sobota, 8 października 2016

Bez sensu ten Penang, czyli frustracja kradnie mi podróż


       Podróż do Penang to była podróż z morałem. Konkretnie takim, że albo jeździ się powoli i po swojemu, albo wcale, bo głupie nerwy to ostatnia rzecz, jakiej można sobie życzyć na jakimkolwiek wyjeździe. Wiecie, chodzi mi o jeden z tych momentów, kiedy niby jest fajnie, bo jedziemy na wycieczkę, ale jedyne, na co mamy wtedy ochotę, to rzucić takie siarczyste kurwa mać. Bo odjazd się opóźnia, bo jest awaria, bo musicie siedzieć w gorącym busie i jesteście głodni i źli. Nie można tak do końca liczyć na autokary w Malezji. Często czas przejazdu podany na bilecie to fikcja i z planowanych trzech godzin podróży nagle robią się cztery i pół (Pangkor), a z pięciu - osiem (Penang właśnie). Dlaczego? "Bo korki". Ale w Malezji przecież zawsze są korki. No więc siedzę w tym busie szóstą czy siódmą godzinę, końca trasy nie widać, i uświadamiam sobie, że mój i tak krótki pobyt na miejscu właśnie skraca się jeszcze bardziej. Myślę wtedy: jechać taki kawał drogi na drugi koniec kraju, tyle godzin, tylko na półtorej dnia. Bez sensu ten Penang...

       Ustalmy jedną rzecz: Penang to nie tylko Georgetown. Penang to wyspa, i to wcale nie taka mała. Jak każde tego typu miejsce ma plaże i parki narodowe, góry, a na dodatek różne świątynie rozlokowane na całej swojej powierzchni. Dojazd w te wszystkie miejsca zajmuje sporo czasu. Bez sensu jest więc jechać tam tylko na półtorej dnia. Bez sensu jest dojść na plażę i nie móc spędzić na niej choćby godziny, bez sensu jest wpadać na pięć minut do świątyni, robić fotki i wychodzić, bez sensu stresować się szukaniem uberów, łapaniem taksówek, gonieniem autobusu i tego typu historiami. Na Penang jedzie się na trzy dni. Koniec, kropka.

       Po co właściwie jeździ się na Penang? Podobno po dobre jedzenie. Tu kolejne rozczarowanie - wszystkie lokalne potrawy są z rybą albo owocami morza, więc nie popróbowałam. Ci, którzy jedli mówią jednak, że ta ostra zupa rybna czy makaron z krewetkami są w porządku, ale bez wielkiego szału. To może po słynne murale? Murale są ok, są fajne, ale nie są jeszcze powodem do tego, żeby jechać przez osiem godzin autobusem przy psującej się co chwila klimatyzacji. No więc, dlaczego właściwie warto jest przyjechać na ten Penang?

          Dlatego właśnie:



          Z tą wyspą jest trochę tak, jak ze szkołą: nigdy się nie dowiesz, że możesz polubić jakiś przedmiot, dopóki nie trafisz na dobrego nauczyciela. Tak samo ja nie wiedziałam, że lubię chińskie świątynie, dopóki nie przyjechałam na Penang. Penang to takie lepsze Chiny - z nocnymi marketami, chińskim popem, czerwonymi lampionami i dźwiękami erhu. Bez smogu, z piękną naturą, życzliwymi ludźmi i tropikalną plażą. Penang to pułapka: po zobaczeniu tego jednego z największych w Azji kompleksów świątyń nic nie będzie się wam już podobało. I tak, właśnie dlatego warto było spędzić osiem godzin w tym cholernym autobusie, bo świątynia Kek Lok Si, plaża małp i piękne uliczki Georgetown to nie byle co.

          Ta wyspa jest za fajna, żeby jechać tam na jeden dzień!