piątek, 26 sierpnia 2016

Bóg się pomylił. Kuala Lumpur


       Kiedy 18 sierpnia wsiadałam do samolotu, nie mogłam się nadziwić, że podróż z Budapesztu do Kuala Lumpur trwa niemal tyle samo, co z Budapesztu do Lublina.

       Było dokładnie tak, jak wcześniej: znowu sama tachałam walizy do tramwaju, znowu biegałam po terminalu w Doha i znowu mijałam tego brzydkiego miśka, ale tym razem nie miałam nawet czasu na niego popatrzeć. Chwilę później podziwiałam już jednak plantacje palm wokół lotniska w Kuala Lumpur i zastanawiałam się, czy starczy mi jeszcze sił, żeby dotoczyć się jakoś do wynajmowanego mieszkania na Taman Melati. No czeeeść, Malezjo - oto ja, po 30 godzinach bez snu, w ciuchach z podróży, z ulotką na temat wirusa zika w kieszeni. Ten kraj jednak od początku był dla mnie łaskawy. Parę minut potem siedziałam już w klimatyzowanym autobusie, popijałam zimną wodę i patrzyłam z daleka na Petronasy. No faaajnie, myślałam przez cały ten czas, nawet wtedy, gdy w końcu wysiadłam niedaleko stacji Masjid Jamek, zaatakowało mnie tropikalne piekło i nie wiedziałam za bardzo, gdzie mam dalej iść. Cieszę się, że aparat wyjęłam z torby dopiero w mieszkaniu - chyba wolę nie wiedzieć, jak wtedy wyglądałam.


        A jednak Kuala Lumpur nie było miłością od pierwszego wejrzenia. Zanim tu przyjechałam, myślałam, że Malezja to taka lepsza wersja Chin. Tymczasem okazało się, że jest to raczej wersja Turcji. Czy lepsza...? Trudno powiedzieć. Jeśli nie jesteście przygotowani na haze i na to, że ponad połowa kobiet chodzi po ulicach w islamskich chustach, to malezyjska stolica może was naprawdę przytłoczyć. Ale może też was porwać, kiedy haze już opadnie, zobaczycie kolory jednego z najbardziej nowoczesnych azjatyckich miast i gdy ktoś uśmiechnie się do was na ulicy albo podpowie, jak najszybciej trafić do metra. I teraz wiem już, że porównywanie miast i kultur nie jest fair, zwłaszcza w przypadku, gdy próbuje się porównywać Malezję do Chin - kraju, w którym nikt nie pomoże ci znieść walizki po schodach, a od brudu w powietrzu sztywnieją włosy. Swoją drogą, zawsze będę podziwiać ludzi, którzy mogą żyć w smogu. Ja nie potrafię i tak, to z tego właśnie powodu pewnie nigdy nie wybiorę mieszkania w Krakowie.


        Bóg się pomylił, mówię wam. Jak tworzył Azję, wymknęło mu się trochę ludzi i tak oto wszyscy trafili do tego wielkiego kotła, które dziś nazywa się Kuala Lumpur. O drugą tak przedziwną mieszankę kultur będzie raczej ciężko. Tak oto jestem w Malezji i jem kolację w dzielnicy Little India, a potem wracam do domu z paradą Hare Krysznowców. Na lunch idę na chińską stołówkę, a na śniadanie do knajpki pakistańskiej (jedzenia nie robi się tu samemu, bo daję słowo, że we wszystkich sklepach tylko makaron i zupki w proszku). To wszystko dostępne jest na wyciągnięcie ręki na moim osiedlu, a przecież w centrum jest tego o wiele, wiele więcej. Wyciąganie aparatu w restauracji albo na targu zawsze wydawało mi się frajerskie, ale tym razem postanowiłam się nie krępować i robić dużo zdjęć jedzenia. No, a co w końcu z tym islamem w Malezji? Żeby nikomu nic się nie pomyliło: Malezja jest konserwatywna. Jeśli więc chcecie poimprezować sobie w Azji, to raczej nie tutaj - alkoholu brak, pubów brak, a większość kobiet chodzi na basen w arabskich kostiumach. Gdybyście zastanawiali się na przykład, jak wypada, a jak nie wypada być ubranym na ulicy, to wiecie - tu jest tak dużo różnych ludzi, że raczej ciężko będzie zwrócić na siebie uwagę strojem, ale kiedy idziecie na stację metra i uświadamiacie sobie, że jesteście jedyną kobietą w krótkich spodenkach w zasięgu wzroku, no, to możecie się dziwnie poczuć.


       No i na koniec: gdzie mieszkam w Kuala Lumpur? Nie bez powodu zostawiłam to na deser, bo mój podróżniczy umysł przyzwyczajony do niskobudżetowych rozwiązań zdecydowanie jeszcze nie przywykł do obecnych standardów. No więc jest tak: przyjeżdżam na stację metra w tych ciuchach z podróży, z tą pomiętą ulotką w kieszeni i zdaję sobie sprawę, że właśnie minęły kolejne trzy czy cztery godziny bez snu, a mój host odbiera mnie mercem i chwilę później okazuje się, że mieszka na 19 piętrze wypasionego apartamentowca. Z siłownią, basenem, monitoringiem i ochroną, jak na wakacjach w najlepszym hotelu. Do tego jeszcze z gitarą i pianinem w salonie. Jak takie rzeczy, to tylko przez Couchsurfing. I nie byłoby to może wcale niezwykłe, gdyby nie to, że to wszystko kosztuje mnie niewiele więcej niż zwykle płaci się za wynajęcie stancji na lubelskiej Kalinie. Jak to się stało? Nie mam pojęcia. Wierzę tylko, że nad tymi najbardziej szalonymi i/lub samotnymi podróżnikami musi krążyć jakiś specjalny rodzaj błogosławieństwa.

       Poznanie na miejscu czwórki podróżujących solo Polaków chętnych na wspólne wyjazdy i wycieczki po mieście także się do niego zalicza.