wtorek, 3 maja 2016

Pole dance to nie sport dla podróżnika

     Środa, godzina 19:15. Wychodzę ze swojego mieszkania na Corvinie. Kiedy jest ciepło, nie zakładam nawet butów, tylko idę w klapkach, tak, jak stoję. Zostawiam w domu biżuterię, biorę tylko swoją bawełnianą torbę i biegnę przejściem podziemnym na przystanek. Jadę tramwajem na Blahę.

      Moje studio znajduje się na pierwszym piętrze kamienicy równie starej jak ta, w której mieszkam. Jak zawsze, wejście od strony dziedzińca, ciemna klatka schodowa i skrzypiące drzwi. Takie już uroki życia w centrum Budapesztu. Okna wychodzą prosto na ulicę. Latem, kiedy jest bardzo gorąco, można je otworzyć na oścież, a zimą zagrzać się przy kaflowym piecu. Treningi to największa frajda i punkt kulminacyjny tygodnia. Moja ulubiona instruktorka, Kriszta, zawsze się śmieje ze mnie i z mojej miny, gdy pokazuje mi nową figurę. Jeśli czegoś nie umiem, to wtedy idę do Kriszty i wiem, że ona nauczy mnie wszystkiego. Nikt inny nie daje mi tej pewności, że nawet, jeśli na początku coś zupełnie mi nie idzie, to prędzej czy później w końcu się uda i nie może być inaczej (hm, czy aby przypadkiem nie tym właśnie powinien cechować się dobry instruktor?). A to, że się śmieje, to cóż - wcale się nie dziwię, skoro głupi butterfly zajął mi trzy miesiące, a stania na rękach nie umiem do tej pory.


     Nie do wiary jest to, że nigdy nie chciało mi się uprawiać sportu. Po prostu mi się nie chciało. Kiedy przypadkiem odkryłam pole dance, nagle "nie chce mi się" przestało istnieć. Chce mi się, bardzo i coraz bardziej i mówi to osoba, która nigdy w życiu nie była na siłowni ani nie przebiegła kilometra. Serio, polecam podążanie za irracjonalnymi pomysłami, nawet, jeśli oznacza to kręcenie się wokół metalowej rury w krótkich spodenkach przy muzyce Rihanny podczas gdy jest się fanem butów trekkingowych i poezji śpiewanej.

     Do dziś nie wiem, co przez te wszystkie lata było nie tak z moim ciałem, że było tak wybitnie sportowo upośledzone. Nie wiem, dlaczego nigdy nie umiałam odbić piłki dziesięć razy nad głową ani przebiec 30 metrów w tempie ocenionym na wyżej niż 3- (wf krzywdzi). Ja i moje ciało zawsze staliśmy po dwóch różnych stronach barykady i jak ja chciałam w jedną, to ono zazwyczaj w drugą. Przeszkadzało mi. Nie było mi potrzebne do niczego poza podtrzymywaniem podstawowych funkcji życiowych. Złościło mnie to, że w żaden sposób nie byłam w stanie nadrobić tych braków. I tak oto ze świadomością, że ciężkie jest życie przegrywu postanowiłam zapisać się na pole dance, a potem to mogłam już tylko czekać na zbliżającą się nieuchronnie katastrofę, która miała nastąpić prawdopodobnie tuż przy pierwszym zetknięciu z drążkiem. Nie powiem, że zupełny brak mięśni i zadyszka łapana po dziesięciu minutach cokolwiek mi ułatwiały, ale nigdy bym nie przypuszczała, że zaledwie kilka miesięcy później zrobię pierwszą figurę odwróconą, a studio na Blaha Lujza będzie moim drugim domem.


        Gdyby ktoś zapytał mnie, jaka jest różnica między hobby a pasją, to powiedziałabym, że pasja to coś, dla czego jesteśmy w stanie poświęcać rzeczy dla nas ważne i to oznacza, że właśnie doszliśmy do tej raczej smutnej części. Wraz z uświadomieniem sobie tego, jak bardzo moja pasja mnie rozwinęła, zdałam sobie jednocześnie sprawę, jak bardzo mnie ograniczyła. Kiedy jakiś czas temu zaczęłam planować kolejną, dłuższą tym razem podróż, zorientowałam się, że teraz nie wystarczy mi już szukać jedynie lotów, zakwaterowania, ładnych widoczków i dobrego żarcia - teraz wszędzie tam, gdzie jadę, muszę także znaleźć miejsce na treningi. Tym samym skończyła się dla mnie opcja szalonego, kilkumiesięcznego podróżowania po Azji z plecakiem i spania co noc w innym hostelu, przejechania autostopem Rosji od Sankt Petersburga po Władywostok czy zostania wolontariuszem w amazońskiej wiosce. Po prostu skończyła się dla mnie możliwość pozostania na dłużej w miejscu, w którym nie ma studia. Mogę mieszkać wszędzie, mieć znajomych wszędzie, pracować mogę wszędzie, ale ćwiczyć wszędzie nie mogę.

       I nie chodzi tu nawet o dwutygodniowe tureckie obżarstwo, nadprogramowy przyrost tkanki tłuszczowej w nieodpowiednich miejscach, zdrewnienie mięśni czy ogólny spadek kondycji. Chodzi głównie o skórę, która po kilku tygodniach absencji od ćwiczeń boli w miejscach, w których od dawna już boleć nie powinna. Robisz takie scorpio na przykład - wydaje ci się, że utrzymasz się bez problemu, a za chwilę wręcz słyszysz dźwięk zdzieranego naskórka i lądujesz na podłodze. Miesiąc bez treningu - trzy miesiące wstecz. A pole dance to nie jest joga albo bieganie - rura wymaga rury i nie nadrobisz jej żadnym fitnessem czy siłownią. Nie można sobie tak po prostu nie ćwiczyć tygodniami, a potem beztrosko wskakiwać na zajęcia. Nie można mieć też rury w domu, gdy ciągle się mieszka w wynajmowanych mieszkaniach.


      Na razie jednak co miesiąc kupuję karnet na zajęcia, tak jak się kupuje miejską przejazdówkę czy kartę do telefonu i myślę sobie, że może turystyka pole dancowa w moim wykonaniu to wcale nie taki głupi pomysł.

Ten post nie powstał we współpracy z Leila i Pole Dance Fitness Hungary.

28 komentarzy:

  1. Zawsze daleko bylo mi do sportu przez wf. W podstawowce non stop mozna, w gimnazjum I liceum siatkowka. Wmowilam sobie, ze jestem ciota I nic nie umiem-a ja po prostu nie lubie gier zespolowych. Teraz cwicze Na maszynach Na silowni I mam calkiem dobra forme przez wzgorza San Francisco. Pole dance OD dawna chce sprobowac I chyba to zrobie Na jesien:D. To samo z kickboxing, tez musze sprobowac. Cwiczysz w grupie?

    OdpowiedzUsuń
  2. ja chyba też zraziłam się głównie tym wf-em. od początku podstawówki do końca liceum codziennie siatkówka, której nie znosiłam i większość wf-ów przesiedziałam na ławce. i też czułam się jak ciota, bo kondycji nie miałam żadnej, wszystko, czego się dotykałam, sypało mi się w rękach i kończyłam z ocenami, które mnie jeszcze bardziej zniechęcały (pozdro dla nauczycieli). myślę jednak, że jest to po prostu kwestia znalezienia czegoś dla siebie. nie każdy musi lubić siatkówkę albo gimnastykę, a na szkolnym wf-ie możliwości są dość ograniczone. nie ma rury, na przykład :DD

    OdpowiedzUsuń
  3. ale ładnie napisałaś.
    ja nadal czekam na "swój" sport, probowałam różnych rzeczy więc nie jestem taka znowu nie w formie, ale nic mi nie daje przyjemności, nudzę się szybko i na zajęcia chodzę bo "się zapisałam". a potem przestaję. biegam z nadzieją na złapanie bakcyla raz na dwa miesiące i zawsze stwierdzam, że to jednak nudne ;) szacun z tą rurą, bo podejrzewam, że mało sportów tak boli przy uprawianiu. życzę, żebyś jeszcze długo tak się czuła jak teraz!

    a nazwa "blaha lujza" zawsze mnie rozwalała w budapeszcie ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. a wiesz, że to znaczy "błogosławiona Luiza"? w życiu bym na to nie wpadła, zasłyszałam przypadkiem, w samolocie (notabene, po ponad 5 miesiącach mieszkania w Budapeszcie).
    a co do "swojego" sportu, to serio, warto szukać - chociaż ja tam wcale nie szukałam, bo od sportu na ogół stroniłam i teraz śmieję się, że to rura sama mnie znalazła. jeśli to nie jest miłość życia, to nie wiem, co nią jest! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. teraz jak o tym mówisz, o pasuje mi ta błogosławiona, ale najpierw miałam skojarzenia skrajnie odmienne: albo księżna, albo blachara ;) domyślalam sie ze raczej blachara nie miałabym swojego placu, ale i tak w mojej głowie ułożyło sie to w historie o przygłupiej księżnej węgierskiej ;)
    super, uwielbiam czytać jak ludzie piszą o swoich pasjach. zawsze się wzruszam wtedy.

    OdpowiedzUsuń
  6. Woow!! Pełen szacun!! Od zera do Mastera i jeszcze ruroholika! :D
    Ja zawsze chciałam spróbować ale obawiam się że moje ciało i mięsnie się do tego ie nadają :/.
    Pasja rewelacyjna sprawa! Szkoda tylko że jedna z drugą średnio gra u Ciebie. No ale nie można mieć wszystkiego ;).
    A jak długo już rurkujesz>

    OdpowiedzUsuń
  7. Polo Dance mi się marzy, ale nie mam w okolicy. Szukam w innych aktywnościach czegoś dla siebie. W grę wchodzą tylko te domowe. Mnie ostatnio urzekł rower, stacjonarny. Fajnie, że mogę w tym czasie poczytać, pooglądać... Tak przynajmniej się nie nudzę za szybko ćwiczeniami. Takie, trochę dziwne, podejście. Jak na razie zostaje przy rowerze.

    OdpowiedzUsuń
  8. czy dziwne? co zależy, co kto lubi i co komu pasuje :) jeśli chodzi o rower stacjonarny, to akurat uważam, że jazda na prawdziwym jest znacznie bardziej przyjemna (oczywiście wykluczając sytuacje, kiedy np. pada i wieje niemiłosiernie). ale myślę, że jeśli ćwiczenia w jakiś sposób Cię nudzą, to znaczy, że to nie jest jeszcze "to". powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  9. ruroholika owszem, ale żaden ze mnie master! do tego ciągle daleka droga...
    ja też się bałam. ojjj, nawet nie wiesz jak. ponad miesiąc się zastanawiałam, czy się w końcu zapisać, czy nie, a teraz żałuję tylko miesiąca w plecy :) a ćwiczę trochę ponad rok.

    OdpowiedzUsuń
  10. blachara - skojarzenie dość osobliwe, zważywszy na to, jakie panie można tam często spotkać ;p

    OdpowiedzUsuń
  11. o jak dla mnie jesteś #masterka i już! :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Podoba mi się co napisałaś o pasji. Bo w pewnym sensie mam tak samo. Ograniczyła mnie moja pasja, którą jest szybownictwo - a kto by pomyślał jeszcze parę lat temu że ktoś taki, kim byłam kiedyś mógłby się uzależnić od latania. Nadal moi starzy znajomi kiedy się o tym przypadkiem dowiadują uśmiechają się z niedowierzaniem. W moim przypadku ograniczeniem są wszelakie przepisu - musisz wylatać tyle i tyle żeby utrzymać licencję bez dodatkowych egzaminów, nie mogę sobie nic złamać, skręcić lub w jakikolwiek inny sposób pozbawić się zdrowia, a całe wakacje zamiast nad ciepłym morzem lub na działce spędzam na polu ganiając za lądującymi szybowcami. Ale to jest właśnie to - nauczyłabym się chińskiego gdyby od tego zależało moje latanie... :) Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  13. ale ekstra! latanie, szybownictwo - dla mnie brzmi to jak totalna abstrakcja. a chiński - wbrew pozorom, nie taki trudny ;)
    hmm, ja chyba wolę nie wiedzieć jak moi starzy znajomi muszą być zdziwieni słysząc o moich nowych zainteresowaniach ;p

    OdpowiedzUsuń
  14. Podziwiam i to bardzo, przede wszystkim za determinację i systematyczność. Podobnie jak Ty raczej ze sportem nie mam nic wspólnego - jedyne co mi wychodziło to siatkówka, a poza tym... ech... masakra. I masz rację, że wf bardzo krzywdzi. Prawdę mówiąc podejrzewam, że do wielu rzeczy miałabym inne podejście, gdyby właśnie nie ten wf... Dzięki niemu znienawidziłam chociażby bieganie, bo nigdy mi nie wychodziło - nie umiałam biegać ani długo, ani szybko, a stres związany z brakiem ewentualnej oceny itd. zawsze mnie przerażał... ostatnio z nudów poszłam sobie pobiegać, przebiegłam kilometr i byłam pod wrażeniem, bo nie sądziłam, że jestem w stanie tyle przebiegnąć i że w ogóle jeszcze żyję :P zrobiłam to w swoim tempie, które i tak było zaskakująco dobre i byłam zadowolona.
    Pozdrowienia, życzę powodzenia w rozwijaniu swojej pasji :)

    OdpowiedzUsuń
  15. I wiesz co...o to chodzi, żeby znaleźć to, co nas kręci, a nie się zmuszać. Z tym ciągłym przekonywaniem siebie, ze warto, jest tak, że w końcu coś nas przekona, że jednak nie warto i odetchniemy z ulgą. kolejny krok to oddanie, porzucenie nielubianego sportu. A Ty już masz, to, co naprawdę lubisz.

    Pole dance już w Twoim opisie przyciąga, od razu widać, że wpadłaś w 100% :) I o to chodzi

    OdpowiedzUsuń
  16. Kurcze super, warto spełniać swoje pasje i robić coś co nas kręci :-)

    OdpowiedzUsuń
  17. Masz pasję, wiele osób jej nie ma, zawsze będziesz przed innymi! Pole dance świetna sprawa! Osobiście nie próbowałam, bo moje bezmięśnie ;p się do tego nie nadaje, ale podziwiam wszystkich, którzy utrzymują się na tej rurce, wykonując akrobacje! To naprawdę wymaga ciężkiej pracy!

    OdpowiedzUsuń
  18. brak mięśni nie jest przeszkodą - mięśnie się wyrabiają wraz z treningami. :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Moje się nie wyrabiają, serio, sprawdzone :D Wolę taniec, ewentualnie zumbę jeśli chodzi o aktywności fizyczne. Na drążku ani razu się nawet nie podciągnę -_- i nie ma się czym chwalić ;) Ale Twoją pracę włożoną w treningi serio podziwiam!

    OdpowiedzUsuń
  20. ale ja też nie umiem się podciągać na drążku. to znaczy, nie na poziomym. ja z kolei stronię od tańca, nie umiem tego robić, a aktywności typu zumba czy aerobik traktuję jako uzupełnienie treningu/ćwiczenia cardio, na dłuższą metę nie mogłabym potraktować tego jako hobby. ja muszę mieć cel i do czegoś dążyć, a powtarzanie co tydzień tej samej choreografii jakoś do mnie nie przemawia :D ale rozumiem, że każdy ma inne upodobania i coś innego sprawia mu radość ;)

    OdpowiedzUsuń
  21. Miałam identycznie z jogą. Od dzieciństwa miałam ,,alergię" na wszelki ruch, a jak poszłam na pierwsze zajęcia jogi to już zostałam ;)

    OdpowiedzUsuń
  22. To takie pozytywne uzależnienie! Pozytywne, bo to Twoja pasja i sprawia Ci radość. Ale jak każde uzależnienie ma też wady :D Fajnie, że znalazłaś swoją drogę do ćwiczeń, nie każdy musi biegać, ale każdy może uprawiać jakąś formę zdrowej aktywności :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Ahahahaha nie samowity! Zaczelam pole dance Wtorek. Ide na drugie lekcje jutro wlasnie!
    Zakochalam sie, cialo mnie bolalo dzien po. Ale taki przyjemny bol, dlatego ze pracowal. Wspaniale :)

    OdpowiedzUsuń
  24. super, powodzenia! ja po pierwszej lekcji nie mogłam chodzić przez 5 dni :D

    OdpowiedzUsuń
  25. No mi tak dal ochote, ze sie zapisalam na dzis wieczorem :) Dzieki :D

    OdpowiedzUsuń
  26. Dokładnie dzisiaj przy kolacji powiedziałam mężowi że chce spróbować tańca na rurze... Chodziło mi to po głowie od dłużeszgo czasu ale do tej pory nawet nie poszłam na próbne zajęcia. I najwyższy czas coś zrobić :)

    OdpowiedzUsuń
  27. jasne!! polecam kupić od razu pierwszy miesięczny karnet - po pierwszych zajęciach można się zniechęcić, bo zazwyczaj nic nie wychodzi (:D). dopiero po kolejnych coś może "zaskoczyć" ;) powodzenia!

    OdpowiedzUsuń