sobota, 28 maja 2016

Hungary Trip: Sződliget, Wyszehrad i Ostrzyhom

    Pierwsze ciepłe weekendy sprzyjają wycieczkom za miasto. Szybka wieczorna rozmowa z Michałem wystarczyła, aby na drugi dzień wrzucić do plecaka aparat i kanapki i spotkać się z samego rana na dworcu Nyugati. A stamtąd dzielił mnie już tylko krok od tego, aby stwierdzić, że takie szybkie wypady są naprawdę fajne i że całkiem lubię węgierskie małe miasteczka.

     No więc, jeśli zastanawiacie się, co warto zobaczyć na Węgrzech, to miejcie świadomość, że sam Budapeszt ma niewiele wspólnego z resztą kraju. To nie Polska, że mamy i Warszawę, i Kraków, a jak się zamarzy, to jeszcze Gdańsk, Wrocław, Łódź i Poznań. Węgry to tylko Budapeszt. Dalej długo, długo nic. No, prawie nic, bo w sumie to nie nazwałabym niczym całkiem ładnych gór, zamków i parków narodowych, których na Węgrzech jest pełno - wystarczy tylko wiedzieć, gdzie ich szukać. Pojedźcie więc do małych wiosek - Sződliget, Wyszehradu i Ostrzyhomu. Gwarantuję wam, że zupełnie nikt nie zna tych miejsc i że będziecie hipsterami. Nie, zaraz, stop: opowieść o prawdziwych hipsterskich wiochach w następnym odcinku.

      Jak było? Jedliśmy kanapki nad brzegiem jeziorka w opuszczonej wiosce rybackiej (no, powiedzmy, że opuszczonej - motorów i całkiem nieźle trzymających się rybaków bynajmniej tam nie brakowało), piliśmy piwo patrząc z góry na Dunaj (choć widok z zamku w Wyszehradzie lepszy niż sam zamek) i mokliśmy pod największą węgierską bazyliką (tu nie ma się do czego przyczepić, choć nadal zachodzę w głowę, po co im właściwie tak wielka bazylika w tak maleńkiej mieścince). Podróże, ach, podróże, zabawy cała moc. Niedługo powtórka w Szentandre!



















Więcej

wtorek, 3 maja 2016

Pole dance to nie sport dla podróżnika

     Środa, godzina 19:15. Wychodzę ze swojego mieszkania na Corvinie. Kiedy jest ciepło, nie zakładam nawet butów, tylko idę w klapkach, tak, jak stoję. Zostawiam w domu biżuterię, biorę tylko swoją bawełnianą torbę i biegnę przejściem podziemnym na przystanek. Jadę tramwajem na Blahę.

      Moje studio znajduje się na pierwszym piętrze kamienicy równie starej jak ta, w której mieszkam. Jak zawsze, wejście od strony dziedzińca, ciemna klatka schodowa i skrzypiące drzwi. Takie już uroki życia w centrum Budapesztu. Okna wychodzą prosto na ulicę. Latem, kiedy jest bardzo gorąco, można je otworzyć na oścież, a zimą zagrzać się przy kaflowym piecu. Treningi to największa frajda i punkt kulminacyjny tygodnia. Moja ulubiona instruktorka, Kriszta, zawsze się śmieje ze mnie i z mojej miny, gdy pokazuje mi nową figurę. Jeśli czegoś nie umiem, to wtedy idę do Kriszty i wiem, że ona nauczy mnie wszystkiego. Nikt inny nie daje mi tej pewności, że nawet, jeśli na początku coś zupełnie mi nie idzie, to prędzej czy później w końcu się uda i nie może być inaczej (hm, czy aby przypadkiem nie tym właśnie powinien cechować się dobry instruktor?). A to, że się śmieje, to cóż - wcale się nie dziwię, skoro głupi butterfly zajął mi trzy miesiące, a stania na rękach nie umiem do tej pory.


     Nie do wiary jest to, że nigdy nie chciało mi się uprawiać sportu. Po prostu mi się nie chciało. Kiedy przypadkiem odkryłam pole dance, nagle "nie chce mi się" przestało istnieć. Chce mi się, bardzo i coraz bardziej i mówi to osoba, która nigdy w życiu nie była na siłowni ani nie przebiegła kilometra. Serio, polecam podążanie za irracjonalnymi pomysłami, nawet, jeśli oznacza to kręcenie się wokół metalowej rury w krótkich spodenkach przy muzyce Rihanny podczas gdy jest się fanem butów trekkingowych i poezji śpiewanej.

     Do dziś nie wiem, co przez te wszystkie lata było nie tak z moim ciałem, że było tak wybitnie sportowo upośledzone. Nie wiem, dlaczego nigdy nie umiałam odbić piłki dziesięć razy nad głową ani przebiec 30 metrów w tempie ocenionym na wyżej niż 3- (wf krzywdzi). Ja i moje ciało zawsze staliśmy po dwóch różnych stronach barykady i jak ja chciałam w jedną, to ono zazwyczaj w drugą. Przeszkadzało mi. Nie było mi potrzebne do niczego poza podtrzymywaniem podstawowych funkcji życiowych. Złościło mnie to, że w żaden sposób nie byłam w stanie nadrobić tych braków. I tak oto ze świadomością, że ciężkie jest życie przegrywu postanowiłam zapisać się na pole dance, a potem to mogłam już tylko czekać na zbliżającą się nieuchronnie katastrofę, która miała nastąpić prawdopodobnie tuż przy pierwszym zetknięciu z drążkiem. Nie powiem, że zupełny brak mięśni i zadyszka łapana po dziesięciu minutach cokolwiek mi ułatwiały, ale nigdy bym nie przypuszczała, że zaledwie kilka miesięcy później zrobię pierwszą figurę odwróconą, a studio na Blaha Lujza będzie moim drugim domem.


        Gdyby ktoś zapytał mnie, jaka jest różnica między hobby a pasją, to powiedziałabym, że pasja to coś, dla czego jesteśmy w stanie poświęcać rzeczy dla nas ważne i to oznacza, że właśnie doszliśmy do tej raczej smutnej części. Wraz z uświadomieniem sobie tego, jak bardzo moja pasja mnie rozwinęła, zdałam sobie jednocześnie sprawę, jak bardzo mnie ograniczyła. Kiedy jakiś czas temu zaczęłam planować kolejną, dłuższą tym razem podróż, zorientowałam się, że teraz nie wystarczy mi już szukać jedynie lotów, zakwaterowania, ładnych widoczków i dobrego żarcia - teraz wszędzie tam, gdzie jadę, muszę także znaleźć miejsce na treningi. Tym samym skończyła się dla mnie opcja szalonego, kilkumiesięcznego podróżowania po Azji z plecakiem i spania co noc w innym hostelu, przejechania autostopem Rosji od Sankt Petersburga po Władywostok czy zostania wolontariuszem w amazońskiej wiosce. Po prostu skończyła się dla mnie możliwość pozostania na dłużej w miejscu, w którym nie ma studia. Mogę mieszkać wszędzie, mieć znajomych wszędzie, pracować mogę wszędzie, ale ćwiczyć wszędzie nie mogę.

       I nie chodzi tu nawet o dwutygodniowe tureckie obżarstwo, nadprogramowy przyrost tkanki tłuszczowej w nieodpowiednich miejscach, zdrewnienie mięśni czy ogólny spadek kondycji. Chodzi głównie o skórę, która po kilku tygodniach absencji od ćwiczeń boli w miejscach, w których od dawna już boleć nie powinna. Robisz takie scorpio na przykład - wydaje ci się, że utrzymasz się bez problemu, a za chwilę wręcz słyszysz dźwięk zdzieranego naskórka i lądujesz na podłodze. Miesiąc bez treningu - trzy miesiące wstecz. A pole dance to nie jest joga albo bieganie - rura wymaga rury i nie nadrobisz jej żadnym fitnessem czy siłownią. Nie można sobie tak po prostu nie ćwiczyć tygodniami, a potem beztrosko wskakiwać na zajęcia. Nie można mieć też rury w domu, gdy ciągle się mieszka w wynajmowanych mieszkaniach.


      Na razie jednak co miesiąc kupuję karnet na zajęcia, tak jak się kupuje miejską przejazdówkę czy kartę do telefonu i myślę sobie, że może turystyka pole dancowa w moim wykonaniu to wcale nie taki głupi pomysł.

Ten post nie powstał we współpracy z Leila i Pole Dance Fitness Hungary.
Więcej