środa, 7 grudnia 2016

Nie chcę jechać w podróż dookoła świata


      Jeśli jesteś lub planujesz kiedyś zostać mniejszym lub większym podróżnikiem, istnieje spore prawdopodobieństwo, że pewnego dnia przyjdzie ci do głowy myśl: a może by tak wyjechać w podróż dookoła świata? I nieważne, czy to nieodparte pragnienie przygody, prawdziwe i bezwarunkowe uczucie, czy tylko przelotny romans z artykułem motywacyjnym. Ta mityczna wyprawa niejednemu już zawróciła w głowie. To właśnie z jej powodu ludzie rzucają studia, zostają freelancerami, zbierają borówki w Skandynawii, odmawiają sobie drinków na mieście i nowej patelni Tefal C21006 Revelation.

         Piszę ten post, siedząc w mieszkaniu na warszawskim Ursynowie. Za oknem polska jesień (czy może już zima?) w swoim nie najlepszym wydaniu, ceny w kawiarniach w centrum nie zawsze pozwalają się rozgrzać dobrą herbatą. Mogłam przecież zostać jeszcze trochę w Azji i przeczekać tą złą porę. Mogłam dalej mieszkać w Budapeszcie, ogrzewać swoją kamienicę starym piecykiem, pić Szilva Unicum i najlepsze grzane wino. W końcu długo walczyłam o to, by móc w każdym momencie tak po prostu rzucić wszystko i gdzieś wyjechać. A jednak jakimś cudem jestem teraz tutaj i pierwszy raz od dawna wcale nie marzę o tym, żeby być tam. Pomyślicie sobie teraz: no i co z ciebie za bloger podróżniczy, który już nie chce podróżować. A ja wam powiem, że chyba zbyt często słuchamy, gdy inni mówią nam, czego powinniśmy chcieć.

       No bo czym właściwie jest podróż dookoła świata? Co jest takiego fajnego w tym całym okrążaniu globu? Czy wystarczy odwiedzić dwa państwa w Azji, Australię i Stany Zjednoczone, aby się liczyło? Czy jeśli zwiedzimy Meksyk i Brazylię, ale bez Argentyny i Kolumbii, to Ameryka Południowa jest zaliczona? Nie mogę uwierzyć w to, że są podróżnicy, którzy sięgają po takie absurdy. I że naprawdę ktokolwiek chciałby upchnąć tak wielki i piękny świat w tylko jednej, nadmuchanej podróży.


   Czym taka podróż dookoła świata byłaby teraz dla mnie? Chyba tylko wywieszaniem w autobusach mokrego ręcznika. Taszczeniem wielkiego plecaka ze wszystkimi rzeczami, jakie tylko mogą mi się przydać w ciągu najbliższego roku, w każdej możliwej strefie klimatycznej. Zastanawianiem się, czy będę miała jutro miejsce do spania i okazję, żeby w końcu zrobić pranie. Kalkulowaniem, ile dni powinnam jeszcze zostać w danym mieście, czy muszę już jechać dalej i na ile jeszcze starczy mi pieniędzy. Poznawaniem co chwila ludzi, którzy przecież i tak jutro znikną. Życiem bez bliskich. Życiem na Skypie i słuchawce, z telefonem w ręku i ciągłym szukaniem darmowego wi-fi w przypadkowych restauracjach.

       Nie wiem - może ja po prostu za dużo najeździłam się już tym autostopem, żeby pisać się na kolejną dziką eskapadę z plecakiem. Może byłam już na zbyt wielu spotkaniach couchsurfingowych, żeby nie zorientować się, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi i stwierdzić, że takie życie bez mianownika jednak nie jest dla mnie. A może czasem po prostu warto odpuścić i zamiast znów poświęcać godziny na szukanie biletów i rozpaczliwe pisanie do hostów, lepiej jest po prostu posiedzieć w tym mieszkaniu na Ursynowie z listami Osieckiej i kubkiem gorącej herbaty. Pewnie jeszcze nie raz będę pakować się w podręczny do wizzaira, wynajmować najtańsze mieszkania i przechodzić całe miasto na piechotę. Czasem jednak przychodzi czas, kiedy chce się w końcu zamieszkać w pokoju z własną łazienką, dostać czysty ręcznik i wiedzieć, że ktoś mnie wreszcie odbierze z lotniska.


Jeśli i Ty masz teraz podobne pragnienia, zajrzyj do biura podróży Itaka i sprawdź ich ofertę. 
Bo przecież nikt nie powiedział, że nie można od czasu do czasu skusić się na to, by podróżować po prostu wygodniej.