nie popełnię już więcej tego błędu i nie zamówię gorzkiej kawy. Dobry jest za to ayran, który z powodzeniem zastępuje chyba każdy inny napój. Ayran na śniadanie, ayran na obiad, ayran na kolację. Serio, pasuje i do kurczaka z rumuńskiego grilla, i do tej naszej słynnej sałatki z pomidora i ogórka. I z cytryną, koniecznie z cytryną. Wystarczy tylko dodać, że nie jestem pewna, jaka jest różnica między kebabem tureckim a europejskim, i cóż, wiecie już, że jedzenie nie było mocną stroną tego projektu. Potrzeba było jednak tylko kilku pysznych lahmacun, żeby to nadrobić.

        W ogóle, projekt był dość osobliwy. Wierzcie mi, jak na wyjeździe są same chłopaki, to wcale nie jest tak super i fajnie. Bułgarzy nawet w tej Turcji, gdzie ceny alkoholu są niebotyczne, potrafią wyciągnąć rakiję spod ziemi. Jedną, drugą, a jeśli trzeba, to i trzecią. Zmieniają hotel w melinę i potem chodzą i mówią, że Samokov, że city of no problem. I do Kapadocji nikomu się jechać nie chce, i secret friend też jakiś taki niewydarzony. Nie no, generalnie to chłopaki fajne, tylko trochę ich było za dużo. Aha, i jak zawsze wszyscy kochają Polskę, Polaki-cebulaki. Kochajmy się, kurczę, i my trochę bardziej. Taki Lazar na przykład - przyjechał z Macedonii na EVS i po dziewięciu miesiącach w Krakowie nie tylko fajnie mówi po polsku, ale zna także cały ten slang wyciągnięty spod ziemi. Tak więc chodzimy, pytamy go o różne rzeczy i nadziwić się nie możemy, ile on, skubany, rozumie. Lazar, a wiesz, kto to jest Janusz? Nie, tego akurat nie wie. No i weź mu to teraz wytłumacz.

       No i wieczorek kulturalny. Jeszcze w Warszawie pan złodziej ukradł nam ptasie mleczka i inne Wedle, więc trzeba sobie było radzić inaczej. Bieda na polskim stole - nie przystoi! No to co, stawiamy węgierskie wino, bo takie akurat mamy, i się cieszymy, bo przecież bratanki (mówiłam już, że projekty rozwijają kreatywność?). Nie wiem tak naprawdę, czy ktoś to w ogóle skumał, ale w końcu liczy się, że był jakiś alkohol. Swoją drogą - z całym szacunkiem do tureckiego jedzenia, ale te ichniejsze słodycze to mi nie smakują. No, może poza lokkum i salepem. Pamiętajcie, dobry salep to salep bez grudek, a taki znaleźć trudno.


         I na koniec: najlepszych ludzi poznaje się na projektach, nigdzie indziej (Alu, dziękuję Ci za Twój rosyjski, i Adi - za bycie Adim, i za wspólne przejechanie nie tylko połowy Turcji, ale prawie i Europy). I kiedy ostatniego dnia odprowadzasz Macedończyków na dworzec i kiedy każdy i tak gdzieś tam na końcu wsiada do innego autobusu, myślisz sobie "kurczę, ale było fajnie". Szybka myśl, że kurczę, to dla takich chwil się właśnie żyje, ale za moment i my się żegnamy i jedziemy dalej. Ankara? Ankara - krzyczy pan kierowca i zaprasza do środka. A potem jeszcze Pegasus, nocny autobus na Taksim, w końcu Stambuł.

         Istambuł wielki i męczący tak jak nocne Buenos Aires, które nie chce spać. Sprzedany turystom za bezcen. Choć wszystko tam całkiem ładne, to przy tym jakieś takie nieszczególne - przyjeżdżasz i myślisz sobie: o, Haga Sofia, o, ta słynna cieśnina, no spoko. To wszystko robi wrażenie, ale rozumiecie, nie jest to widok Mostu Elżbiety nocą ani Morza Martwego ze szczytu Masady. Tak jakoś więc czuję, że trochę kłamię, pokazując te zdjęcia, bo tu wszystko fajnie i cacy, ale na żywo to już niekoniecznie. Na zdjęciach w końcu nie widać panów z selfie stick, magnesami z Błękitnym Meczetem i katalogami Bosfor tour (only 15 euro for you, my friend - tak, już to dobrze znamy). Aha, no i jest drogo. Wiem, taki już urok dużych miast, ale niespecjalnie nam się to podoba. W końcu lepiej jest zapłacić za pide 4 liry zamiast 8, prawda? Nie narzekam jednak - w Jerozolimie nie było mnie stać, żeby napić się soku z granatów; nadrobiłam w Stambule. Może to po prostu po Yozgat wszystko wydawało się nam jakby gorsze. Kto widział Stambuł, temu się tylko wydaje, że był w Turcji. Stoję tam, patrzę na te wszystkie Starbucksy i knajpki z vegan food i myślę: nie, to nie może być prawda.

          Aha, no i widzisz mamo, wróciłam z tej niedobrej Turcji, jakoś nikt mnie nie porwał i żadnej bomby też nie było. Jestem cała i zdrowa. I widzisz, jak zawsze - wcale nie taki ten świat straszny, jak go w mediach malują.

I na koniec ja, redaktor naczelna.

14 komentarzy:

  1. Jak zwykle przeczytalam zaciekawiona jednym tchem! Zgadzam sie, poznalam Hiszpanie Na malej wsi przez dwa miesiace I byla kompletnie inna OD tej w Madrycie. Ale-dwa miesiace, nie wiecej.

    OdpowiedzUsuń
  2. jeeeeej, weź mnie kiedyś w taką podróż! obiecuję dobry humor, niemarudzenie i dużo kanapek ;)
    fotoskrawki przepiękne :)

    OdpowiedzUsuń
  3. w Yozgat to nawet nie miesiąc, a tydzień spokojnie wystarczył ;p

    OdpowiedzUsuń
  4. mam takie samo zdanie jeśli chodzi o projekty w małych miastach! ja na EVSie byłam w malutkiej miejscowości w Grecji i choć zdarzało nam się tam narzekać, że nudno, że nic się nie dzieje i na dodatek ciągle tych samych ludzi się spotyka, czy to w barze, czy w warzywniaku, czy na rynku...
    mimo wszystko uważam, że w żadnym dużym mieście nie wgłębiłabym się tak w obcą dla mnie kulturę, a przecież o to w takich projektach najczęściej chodzi! :)

    kurcze, w Turcji mnie jeszcze nie było, a taki piękny i ciekawy kraj!

    OdpowiedzUsuń
  5. dokładnie, tak to ma być! bo wiele ludzi odrzuca ciekawe projekty przez to, że są w małych miejscowościach. a przecież nie chodzi tu o to, żeby ktoś komuś fundował darmowe wczasy. ja bardzo się cieszę, że zwiedzanie Turcji zaczęłam od Yozgat - odwrotnie mogłabym mieć zupełnie odmienne wrażenia.

    OdpowiedzUsuń
  6. Poznawanie kraju z perspektywy małego miasteczka to niesamowita przygoda. Masz rację. Wyjazd na lezak w wersji full wypas sprawia, że niemal wszędzie jest tak samo, po czasie wszystkie urlopy zlewają się w jedno, ten sam schemat, takie same dni. I nie ma co wspominac

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetna przygoda! Ale powiedz mi: co to za projekt? Bo przyznam że sama chętnie przeżyłabym coś takiego :)

    OdpowiedzUsuń
  8. tak jak w tytule - projekt Erasmus+, dawne Youth in Action :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ale zazdroszczę! Sama bym się chętnie wybrała do Turcji. A tak naprawdę kraje najlepiej poznaje się własnie po takich małych miasteczkach :)

    OdpowiedzUsuń
  10. bosz, jaki jestem nieogar :P

    OdpowiedzUsuń
  11. Zakręcony Świat Marty2 maja 2016 23:50

    Mnie to chyba nigdy nie wywieje do Instambułu, ale podziwiam Cię za odwagę w odkrywaniu nowych miejsc :)

    OdpowiedzUsuń
  12. dlaczego nie? miasto jak każde inne ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja uwielbiam tureckie seriale.... Normalnie się uzależniłam- oglądam tego tyle,że już trochę umiem turecki, czasami tłumaczę też odcinki na polski dla fanów (wspomagając się oczywiście angielskim i innymi językami). Dlatego też bardzo chciałabym zwiedzić Turcję. Wgl znalazłam cię,bo dodałaś komentarz na blogu Króliczka Doświadczalnego pod postem na temat wyborów studiów. Z niecierpliwością czekam na ten post o studiach filologicznych ,bo to akurat bardzo aktualny dla mnie temat.
    PS: Bardzo podobają mi się te zdjęcia- zwłaszcza to,na którym jest muzułmanka zapatrzona w smartfona :) Niecodzienny widoczek.

    OdpowiedzUsuń
  14. ok, w takim razie postaram się napisać ;) dzięki!

    OdpowiedzUsuń