poniedziałek, 11 lipca 2016

7 rzeczy, o których musisz wiedzieć, zanim pójdziesz na filologię


      Myśl o pójściu na studia filologiczne pojawiła się po raz pierwszy, gdy miałam 12 lat. Dojrzała, gdy skończyłam 14. Zaczęła umierać w liceum w klasie mat-fiz (zupełnie nietrafiony profil) i została brutalnie zamordowana po zmianie klasy na biol-chem (jeszcze bardziej nietrafiony profil. Spokojnie, profil humanistyczny również nie byłby trafiony, w liceum po prostu nie było dla mnie dobrego profilu). Gdy trzy miesiące przed maturą dowiedziałam się, że w Lublinie otwierają sinologię, nieznośna myśl wróciła ze zwielokrotnioną siłą. Kiedy jakimś cudem się tam dostałam, nie ucząc się kompletnie nic do matury z angielskiego, bez wahania porzuciłam ciężko wypracowaną i dawno zaplanowaną farmację, zostałam studentką filologii i w ten sposób spełniłam swoje wielkie marzenie.

      Czy mogłam wtedy wiedzieć, z czym właściwie wiążą się studia filologiczne i jak łatwo można się pomylić, wybierając konkretny kierunek? Nie, nie mogłam. Nikt nie mógł tego wiedzieć. Prawda jest taka, że wybierając filologię, najczęściej po prostu nie masz pojęcia, na co się piszesz. Wiecie, przed pójściem na sinologię człowiekowi może się wydawać, że Chiny to przecież kaligrafia i rysowanie smoków i że jedzenie pałeczkami jest zabawne, a chińskie dzieci takie słodkie. Dopiero po fakcie okazuje się, z czym tak naprawdę związałeś swoją przyszłość: z krajem, w którym jest taki smog, że nie da się tam oddychać. W którym uświadomiłeś sobie, że jedną z fizjologicznych potrzeb człowieka jest patrzenie na coś kolorowego, bo tam ciągle tak szaro i ponuro. Społeczeństwem, w którym ludzie są tak powolni, że samą swoją obecnością doprowadzają cię do szału. W którym każdy żyje pod wygodnym kloszem i nikt nie podejmuje żadnego wysiłku, aby się spod niego wydostać. Krajem przerażających letnich obozów wakacyjnych, osiedli-widmo, codziennej walki o przetrwanie i użerania się ze wszystkim na każdym kroku. Ambasad, które robią co chcą i chińskich urzędów, z których wyrzucają cię za drzwi. Miejscem, w którym po raz pierwszy w życiu szczerze podziękowałeś Bogu za to, że miałeś szczęście urodzić się w Europie. Po wizycie w którym powiedziałeś "ufffffff!", jak już w końcu wyjechałeś.


      Ok, nie mówię, że wszystko było źle - były też w końcu dobre momenty. Na przykład jedzenie - mistrzostwo świata. Oprócz tego tanie książki, zadbane toalety, piękne obiekty sportowe, uliczne stragany i nowoczesne pociągi. Ale myślę teraz, że musiałam być naprawdę szalona, gdy decydowałam się powiązać całe swoje życie z krajem, w którym nie byłabym w stanie przetrwać dwóch miesięcy.

    Czy warto studiować filologię? Czasem warto, ale warto wybrać ją mądrze. Będąc o wiele bardziej doświadczoną niż te cztery lata temu, zastanawiam się dzisiaj: dlaczego nie poszłam na przykład na filologię węgierską? Przecież już wtedy wiedziałam, że chcę kiedyś zamieszkać w Budapeszcie, ze znajomością węgierskiego mogłabym tam teraz robić wszystko. Dlaczego nie na germańską? Uwielbiam niemiecki, mogłabym mieć fajną pracę i w Niemczech, i w Polsce. Norweską? Przecież przeprowadzka do Oslo to moje marzenie. Dalej, dalej, mózgu Gadżeta (a gdzie byłeś wtedy, kiedy byłeś potrzebny...?). Jeśli więc właśnie zastanawiasz się, czy warto studiować filologię i na jaką filologię warto pójść, to ja Ci dzisiaj powiem, co masz zrobić, aby nie zrobić sobie krzywdy.

      1. Nie idź na studia związane z krajem, w którym nie byłeś i ludźmi, których nie znasz. Jasne, prawie nikt z moich znajomych z roku, z którymi zaczynałam studia, nie był wcześniej w Chinach. Mimo to w trakcie studiów tam pojechali i bardzo im się podobało. Tyle że, niestety, nie wszystko jest dla wszystkich i w gronie pasjonatów i szczęśliwców zawsze znajdzie się ta jedna czarna owca, która stwierdzi, że ten świat to nie jej bajka. Przynajmniej jedna. Jeśli więc właśnie poszedłeś na filologię w ciemno, to lepiej módl się, żeby przypadkiem nie okazało się, że tą owcą jesteś ty. A rada dla pozostałych jest taka: nie kierujcie się wyborem filologii, oglądając zdjęcia z Google. Wyjazd na tygodniową wycieczkę też niewiele wam da - spróbujecie jedzenia, pooglądacie widoczki, ale nie poznacie tego, z czym tak naprawdę będziecie mieli potem do czynienia, gdy przyjdzie czas na życie zawodowe. Porozmawiajcie lepiej z osobami, które naprawdę znają danych ludzi, kulturę i miejsca, przejdźcie się na tematyczne wykłady i skupcie się na poznaniu przede wszystkim złych, a nie dobrych stron waszego wyboru. Serio, nie ma innej drogi do podjęcia naprawdę mądrej decyzji.

    2. Niszowe filologie są niszowe nie bez powodu. Nie patrz na to, czy na rynku pracy jest duża konkurencja – sprawdź lepiej, czy na to, co chcesz robić, jest duże zapotrzebowanie. Hipsterskie języki są fajne, ale czy aby na pewno warto poświęcać kilka lat życia na ich naukę? Rzeczywistość jest brutalna: skoro mało uczelni otwiera takie kierunki i przyjmuje na nie niewiele osób, to znaczy, że po prostu nikt nie szuka tego typu specjalistów. Wierz mi, że nie bez powodu co roku w Polsce pojawiają się tysiące nowych anglistów i germanistów, a tylko kilkudziesięciu lub kilkunastu japonistów czy sinologów.
       Ale, ale - w tej sytuacji zawsze istnieje przecież opcja, żeby po studiach zostać wykładowcą i zdobyć całkiem fajną pracę na uczelni. Mała konkurencja, duża nisza, niewielka ilość publikacji – wprost idealna przestrzeń do zrobienia kariery naukowej. Słyszałam kiedyś jednak o dziewczynie, która studiowała język swahili – miała całe trzy osoby na roku. Po obronie magistra, kilku niezbyt owocnych wyjazdach do Afryki i zarejestrowaniu ogólnego braku jakichkolwiek perspektyw, w końcu została wykładowcą. Można by powiedzieć: ok, świetnie, poukładało się jej, a więc jak się chce, można znaleźć całkiem porządną pracę w zawodzie. Ale czy jest sens poświęcać taki ogrom czasu na naukę czegoś kompletnie nieprzydatnego tylko po to, aby potem uczyć tego kompletnie nieprzydatnego czegoś innych?

      3. Zwróć uwagę na uprawnienia. Moja koleżanka, która poszła na zielarstwo, dopiero w trakcie studiów dowiedziała się, że jako absolwentka nie będzie miała uprawnień do prowadzenia własnego sklepu z ziołami. Miej więc świadomość, że dyplom filologa czasem nie daje nic więcej poza zaświadczeniem, że przeszedłeś przez taki a taki cykl kształcenia. Ba, bardzo często nie świadczy on nawet o faktycznym poziomie znajomości języka (uwierzcie na słowo, wiem, kto ode mnie z roku wyszedł z piątką na dyplomie). Sprawdź więc lepiej, czy te studia dadzą ci w ogóle jakiekolwiek kompetencje i uprawnienia, a jeśli nie, to czy będziesz miał czas, pieniądze i możliwość, żeby zrobić dodatkowe kursy i certyfikaty. Po takim rozeznaniu może się okazać, że te z pozoru przyszłościowe i praktyczne studia kompletnie nic ci nie dadzą. Czy wtedy nie lepiej będzie więc po prostu pójść na kurs językowy, żeby nauczyć się języka, a studia poświęcić na zdobywanie zupełnie innej wiedzy?

       4. Filologia to nie wszystko - sama znajomość języka to zwyczajnie za mało. U mnie na sinologii wszyscy chcieli być "tłumaczami". Tymczasem mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że "tłumacz" to taki trochę zawód-mit. No bo po co klient ma zatrudniać kogoś, kto będzie za nim krok w krok chodził do różnych specjalistów, skoro może po prostu sięgnąć po usługi kogoś, kto zna się dobrze na konkretnym fachu, a przy okazji jest w stanie się z nim dogadać w jego własnym języku?
        Dla przykładu: czy gdy potrzebowałam porady prawnej w Budapeszcie, szukałam tłumacza polsko-węgierskiego, który zaprowadziłby mnie do jakiegoś randomowego węgierskiego prawnika? Nie - starałam się zdobyć namiary na prawnika polskiego, który przy okazji zna się na węgierskich przepisach. Wierz mi, że twoi przyszli klienci myślą dokładnie w ten sam sposób. Oni nie potrzebują tłumaczy, ale specjalistów, którzy przy okazji znajomości języka znają się także na czymś przydatnym. Jeśli więc oprócz filologii studiujesz lub masz zamiar studiować prawo, rachunkowość, ekonomię lub inne trudne i mądre dziedziny - proszę bardzo, droga na studia językowe stoi przed tobą otworem.

       5. Czy jesteś gotowy na wyjazd? Idąc na jakiekolwiek studia językowe, musisz liczyć się z tym, że pewne szanse na znalezienie ciekawej pracy będą zawsze wiązały się z wyjazdem do danego kraju, pracą w Polsce połączoną z długotrwałymi lub częstymi delegacjami albo regularnym kontaktem z obcokrajowcami. Jak wszyscy dobrze wiemy, podróże są bardziej niż spoko, ale czy naprawdę jesteś gotowy na mieszkanie przez wiele miesięcy setki albo tysiące kilometrów od domu, z dala od rodziny, znajomych, w otoczeniu obcej kultury? Co zrobisz, gdy będziesz mieć żonę/męża/dziecko/psa, a firma zechce oddelegować cię na rok na drugą półkulę? Serio - nie każdy nadaje się do takiego trybu życia. Według mnie filologia jest chyba najgorszym możliwym wyborem dla domatorów, osób, które nie lubią podróży i zmian, którym trudno jest przystosowywać się do nowych warunków, które boją się wyzwań i unikają niekomfortowych, stresujących sytuacji. Zastanów się więc, czy przypadkiem nie jesteś taką właśnie osobą - pójście na studia językowe może być co prawda okazją do przełamania twoich oporów i lęków, ale o wiele bardziej prawdopodobne jest jednak to, że w ten sposób tylko sam narazisz się na wieczne dylematy i nerwy.

    6. Zejdź na ziemię i przeanalizuj stosunki dyplomatyczne. Serio, zwyczajnie i rzetelnie sprawdź, jakie twój kraj ma relację z państwem, którego język zamierzasz studiować i nie kieruj się w tej kwestii żadnymi stereotypami. Umówmy się, że na politykę nie masz i najprawdopodobniej nie będziesz miał żadnego wpływu. Naprawdę nie wiem więc, czy jest sens studiować język państwa, którego rząd na każdym kroku będzie ci rzucać kłody pod nogi, każda próba wyjazdu czy załatwienia czegokolwiek w urzędzie będzie drogą przez mękę, a powodzenie najdrobniejszej, najprostszej sprawy jedną wielką niewiadomą. No, chyba że w ten sposób wyznaczysz sobie misję zakładającą wielkie i niezasłużone cierpienie dla jakichś wzniosłych idei, ale wiedz, że to nigdy nie przekłada się ani na pieniądze, ani choćby na cień życiowego spełnienia.

     7. I na koniec: zapomnij o fajnych studiach. To znaczy, nic nie stoi na przeszkodzie, aby filologia była naprawdę fajna - tego typu kierunki naprawdę mają swój urok. Musisz mieć jednak świadomość, że jest to dość stanowcze pożegnanie z typowym studiowaniem, czyli bujaniem się od sesji do sesji i widzeniem wykładowców dwa razy do roku. Filologia wymaga czegoś znacznie więcej niż wyrobienia minimum obecności na ćwiczeniach. To godziny spędzone na codziennej nauce w domu, odrabianiu prac domowych, pisaniu wypracowań i zaliczaniu co chwila kartkówek i kolokwiów. Powiem wprost: to naprawdę ciężka i systematyczna praca. Jeśli więc naprawdę zależy ci na typowym życiu studenckim i nie chcesz zaliczyć wielkiego powrotu do liceum, być może lepiej będzie, jeśli jednak zastanowisz się nad innym kierunkiem.

A może znasz kogoś, kto właśnie wybiera się na filologię? Podeślij mu ten post, zanim podejmie ostateczną decyzję. Wiecie, nawet, gdyby to wszystko i tak nie sprawiło, że wybrałabym inaczej, to mimo to myślę, że całkiem fajnie byłoby coś takiego usłyszeć te cztery lata temu.