sobota, 12 listopada 2016

Nieprawda, że brzydki! Spojrzenie na Kiszyniów


     Zakup biletu lotniczego na trasie Warszawa-Kiszyniów był chyba ostatnią rzeczą w życiu, jakiej mogłabym się spodziewać.

      Myślałam sobie wcześniej o tej Mołdawii i stwierdziłam, że pewnie pojawię się tam kiedyś przy okazji, pojadę gdzieś na Ukrainę i o, skoczę sobie stamtąd pociągiem do Kiszyniowa. W sumie - teraz też wyszło, że przy okazji. Tyle, że jechałam nie na Ukrainę, ale na projekt do Rumunii. No bo po co lecieć do Bukaresztu, skoro po drodze można jeszcze udekorować sobie paszport? Jasna sprawa. Tak oto wylądowałam w Mołdawii - świecie, który łączy wszystko to, co w Europie najbardziej niecodzienne, intrygujące i zatrważające (czyli, innymi słowy: Rosję z Rumunią). I nie, jakimś cudem ta mieszanka, choć raczej niezwykła i dość niepokojąca, wcale a wcale nie jest aż tak zabójcza, jak mogłoby się wydawać.

        Mówi się, że główną atrakcją turystyczną Mołdawii jest... brak atrakcji. Ale to tak nie do końca. Jak już traficie po raz kolejny na ten Couchsurfing i spędzicie dwie godziny, pijąc mocną i aromatyczną kawę ze swoją hostką, to dowiecie się o tym kraju bardzo wiele. Na przykład, że sorry, ale nawet średnia pensja nie wystarcza tutaj na utrzymanie. Usłyszycie o cygańskim miasteczku Soroki, które jest co prawda piękne, ale raczej nie wychodzi się tam samemu na ulicę. Poznacie przepisy wjazdowe do Republiki Naddniestrzańskiej (przepustka maksymalnie na 12 godzin, ale ponoć wystarczą dwie). A kiedy wieczorem pójdziecie na kolację z kimś przypadkowo poznanym, spróbujecie mamałygi ze śmietaną i najlepszego europejskiego wina (i zapłacicie za wszystko 10 zł)... zakochacie się. Mówię wam, zakochacie się. Nawet Lenin zacznie się do was uśmiechać, choć nadal będziecie czuć się dziwnie z tym, że możecie kupić jego figurkę tuż przy głównej ulicy.

       Nieźle nabiegałam się po tym Kiszyniowie. Wiecie, mój rosyjski jest ciągle słaby i jakoś tak głupio było pytać o autobusy i drogę, więc nie pierwszy już raz przeszłam z buta całe miasto. Ha, ha, ha, a więc to tak właśnie radzę sobie w podróży. Dobrze, że trafiłam chociaż do marszrutki jadącej na dworzec, choć zaprowadził mnie do niej poznany dziesięć minut wcześniej Rosjanin, który akurat miał pod ręką poznanego dwie minuty wcześniej mołdawskiego kolegę. Ach, Couchsurfingu. Co ja bym bez ciebie zrobiła.

       Swoją drogą, kolejna pieczątka w paszporcie wygląda naprawdę fajnie, ale zdecydowanie nie był  to jedyny powód, dla którego warto było wybrać się do Kiszyniowa.