sobota, 26 listopada 2016

Co to życie robi z ludźmi, czyli 23 mądrości na 23 urodziny

       Jestem już chyba w takim wieku, w którym człowiek zaczyna się zastanawiać, czy to właściwie dużo, czy jeszcze mało. W końcu jedni znajomi rodzą dzieci, inni nie zakończyli jeszcze licealnego imprezowania, a gdzieś pomiędzy tym wszystkim jest twoje własne życie, które próbujesz jakoś ogarnąć.

       Właściwie to nie sądziłam, że przed ukończeniem 23 roku życia uda mi się odwiedzić 36 państw. Ciekawe, czy jest to coś, czym mogłabym się chwalić na rozmowach kwalifikacyjnych, ale chwila - jestem w końcu freelancerem i na żadne rozmowy kwalifikacyjne już chodzić nie muszę. Tyle się w ciągu tego  ostatniego roku pozmieniało. Szczerze, to w dniu swoich 22 urodzin wcale nie byłam pewna, czy faktycznie kiedykolwiek wsiądę sama do samolotu do Malezji i czy rzeczywiście możliwe jest pracowanie w tropikach z laptopem na kolanach. Dziś już to wiem, korzystam z tego, ile tylko mogę i ogólnie to myślę, że chyba radzę sobie z tym wszystkim całkiem nieźle.

      Wiecie, ten ostatni rok był naprawdę fajny. Serio, przyniósł mi nie tylko świetne kontakty i fantastyczne miejsca, ale i mnóstwo wiedzy o sobie samej. To właśnie dlatego nie ma mnie już dzisiaj w Budapeszcie, na dobre rozstałam się z Lublinem, nie mieszkam gdzieś na drugim końcu świata i nie uprawiam życia w podróży, choć wiem, że bym mogła. Siedzę za to w swoim nowym pokoju na warszawskim Ursynowie i piszę do Was ten post:



Co to życie robi z ludźmi, czyli 23 mądrości na 23 urodziny:

  1. Studiowanie sinologii na KUL było moim największym życiowym błędem. 
  2. Możesz wypruwać z siebie wszystkie flaki, a i tak nie uda ci się żyć tak, aby wszyscy naokoło byli z ciebie zadowoleni.
  3. Związki z obcokrajowcami są bez sensu. Chociaż nie, stop. Czy to jest jeszcze w ogóle aktualne?
  4. Pokój dwuosobowy za 15 euro naprawdę jest o wiele lepszy niż piętrowe łóżko w dormitorium za 5.
  5. Nie chcę pracować na etacie i mieć 20 dni urlopu rocznie. Ale o tym już chyba kiedyś pisałam?
  6. Mieszkanie za granicą na dłuższą metę nie jest fajne, bo za daleko do teatru i nie można chodzić na wieczorki poetyckie.
  7. Ścięcie włosów było najlepszą decyzją, jaką podjęłam w ciągu ostatnich czterech lat.
  8. Naprawdę nie warto mieć w szufladzie 20 lakierów do paznokci - wystarczy 5.
  9. Walka z uprawą palm na drugim końcu świata naprawdę ma realny wpływ na poprawę życia na naszej planecie.
  10. Bieszczady to nie jedyne góry, jakie mamy w Polsce, choć pewnie już zawsze będą moimi ulubionymi.
  11. Bycie księgową wcale nie jest najnudniejszym zajęciem na świecie.
  12. Opanowałam wszystkie figury pole dance z poziomu średnio-zaawansowanego, ale pogodziłam się z tym, że już raczej nigdy nie nauczę się tańczyć.
  13. Kiedy jakiś ciuch jest doskonały, zawsze warto go kupić. Nawet wtedy, gdy masz już w szafie całkiem podobny.
  14. Chyba skończył się już czas wolontariatów, praktyk, wyjazdowych stażów i tym podobnych bajerów. Nie rzucę przecież pracy i nie pojadę za pieniądze od rodziców.
  15. Trzeba było iść na studia za granicę.
  16. Krem pod oczy to kosmetyk absolutnie niezbędny!
  17. Wszystkie genialne myśli trzeba zapisywać natychmiast (punkt, który mnie zainspirował do stworzenia tej listy, uciekł mi z głowy tuż przed otworzeniem edytora).
  18. Najprawdopodobniej nigdy nie będę bezrobotna. Łuhuu!
  19. Łatwiej jest wyjechać samotnie na dwa miesiące do Malezji niż przeżyć samotnie dwa miesiące w Polsce.
  20. Znajomi, którzy właśnie studiują i pracują w Londynie, Bergen czy Edynburgu muszą mieć całkiem fajne życie.
  21. Nie wiem, jak ja to zrobiłam, że bez wychodzenia z domu zarobiłam na bilet lotniczy do Azji, zwiedzenie dwóch państw i dwa miesiące życia w Kuala Lumpur, ale jakoś się udało.
  22. Mimo to myślę, że może jednak fajnie byłoby mieć w CV staż w Henkelu, Adidasie, Danonie lub Coca-Coli.
  23. Warto ryzykować. Zawsze. Prawie zawsze. A przynajmniej w znacznej mierze zawsze.
Więcej

sobota, 12 listopada 2016

Nieprawda, że brzydki! Spojrzenie na Kiszyniów


     Zakup biletu lotniczego na trasie Warszawa-Kiszyniów był chyba ostatnią rzeczą w życiu, jakiej mogłabym się spodziewać.

      Myślałam sobie wcześniej o tej Mołdawii i stwierdziłam, że pewnie pojawię się tam kiedyś przy okazji, pojadę gdzieś na Ukrainę i o, skoczę sobie stamtąd pociągiem do Kiszyniowa. W sumie - teraz też wyszło, że przy okazji. Tyle, że jechałam nie na Ukrainę, ale na projekt do Rumunii. No bo po co lecieć do Bukaresztu, skoro po drodze można jeszcze udekorować sobie paszport? Jasna sprawa. Tak oto wylądowałam w Mołdawii - świecie, który łączy wszystko to, co w Europie najbardziej niecodzienne, intrygujące i zatrważające (czyli, innymi słowy: Rosję z Rumunią). I nie, jakimś cudem ta mieszanka, choć raczej niezwykła i dość niepokojąca, wcale a wcale nie jest aż tak zabójcza, jak mogłoby się wydawać.

        Mówi się, że główną atrakcją turystyczną Mołdawii jest... brak atrakcji. Ale to tak nie do końca. Jak już traficie po raz kolejny na ten Couchsurfing i spędzicie dwie godziny, pijąc mocną i aromatyczną kawę ze swoją hostką, to dowiecie się o tym kraju bardzo wiele. Na przykład, że sorry, ale nawet średnia pensja nie wystarcza tutaj na utrzymanie. Usłyszycie o cygańskim miasteczku Soroki, które jest co prawda piękne, ale raczej nie wychodzi się tam samemu na ulicę. Poznacie przepisy wjazdowe do Republiki Naddniestrzańskiej (przepustka maksymalnie na 12 godzin, ale ponoć wystarczą dwie). A kiedy wieczorem pójdziecie na kolację z kimś przypadkowo poznanym, spróbujecie mamałygi ze śmietaną i najlepszego europejskiego wina (i zapłacicie za wszystko 10 zł)... zakochacie się. Mówię wam, zakochacie się. Nawet Lenin zacznie się do was uśmiechać, choć nadal będziecie czuć się dziwnie z tym, że możecie kupić jego figurkę tuż przy głównej ulicy.

       Nieźle nabiegałam się po tym Kiszyniowie. Wiecie, mój rosyjski jest ciągle słaby i jakoś tak głupio było pytać o autobusy i drogę, więc nie pierwszy już raz przeszłam z buta całe miasto. Ha, ha, ha, a więc to tak właśnie radzę sobie w podróży. Dobrze, że trafiłam chociaż do marszrutki jadącej na dworzec, choć zaprowadził mnie do niej poznany dziesięć minut wcześniej Rosjanin, który akurat miał pod ręką poznanego dwie minuty wcześniej mołdawskiego kolegę. Ach, Couchsurfingu. Co ja bym bez ciebie zrobiła.

       Swoją drogą, kolejna pieczątka w paszporcie wygląda naprawdę fajnie, ale zdecydowanie nie był  to jedyny powód, dla którego warto było wybrać się do Kiszyniowa.

Więcej