niedziela, 19 czerwca 2016

Jak podróżować (prawie) za darmo? Wyjedź na projekt z Erasmus+!

     Jest 26 czerwca 2015, godzina 21:50, koła samolotu dotykają płyty lotniska w Lublanie. Wita mnie rześkie, górskie powietrze, perspektywa dobrze rozpoczynających się wakacji i poczucie, że moje podróżowanie właśnie zyskało zupełnie nowy wymiar. Kurczę, zakochuję się już w samym słoweńskim słowie aerodrom, to znaczy lotnisko. Wsiadam do autobusu i dwie godziny później docieram do hostelu Kurent w maleńkim miasteczku Ptuj i wprowadzam się do małego, kolorowego pokoju, który przez kolejny tydzień będzie moim domem. Rozpoczyna się moja przygoda z Erasmusem.


      O projektach erasmusowskich można by mówić i mówić w nieskończoność. Mimo to w całym polskim internecie nie ma póki co podobnego wpisu. Dlaczego? Nie mam pojęcia.

       Na początku odpowiem więc trochę, o co w tym wszystkim chodzi i zrobię mały autocytat (o projektach pisałam już kiedyś w tym poście): Nie każdy o tym wie, ale wyjazdy na studia z Erasmusa są tylko maleńkim czubkiem góry lodowej funduszy, jakie ten program przeznacza na opłacanie młodym ludziom różnych fajnych rzeczy. Podpowiadam więc: warto wiedzieć, że tymi fajnymi rzeczami są są nie tylko wyjazdy na studia, z którymi Erasmusa kojarzy 80% studentów. Kolejne 19% być może wie jeszcze o możliwościach wyjazdu na praktyki, lecz niestety tylko pozostały, niewielki 1% kiedykolwiek usłyszał o wymianach młodzieżowych czy szkoleniach. A co najlepsze - żeby na nie wyjechać, nawet nie trzeba być studentem.

        W skrócie: projekty z Erasmus+ to kilkudniowe wyjazdy, w których udział biorą osoby z co najmniej dwóch państw będących członkami programu. Zakwaterowanie, wyżywienie oraz zapewnienie środków na podróż dla uczestników jest finansowane przez Unię Europejską. Czyli: nie dość, że jedziesz za darmo, poznajesz fajnych ludzi i imprezujesz, to jeszcze masz możliwość wszechstronnego rozwoju - od nauki angielskiego, przez kształtowanie umiejętności miękkich, aż po zdobywanie wiedzy merytorycznej przekazywanej na warsztatach. O czym są warsztaty? Mogą być właściwie o wszystkim - o zdrowym trybie życia, sporcie, edukacji, imigrantach, uzależnieniach, edukacji seksualnej, prawie, fotografii, tańcu, grach terenowych. Kto może pojechać na projekt? Każdy, kto ma chęci, mieści się w danym przedziale wiekowym (zwykle 18-30 lub 18-25) i zgłosi się do organizacji wysyłającej. Wysyłasz aplikację, dostajesz wiadomość, że się dostałeś i kupujesz bilety. Żadnych dokumentów, zaświadczeń, papierów. No, może co najwyżej jakiś krótki regulamin do podpisania. No i teraz nurtujące pytanie, które się tutaj nasuwa: to gdzie jest haczyk? Odpowiedź brzmi: nie ma haczyka. To zupełnie czysty układ. Zgłaszasz się - jedziesz. Jedyną rzeczą, do której najczęściej jesteś zobowiązany, jest późniejsze przesłanie relacji i zdjęć z wyjazdu do organizacji wysyłającej. Czasem trzeba też zapłacić małą cegiełkę, zazwyczaj w wysokości 30-100 zł (najczęściej jako formę zabezpieczenia, że nie się rozmyślisz w ostatniej chwili). No, i Erasmus nie zwraca za alkohol - a to, nie bagatela, bywa największym wydatkiem na takim wyjeździe.

       Skoro więc nie chodzi tu o pieniądze, to o co? O integrację. O to, że jak raz poznasz kogoś fajnego z Turcji, to nie będziesz potem mówić, że wszyscy Turcy to chamy i brudasy. Że nie będziesz uważać, że w takiej Macedonii to pewnie nic ciekawego nie ma, bo masz tam znajomych, którzy mnóstwo ci o niej opowiadali. Że zyskasz okazję, aby dowiedzieć się, że w Estonii w całym kraju mają darmowy Internet i że wiele znanych "polskich" kawałków to w rzeczywistości covery piosenek pochodzących z dawnej Jugosławii (hm, to akurat dość smutna wiedza).


      No to w końcu: jak właściwie wyjechać na projekt z Erasmus+? Najbardziej ogólnie rzecz biorąc, trzeba się zgłosić do organizacji wysyłającej. Projekty organizowane są przez NGO, które w odpowiednim terminie muszą złożyć wniosek i opis projektu, a następnie znaleźć zagranicznych partnerów, którzy będą zainteresowani wzięciem udziału w ich wymianie lub szkoleniu. Partnerami również są organizacje pozarządowe i nie ma możliwości wyjazdu dla indywidualnych uczestników. Co zrobić, jeśli w żadnej nie działasz? Nie ma problemu - wiele organizacji poszukuje uczestników spoza swojego grona. W ten sposób na projekty jeżdżą często ludzie, którzy czasem mają bardzo mgliste pojęcie o tym, czym zajmuje się dane NGO i nigdy nawet nie byli w mieście, w którym ma ono siedzibę (pytanie za sto punktów: nasza organizacja jest z Jeleniej Góry, czy Zielonej Góry? - true story z Turcji). Czy to źle? Nie. Jest to tak naprawdę świetna okazja, żeby zdobyć kontakty i dowiedzieć się czegoś o działalności tych wszystkich małych NGO, o których pewnie nie miałoby się szansy usłyszeć przy żadnej innej okazji. Dla organizacji to zawsze PR.

      To gdzie szukać projektów? Właściwie to... nie wiadomo. Nie ma żadnej bazy ani strony, na której byłyby wypisane wszystkie. Najczęściej NGO szukające uczestników wrzucają informacje na grupy na Facebooku, część z nich pyta wśród znajomych lub osób, które już kiedyś gdzieś z nimi wyjeżdżały. Najtrudniej jest więc pojechać na pierwszy projekt. Potem idzie z górki, bo ludzie, których poznajesz, wciągają cię w następne wyjazdy. Przykładowo: w Słowenii poznałam Wojtka, który dał mi namiary na organizację, która wysłała mnie do Turcji, gdzie poznałam Bartka, który polecił mnie na projekt na Węgrzech, i tak dalej. Znajomości i kontakty to tutaj słowa klucze - bez tego ani rusz. Oczywiście, wiele organizacji ma stałych partnerów i po prostu wymienia uczestników między sobą - takie projekty po prostu się odbywają i żadne ogłoszenia rekrutacyjne nigdy nawet nie ujrzą światła dziennego. Tak więc, na początku polecam Facebooka, który jest morzem wszelakich kontaktów. Grupy, w których możesz spróbować szczęścia: Erasmus+, Erasmus+ Database, Erasmus Plus Projects, Youth projects, Youth Opportunities, Youth For Erasmus+Youth in ActionPL Youth In Action, Youth in Action PolandEVS (European Voluntary Service), EVSBOOKEVS Application Deadline Information, Wolonariat Europejski EVS - Ogłoszenia, EVS vacancyEVS (European Voluntary Service).

         Dlaczego szczęścia? Bo sama aplikacja bynajmniej wcale nie oznacza jeszcze, że wyjedziesz - liczba miejsc na projektach jest w końcu ograniczona. Niestety - najtrudniej mają tu dziewczyny, bo chętnych facetów zawsze jest mniej. Nie raz dostałam odpowiedź: sorry, zgłosiło się 30 osób i tylko jeden chłopak, szukamy teraz drugiego. Dlatego też, jeśli jesteś dziewczyną, jest większe prawdopodobieństwo, że dostaniesz się na projekt do Rumunii, Słowenii albo Macedonii, a nie Portugalii, Grecji czy Włoch. Te pierwsze państwa nie są w żaden sposób gorsze - są po prostu mniej znane i mniej osób chce do nich wyjechać. A szkoda, bo często są o wiele ciekawsze od popularnych i nierzadko zupełnie przereklamowanych miejscówek, więc nie marudź, że nie ma plaży i po prostu korzystaj.

         Co jeszcze można robić w ramach Erasmusa? Mnóstwo rzeczy. Są jeszcze EVSy, wyjazdy poza Europę i możliwość organizowania własnych projektów, ale póki co dla mnie to jeszcze trochę wiedza tajemna. Każde z tych zagadnień to temat na oddzielny wpis - tyle można mówić o Erasmusie.

           A tak było: w Słoweni, w Turcjina Węgrzech.


Keep calm and love Erasmus. To jak? Kto chętny?

Więcej o Erasmusie, podróżach, życiu na Węgrzech i freelancingu na facebooku: 
Autopogoń, @autopogonblog
Więcej

czwartek, 9 czerwca 2016

Wiochy, zamki i calimocho, czyli dobra impreza na wschodzie Węgier

      O poprzednim poście można powiedzieć, że było to pewne wprowadzenie do świata hipsterstwa: prawdziwe hipsterstwo zaczyna się dopiero tutaj. O, i to jakie. W końcu nie bez powodu mój znajomy Węgier na wieść, że kupiłam bilet z Budapest-Keleti do Forro-Encs (uwaga, nie siadajcie w ostatnim wagonie - stężenie Wieśków 120%), powiedział: Very dangerous and poor part of Hungary. Only gypsy and criminal.

       Ok, choć tak naprawdę to nie wydarzyło się nic takiego, co można by zaliczyć do kategorii criminal (bo gypsy spotkaliśmy na stacji kolejowej), to od samego początku wszystko szło jakoś nie tak. Właściwie to czego można było się spodziewać po wiosce liczącej 500 mieszkańców, do której nie dojeżdża żaden pociąg ani autobus? Wiem, niewiele, ale nigdy bym nie przypuszczała, że jadę na prawdziwy survival. Ale jak to, nie ma zasięgu? I Internetu? I ciepłej wody? Aha, no i jeszcze ten deszcz w pokoju. Nieee, tego już za wiele i mówię do Jolki, że stara, wracamy, pojedziemy sobie do Budapesztu, przenocuję cię u siebie na kanapie, tylko błagam, jedźmy stąd. Czyli: co ja robię tu i zanosiło się na fail stulecia. Moja dusza freelancera rwała się na części, kiedy minął dzień, dwa, a sieci dalej nie było, co ja powiem klientom i co ja napiszę potem na blogu, jak zwinę się stąd po dwóch dniach. 

        Wiecie, ogólnie to ja nie narzekam - spałam i pod namiotami, na gołej ziemi, bez prysznica, a z Internetu w podróży to jak dotąd nigdy nie korzystałam. Tyle, że to co innego jechać na wakacje, które finalnie kosztują cię 30 zł za dobę, a co innego na projekt, kiedy wiesz, że ktoś za to dostaje pieniądze. No, to chyba masz prawo mieć przynajmniej podstawowe oczekiwania. Na szczęście z pomocą przyszedł mi miejscowy bar (a dokładniej tamtejsze wifi i Szilva Unicum po 360 ft za 0,05l), kominek i grzane piwo - jak miałam to wszystko, to stwierdziłam, że nic więcej mi już właściwie nie potrzeba i że zostaję.


      I dobrze, że zostałam. Po trzech dniach opuściliśmy naszą wiochę i przenieśliśmy się do innej, większej, a właściwie to poszliśmy - co z tego, że z planowanych 16 kilometrów zrobiło się nagle 21? I że jakąś jedną trzecią tej trasy szliśmy w nocy po głuchym lesie? I że jeszcze szedł z nami 16-latek z Czech vel. Młody i że przez 8 kilometrów nikt nie zauważył, że odłączył się od grupy i być może zgubił na dobre w tej wielkiej i strasznej puszczy? A no, było śmiesznie, ale w końcu nie takie rzeczy się już w życiu przeżyło. A ta druga wiocha całkiem fajna była, był nawet zamek i widoki całkiem ładne. Boldogkőváralja, wygooglujcie sobie, tylko przypadkiem nie zawracajcie sobie głowy i nawet nie próbujcie wypowiadać tej nazwy.

       Bartek, którego miałam okazję poznać w Turcji, a który teraz pomógł mi wkręcić się na ten projekt (czy mówiłam już, że uwielbiam Erasmusa?), całkiem nieźle rozkręcał imprezę. Nie ma żadnego dobrego wina w sklepie? To robimy calimocho. Dla niewtajemniczonych - to mieszanka wina z colą, niby taka tradycyjna, hiszpańska, ale tak naprawdę to robi się ją zazwyczaj wtedy, kiedy posiadane wino jest tak niedobre, że inaczej nie da się go wypić. Serio, lepszego tam nie było. No i do tego Bartkowa zabawa, gry terenowe, energizery, bieganie po lesie, przeskakiwanie przez linę, nasz wieczorek à la polskie wesele i wszystko grało, chociaż budowanie kolejnych wież z papieru już mi się trochę znudziło. Aha, i czy ktoś wie może, co na projekcie z Grupy Wyszehradzkiej robiło dwóch Hiszpanów? No i gdzie jest kurczak Jolki? Dwie największe tajemnice projektu pozostały nierozwiązane.

      No, i na koniec dom, po szalonym i intensywnym tygodniu, wzlotach i upadkach, chodzeniu po górach i rurach (ale sucho), lunchach z ogniska, tabletkach na ból gardła i ból istnienia, wreszcie słodki dom - jak zawsze: wspaniałe powroty.



Więcej