czwartek, 28 lipca 2016

Jadę sama do Malezji na dwa miesiące i nie bawię się w żadne listy marzeń


         W życiu spełniło mi się już tyle marzeń, że ja pierdolę.

      Najlepszy tydzień swojego życia spędziłam w Izraelu. Był marzec 2012, matura tuż za pasem, a ja przebierałam się za pszczołę na święto Purim i spędzałam leniwe dnie na plaży pod Tel Avivem. Kilka miesięcy wcześniej stanęłam na scenie z własnym zespołem i własną piosenką - to nic, że był to nasz ostatni występ, ale w zupełności wystarczył, by zwieńczyć dobre kilka lat wzdychania nad gitarą i zapisywania flamastrami kartek podartego zeszytu. Potem dostałam się na studia, na jakie zawsze chciałam pójść, choć absolutnie nic nie wskazywało już na to, że kiedykolwiek się to stanie. W lutym 2014 pognałam do Londynu, gdzie po dziesięciu latach oczekiwania po raz pierwszy zobaczyłam na scenie Alexz Johnson i rozmawiałam z nią po koncercie. Rok później zamieszkałam w Budapeszcie, gdzie w ciągu kilku kolejnych miesięcy spełniłam jedno ze swoich młodszych marzeń - zostałam freelancerem. No a teraz lecę do Malezji. Sama. Na prawie dwa miesiące. Dzień po Dniu Dziecka po prostu siadłam i kupiłam sobie round trip: Budapeszt-Kuala Lumpur, no i lecę. Hm, czego to się nie robi, żeby mieć fajne życie.

       Ale jak to: sama? Co będę tam robić? Właściwie, nic szczególnego - jak się jest freelancerem, to można przecież robić wszystko to samo, co wszędzie - mieszkać, zwiedzać, pracować, trenować. Chodzić do restauracji, na festiwale i internaszynal meetings. Spotykać ludzi, którzy są życzliwi i mniej życzliwi. Poruszać się komunikacją miejską tak, jak wszędzie indziej na świecie. Skoro mogę mieszkać w Lublinie, w Budapeszcie, w Warszawie, równie dobrze mogę i w Kuala Lumpur. Skoro byłam w stanie pewnego dnia tak po prostu wyjechać do tego Budapesztu i zacząć wszystko od totalnego zera, bez mieszkania, bez znajomych i żadnej bliskiej osoby obok i po dwóch tygodniach mieć wokół siebie więcej przyjaznych ludzi niż kiedykolwiek wcześniej, to gdzie indziej też sobie przecież jakoś poradzę.
  
       W sumie, to mogłam jeszcze odłożyć ten wyjazd na lepsze czasy. Mogłam jeszcze zaczekać, bo przecież nigdzie mi się nie spieszy. Tylko, na co właściwie? Na to, aż znajdę na siłę kogoś, kto będzie miał czas i pieniądze na wyjazd, po czym będzie się na nim nudził, podczas gdy ja będę pracować? Na to, aż skończę studia, które uważam za stratę czasu i których tak naprawdę wcale kończyć nie chcę? Na to, aż "pójdę wreszcie do normalnej pracy" i "zdecyduję się w końcu" na mieszkanie w jakimś konkretnym miejscu, bo jak to tak może być, że co chwila jestem gdzie indziej? Hm, coś mi się wydaje, że pracując na etacie i mając dwadzieścia dni urlopu rocznie, ciężko byłoby gdziekolwiek pojechać na dwa miesiące, i sorry, ale jak mam 22 lata, to ja nie muszę się jeszcze na nic decydować. Piszę ten tekst, siedząc na tarasie mojego domu w Lublinie. Mieście, które na ogół już na wejściu przyprawia mnie o symptomy depresji i sprawia, że mam ochotę rzucić wszystko, co robię, zawinąć się w kołdrę i obudzić dopiero w Budapeszcie.

         Czego najbardziej się boję? Tego, że zaatakuje mnie małpa. Że moje finanse nie udźwigną tripa i że praca freelancera w podróży okaże się jakimś kretyńskim mitem. Tego, że nie będę miała gdzie mieszkać, że czymś się zatruję, że spóźnię się na samolot, że zepsuje mi się laptop albo aparat, że mnie okradną, porwą, że zgubię siebie albo coś ważnego, że zachoruję i że nikt mi nie pomoże. Spokojnie, Wiola Starczewska też się pewnie bała, jak jechała na pół roku do Brazylii. To samo Nadia i Julia, gdy rozpoczynały swoje podróże. One pojechały same na wiele miesięcy i przemieszczały się po naprawdę ciekawych i nieciekawych krajach tego świata, bez biletu powrotnego, nie mając pojęcia, kiedy i czy w ogóle wrócą do domu. Co tam więc te moje limitowane kilka tygodni w cywilizowanej, przyjaznej, anglojęzycznej i względnie nieskomplikowanej Malezji.

      Listy marzeń na tym blogu nie było i nigdy nie będzie. A to dlatego, że uważam, że marzenia są rzeczą zbyt intymną, by tak po prostu nimi rzucać na prawo i lewo. Fajnie, jeśli naprawdę marzysz o zapaleniu cygara na Kubie albo przejażdżce na słoniu w Tajlandii - co innego, jeśli za tymi marzeniami kryją się jednak jakieś większe emocje i palenie cygar i oglądanie słoni tak naprawdę wcale cię nie jara. Ja na przykład wiem, że nie będę w życiu szczęśliwa, jeśli nie zobaczę Kuala Lumpur, ale wierzcie mi, że pewnie to właśnie o wspinaniu się na bieszczadzkie połoniny, spacerowaniu po słonecznej plaży nad Bałtykiem, wieczorach przy poezji śpiewanej i siedzeniu na tym głupim tarasie w Lublinie będę myśleć, gdy będę leżeć gdzieś na plażach Perhentian, spacerować po kładkach parku Taman Negara i patrzeć nocą na oświetlone, singapurskie ulice. I znów będę wtedy wiedziała, że w tym wszystkim nie chodzi tylko o to, że podróżowanie jest po prostu fajne, ale że czasem naprawdę warto jest wszystko zostawić i po raz kolejny przelecieć nawet i pół świata tylko po to, żeby znów przekonać się, że najlepszą rzeczą, jaką można robić w życiu, to coś tak naprawdę i prawdziwie wybierać. I że jeśli się chce, to można naprawdę dużo. No, przynajmniej tam, gdzie wszystko faktycznie zależy od ciebie.

      A listę malezyjskich marzeń tak naprawdę mam, taką małą i prywatną, czeka już na wyjazd na pulpicie w pliku z Notatnika. Hm, jeśli chcecie, to może nawet się nią kiedyś podzielę.