czwartek, 29 grudnia 2016

Nie wierzę już w pożegnania. Życie po 2016

       Jednym z najczęściej zadawanych mi ostatnio pytań i jednocześnie ostatnim, jakie mam ochotę słyszeć, jest: To gdzie teraz jedziesz?. A ja muszę wszystkich zaskoczyć: na najbliższe miesiące nie robię żadnych podróżniczych planów.

        Ok, fajnie byłoby w nowym roku pojechać do tej Danii czy Portugalii, wypić jeszcze jednego Tokaja w Budapeszcie albo nawet znów odwiedzić Rzym, ale tym razem koniecznie wtedy, gdy akurat tam nie pada. Ale na razie żadnych planów nie robię. W kwestiach podróży zajmę się pewnie po prostu tym, czego nie udało mi się zrobić w roku poprzednim, a innych pomysłów mam całe mnóstwo, ale one chyba nie bardzo nadają się na podróżniczego bloga. O, i tak mniej więcej wygląda mój przepis na 2017. Może i to całe Podróżowanie przez duże "P" obrazi się na mnie za to, co tutaj teraz piszę, ale wierzcie mi, że po roku mieszkania za granicą i pięciu miesięcach bycia bezdomnym trudno jest w końcu nie stwierdzić, że czasem jednak fajnie jest też posiedzieć trochę na tyłku.

       W tym roku wyjątkowo nie będzie więc żadnych wielkich podsumowań, żadnego wyliczania podróży (no dobra, wreszcie udało mi się pojechać do Malezji!), sukcesów (ok, zostałam freelancerem i mogę w końcu pracować, skąd chcę!), wniosków ani postanowień. Tylko jedną rzeczą z minionego roku chciałabym się tutaj podzielić. 2015 był rokiem zmian, 2017 będzie pewnie rokiem odpoczynku, a 2016 był rokiem reunionów. I to takich najdziwniejszych, najmniej spodziewanych i po prostu nie z tej ziemi. W końcu tyle się przecież jeździ po tym świecie, tyle osób spotyka, i co z tego? Czy aby na pewno te wszystkie znajomości są takie całkiem przypadkowe? W końcu to ludzie robią każdą podróż. To oni wypełniają czas w autobusie, pomagają znaleźć bagaż na lotnisku, oferują swoją kanapę, gotują dla ciebie spaghetti, w końcu odprowadzają cię na dworzec. Jeśli więc ten rok czegoś mnie nauczył, to właśnie tego, że żadna znajomość nie kończy się wraz z odjazdem autobusu.

         Roku 2016, dziękuję ci za te spotkania:


  • Ferdi. To właśnie on w Sylwestra 2013 oprowadzał nas po Wilnie, gdzie był wtedy na Eramusie. W kwietniu tego roku, po prawie trzech latach, spotkaliśmy się w Istambule. Jechał godzinę metrem, żebyśmy mogli się zobaczyć chociaż przez chwilę, potem godzinę wracał. Nie mam pojęcia, kiedy się znów zobaczymy, no ale wyszedł nam ten Istambuł, to może coś innego też kiedyś wyjdzie.
  • Bartek. Poznaliśmy się w kwietniu na projekcie w Turcji. Zaledwie miesiąc później piliśmy już piwo w jedynym barze w węgierskich Hejcach, łaziliśmy po górach, robiliśmy calimocho i odgrzewaliśmy obiad na ognisku. Niestety nadal nie wiemy, co się stało z kurczakiem Jolki.
  • Anais z Wenezueli. Poznałyśmy się w Chinach w 2014, gdzie byłyśmy razem na projekcie w Ningbo. Nasz reunion odbył się po dwóch latach w Budapeszcie, gdzie Anais przyjechała na roczny staż. Dwa miejsca, dwie narodowości, łącznie cztery kraje i trzy kontynenty. Taka historia.
  • Jude z Fracji. To właśnie ona zaprowadziła mnie w Nankinie do punktu ksero, gdzie po piętnastu minutach rozmowy z nią stwierdziłam, że czas wszystko rzucić i gdzieś wyjechać. Trafiłam do Budapesztu. Dwa lata później właśnie w Budapeszcie zjadłyśmy kolację w Lecso i piłyśmy kawę na Raday utca. Dziś Jude mieszka w Jerozolimie. Hm, no to gdzie będzie kolejny reunion?
  • Wojtek. Poznaliśmy się w zeszłym roku w Bieszczadach podczas jednego z moich standardowych wyjazdów. Mieszkaliśmy w tym samym zimnym, drewnianym domku w Ustrzykach, gadaliśmy o Krainie Grzybów i rysowaliśmy wpis do księgi pamiątkowej. W czerwcu nocował u mnie na kanapie. W Budapeszcie, rzecz jasna.
  • Ala i Adrian. Dowód na to, że najlepszych ludzi poznaje się na projektach. Razem polecieliśmy do Turcji, razem biegaliśmy po lotnisku w Ankarze, razem jechaliśmy nocnym autobusem do odległego Yozgat. Tęsknię za tą naszą piękną, turecką wiosną, ale lato w Warszawie też było fajne. I nie wiem, czy teraz czekam na coś bardziej niż na nasze kolejne spotkanie w stolicy!
  • Zdybek. Przykład na to, że czasem randomowy kompan to całkiem dobry kompan. Rok temu razem zjeździliśmy na stopa Bałkany, a w tym roku odwiedziłam go w Gliwicach, potem byliśmy razem na Marszu Niepodległości w Warszawie, a jeszcze miesiąc później jedliśmy mandarynki u mnie w mieszkaniu.
  • Ara z Filipin. W marcu 2015 byłam jej buddym podczas wolontariatu w Lublinie. Nigdy bym nie pomyślała, że wszystko tak się ułoży, że pod koniec września 2016 zjemy razem kolację w singapurskim Chinatown.
  • Nathan z Indonezji. Poznaliśmy się w 2014 w Chinach. Gdy się z nim wtedy żegnałam, powiedziałam mu, że nie żegnam się tak całkiem, bo przecież w końcu przyjadę go kiedyś odwiedzić. No i dotrzymałam obietnicy - w tym roku spędziliśmy razem fajny dzień w Singapurze.
  • Lida z Ukrainy. To właśnie Lida przyciągnęła mnie w tym roku do Kijowa, o którym jeszcze nic tu nie napisałam. Poznałyśmy się także w Chinach, nie widziałyśmy się ponad dwa lata, a czułyśmy się tak, jakby ten czas nigdy nie minął. To dopiero znajomość!
  • Alpesh z Anglii. Przez chwilę pracowaliśmy razem w Nordtek w Budapeszcie. W listopadzie wypiliśmy piwo w centrum Warszawy.
A ostatni tegoroczny reunion, który dopiero się wydarzy, zostawię dla siebie.
Więcej

środa, 7 grudnia 2016

Nie chcę jechać w podróż dookoła świata


      Jeśli jesteś lub planujesz kiedyś zostać mniejszym lub większym podróżnikiem, istnieje spore prawdopodobieństwo, że pewnego dnia przyjdzie ci do głowy myśl: a może by tak wyjechać w podróż dookoła świata? I nieważne, czy to nieodparte pragnienie przygody, prawdziwe i bezwarunkowe uczucie, czy tylko przelotny romans z artykułem motywacyjnym. Ta mityczna wyprawa niejednemu już zawróciła w głowie. To właśnie z jej powodu ludzie rzucają studia, zostają freelancerami, zbierają borówki w Skandynawii, odmawiają sobie drinków na mieście i nowej patelni Tefal C21006 Revelation.

         Piszę ten post, siedząc w mieszkaniu na warszawskim Ursynowie. Za oknem polska jesień (czy może już zima?) w swoim nie najlepszym wydaniu, ceny w kawiarniach w centrum nie zawsze pozwalają się rozgrzać dobrą herbatą. Mogłam przecież zostać jeszcze trochę w Azji i przeczekać tą złą porę. Mogłam dalej mieszkać w Budapeszcie, ogrzewać swoją kamienicę starym piecykiem, pić Szilva Unicum i najlepsze grzane wino. W końcu długo walczyłam o to, by móc w każdym momencie tak po prostu rzucić wszystko i gdzieś wyjechać. A jednak jakimś cudem jestem teraz tutaj i pierwszy raz od dawna wcale nie marzę o tym, żeby być tam. Pomyślicie sobie teraz: no i co z ciebie za bloger podróżniczy, który już nie chce podróżować. A ja wam powiem, że chyba zbyt często słuchamy, gdy inni mówią nam, czego powinniśmy chcieć.

       No bo czym właściwie jest podróż dookoła świata? Co jest takiego fajnego w tym całym okrążaniu globu? Czy wystarczy odwiedzić dwa państwa w Azji, Australię i Stany Zjednoczone, aby się liczyło? Czy jeśli zwiedzimy Meksyk i Brazylię, ale bez Argentyny i Kolumbii, to Ameryka Południowa jest zaliczona? Nie mogę uwierzyć w to, że są podróżnicy, którzy sięgają po takie absurdy. I że naprawdę ktokolwiek chciałby upchnąć tak wielki i piękny świat w tylko jednej, nadmuchanej podróży.


   Czym taka podróż dookoła świata byłaby teraz dla mnie? Chyba tylko wywieszaniem w autobusach mokrego ręcznika. Taszczeniem wielkiego plecaka ze wszystkimi rzeczami, jakie tylko mogą mi się przydać w ciągu najbliższego roku, w każdej możliwej strefie klimatycznej. Zastanawianiem się, czy będę miała jutro miejsce do spania i okazję, żeby w końcu zrobić pranie. Kalkulowaniem, ile dni powinnam jeszcze zostać w danym mieście, czy muszę już jechać dalej i na ile jeszcze starczy mi pieniędzy. Poznawaniem co chwila ludzi, którzy przecież i tak jutro znikną. Życiem bez bliskich. Życiem na Skypie i słuchawce, z telefonem w ręku i ciągłym szukaniem darmowego wi-fi w przypadkowych restauracjach.

       Nie wiem - może ja po prostu za dużo najeździłam się już tym autostopem, żeby pisać się na kolejną dziką eskapadę z plecakiem. Może byłam już na zbyt wielu spotkaniach couchsurfingowych, żeby nie zorientować się, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi i stwierdzić, że takie życie bez mianownika jednak nie jest dla mnie. A może czasem po prostu warto odpuścić i zamiast znów poświęcać godziny na szukanie biletów i rozpaczliwe pisanie do hostów, lepiej jest po prostu posiedzieć w tym mieszkaniu na Ursynowie z listami Osieckiej i kubkiem gorącej herbaty. Pewnie jeszcze nie raz będę pakować się w podręczny do wizzaira, wynajmować najtańsze mieszkania i przechodzić całe miasto na piechotę. Czasem jednak przychodzi czas, kiedy chce się w końcu zamieszkać w pokoju z własną łazienką, dostać czysty ręcznik i wiedzieć, że ktoś mnie wreszcie odbierze z lotniska.


Jeśli i Ty masz teraz podobne pragnienia, zajrzyj do biura podróży Itaka i sprawdź ich ofertę. 
Bo przecież nikt nie powiedział, że nie można od czasu do czasu skusić się na to, by podróżować po prostu wygodniej.

Więcej