czwartek, 9 czerwca 2016

Wiochy, zamki i calimocho, czyli dobra impreza na wschodzie Węgier

      O poprzednim poście można powiedzieć, że było to pewne wprowadzenie do świata hipsterstwa: prawdziwe hipsterstwo zaczyna się dopiero tutaj. O, i to jakie. W końcu nie bez powodu mój znajomy Węgier na wieść, że kupiłam bilet z Budapest-Keleti do Forro-Encs (uwaga, nie siadajcie w ostatnim wagonie - stężenie Wieśków 120%), powiedział: Very dangerous and poor part of Hungary. Only gypsy and criminal.

       Ok, choć tak naprawdę to nie wydarzyło się nic takiego, co można by zaliczyć do kategorii criminal (bo gypsy spotkaliśmy na stacji kolejowej), to od samego początku wszystko szło jakoś nie tak. Właściwie to czego można było się spodziewać po wiosce liczącej 500 mieszkańców, do której nie dojeżdża żaden pociąg ani autobus? Wiem, niewiele, ale nigdy bym nie przypuszczała, że jadę na prawdziwy survival. Ale jak to, nie ma zasięgu? I Internetu? I ciepłej wody? Aha, no i jeszcze ten deszcz w pokoju. Nieee, tego już za wiele i mówię do Jolki, że stara, wracamy, pojedziemy sobie do Budapesztu, przenocuję cię u siebie na kanapie, tylko błagam, jedźmy stąd. Czyli: co ja robię tu i zanosiło się na fail stulecia. Moja dusza freelancera rwała się na części, kiedy minął dzień, dwa, a sieci dalej nie było, co ja powiem klientom i co ja napiszę potem na blogu, jak zwinę się stąd po dwóch dniach. 

        Wiecie, ogólnie to ja nie narzekam - spałam i pod namiotami, na gołej ziemi, bez prysznica, a z Internetu w podróży to jak dotąd nigdy nie korzystałam. Tyle, że to co innego jechać na wakacje, które finalnie kosztują cię 30 zł za dobę, a co innego na projekt, kiedy wiesz, że ktoś za to dostaje pieniądze. No, to chyba masz prawo mieć przynajmniej podstawowe oczekiwania. Na szczęście z pomocą przyszedł mi miejscowy bar (a dokładniej tamtejsze wifi i Szilva Unicum po 360 ft za 0,05l), kominek i grzane piwo - jak miałam to wszystko, to stwierdziłam, że nic więcej mi już właściwie nie potrzeba i że zostaję.


      I dobrze, że zostałam. Po trzech dniach opuściliśmy naszą wiochę i przenieśliśmy się do innej, większej, a właściwie to poszliśmy - co z tego, że z planowanych 16 kilometrów zrobiło się nagle 21? I że jakąś jedną trzecią tej trasy szliśmy w nocy po głuchym lesie? I że jeszcze szedł z nami 16-latek z Czech vel. Młody i że przez 8 kilometrów nikt nie zauważył, że odłączył się od grupy i być może zgubił na dobre w tej wielkiej i strasznej puszczy? A no, było śmiesznie, ale w końcu nie takie rzeczy się już w życiu przeżyło. A ta druga wiocha całkiem fajna była, był nawet zamek i widoki całkiem ładne. Boldogkőváralja, wygooglujcie sobie, tylko przypadkiem nie zawracajcie sobie głowy i nawet nie próbujcie wypowiadać tej nazwy.

       Bartek, którego miałam okazję poznać w Turcji, a który teraz pomógł mi wkręcić się na ten projekt (czy mówiłam już, że uwielbiam Erasmusa?), całkiem nieźle rozkręcał imprezę. Nie ma żadnego dobrego wina w sklepie? To robimy calimocho. Dla niewtajemniczonych - to mieszanka wina z colą, niby taka tradycyjna, hiszpańska, ale tak naprawdę to robi się ją zazwyczaj wtedy, kiedy posiadane wino jest tak niedobre, że inaczej nie da się go wypić. Serio, lepszego tam nie było. No i do tego Bartkowa zabawa, gry terenowe, energizery, bieganie po lesie, przeskakiwanie przez linę, nasz wieczorek à la polskie wesele i wszystko grało, chociaż budowanie kolejnych wież z papieru już mi się trochę znudziło. Aha, i czy ktoś wie może, co na projekcie z Grupy Wyszehradzkiej robiło dwóch Hiszpanów? No i gdzie jest kurczak Jolki? Dwie największe tajemnice projektu pozostały nierozwiązane.

      No, i na koniec dom, po szalonym i intensywnym tygodniu, wzlotach i upadkach, chodzeniu po górach i rurach (ale sucho), lunchach z ogniska, tabletkach na ból gardła i ból istnienia, wreszcie słodki dom - jak zawsze: wspaniałe powroty.



13 komentarzy:

  1. Bartka już lubię :D
    A powiedz mi- co to są za projekty na które jeździsz? Bo brzmi tajemniczo ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dwa dni temu spalam z dwoma Wegrami Na couchsurfingu I bylo bardzo zabawnie, swietnie sie dogadywalismy. Moge sie teraz bardziej wczuc w Twoje wegierskie opowiadania :D. Co Na projekcie z grupy wyszehradzkiej robili Hiszpanie? Hahaha rozwalilo mnie to :D.

    OdpowiedzUsuń
  3. wspomniałam o tym już kilka razy na blogu - to projekty z Erasmusa, chodź ten akurat był z Grupy Wyszehradzkiej (coś podobnego, z tym, że dotyczy tylko Polski, Węgier, Czech i Słowacji). mam w planach stworzenie postu o tym, jak wyjechać na taki projekt ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. mnie też :D nie mam pojęcia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękne widoki. A człowiek tak siedzi i siedzi w domu. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. czekam zatem z niecierpliwoscia na taki post! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. piękną buteleczkę ma szilva unicum, wyguglałam. dobre to?
    no i calimocho znam pod nazwą "bambusik" ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. najlepsze! i solo, i z colą jako drink ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Niesamowite zdjęcia, piękne widoki. Nic tylko pozazdrościć - nawet tych dni w warunkach survivalowych - pewnie z perspektywy czasu zostaną po nich fajne wspomnienia.

    OdpowiedzUsuń
  10. Przeczytałam z przyjemnością! Takich wypraw się nie zapomina:)

    OdpowiedzUsuń
  11. czytam. oglądam. uśmiecham się. pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Przeczytałam z przyjemnością.Na Węgrzech byłam kilka razy i zawsze jest zadowolona.Zdjęcia bardzo piękne.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń