czwartek, 19 stycznia 2017

Chodź, nauczę cię zwiedzać Singapur


       Wcale nie minęło aż tak dużo czasu od momentu, kiedy postawiłam stopę na przejściu granicznym Johor Bahru - Singapur. Mimo to oglądanie zdjęć sprzed kilku miesięcy zawsze budzi we mnie uczucia co najmniej nostalgiczne. A, zresztą, czy w mroźny, zimowy wieczór można sobie w ogóle wyobrazić coś lepszego niż powracanie do wakacyjnych, egzotycznych klimatów? No, to ja sobie dziś wrócę i poopowiadam trochę o Singapurze. Właściwie to czuję się dość dziwnie, siedząc tak w mieszkaniu z kubkiem herbaty imbirowej, słuchając Ciszy i oglądając palmy na zdjęciach. Singapur to miejsce niezwykłe. To właśnie tam, idąc pasażem przy Marina Bay i podziwiając jedno z najsłynniejszych miast świata, pomyślałam sobie: warto. Kurczę, mimo wszystko warto walczyć ponad siły, warto się starać, warto dźwigać ze sobą te bagaże i lecieć na drugi koniec globu, bo świat jest po prostu niesamowity. Naprawdę, trudno mi teraz przypomnieć sobie lepsze 3 dni spędzone w podróży.

        Z tym Singapurem to jest tak: przyjeżdżasz, i na początku to właściwie jest całkiem nudno. Jakoś tak chińsko, na ulicach cisza i nic się nie dzieje, a życie płynie w zwolnionym tempie. Czasem mówią, że nudny, ale to nieprawda... bo Singapuru trzeba się po prostu nauczyć. Nie wystarczy pójść na Marina Bay i nakarmić małpkę w ZOO, żeby poczuć jego klimat. Trzeba za to przejechać się na motorze po osiedlu Serangoon, zjeść obiad w foodcourcie przy stacji Dakota, zajrzeć na zabytkowy cmentarz Hakka. Wtedy dopiero wiadomo, że Singapur to nie tylko parki rozrywki na wyspie Sentosa albo kręcenie filmików w Gardens of the Bay. Chociaż filmiki osobiście kręciłam, i też polecam!

          Dlatego właśnie postanowiłam napisać chyba najbardziej praktyczny post, jaki do tej pory pojawił się w części podróżniczej tego bloga. Nie, jednak nie nakarmię wyszukiwarki hasłem "12 atrakcji, które musisz zobaczyć w Singapurze". Ale w końcu o wszystkim wam opowiem, jak przystało na prawdziwego podróżniczego blogera!

  • Botanic Garden. Od tego właśnie miejsca rozpoczęłam zwiedzanie Singapuru i przysięgam, że nigdy w życiu nie widziałam piękniejszego ogrodu. W ogóle, cały Singapur jest jednym wielkim ogrodem. Nie lubicie kwiatków i nie chcecie płacić za ogród orchidei? Też tak myślałam. O, ja głupia, mało brakowało, a pożałowałabym tych kilku dolarów i do Orchid Garden nigdy nie weszła. Wierzcie mi - to byłby błąd mojego życia.
  • Orchard Road. Po całym dniu jeżdżenia w tę i z powrotem metrem chciałam po prostu przejść się po mieście, i wylądowałam tam. To singapurska dzielnica zakupowa, gdzie znajdziecie wszystkie Prady, Michaele Korsy i inne bajery. Jak się domyślacie, to raczej nie miejsce dla podróżnika, więc bardziej niż zakupy interesował mnie spacer. No to był, godzinny, częściowo w deszczu, aż do samego centrum.
  • Marina Bay. Jeśli do Paryża jedzie się dla wieży Eiffla, do Kuala Lumpur - dla wież Petronas, to do Singapuru na pewno dla Marina Bay. Miejsce samo w sobie magiczne, plus podwójna pełna tęcza prosto nad hotelem Marina Bay Sands? Proszę bardzo! Taka ciekawostka: gdy wpiszecie "double rainbow Singapore" na Youtube, pojawi Wam się coś takiego. Tak, byłam tam dokładnie w tamtym momencie. Jeśli to nie jest szczęście podróżnika, to ja nie wiem, co nim jest.
  • Gardens of the Bay. Kolejne singapurskie must see. Nieważne, czy interesuje cię fauna, technologia czy kolorowy pokaz - prędzej czy później i tak tam trafisz. I bardzo dobrze! Ogród jest naprawdę wyjątkowy, a do tego gwarantuje show na poziomie co najmniej fontanny w Budapeszcie. Dla niewtajemniczonych: na naprawdę wysokim poziomie.
  • Chinatown. Jest jakieś chyba w każdym azjatyckim mieście. I nie będę ukrywać - w tak drogim Chinatown nigdy wcześniej nie byłam. Ale i tak warto się wybrać - w końcu chińskiego jedzenia i sklepów z pamiątkami nigdy dosyć.
  • Clarke Quay. Jeśli szukacie fajnych, artystycznych klimatów, to zajrzyjcie tam. Uwaga: chyba za drogo na siedzenie w knajpie, ale spacerowanie i słuchanie koncertów ulicznych jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
  • Sentosa. Chcecie plaży? To jedźcie na Sentosę. To taka wyspa, na której jest wszystko - parki rozrywki, fontanny, ogrody, baseny. Można tam spędzić pół dnia, ja miałam tylko trzy godziny. Polecam, ale wiedzcie, że to jest właśnie jedno z tych miejsc, w których naprawdę nie warto się spieszyć.
  • Foodcourt przy stacji Dakota. Chcesz być jak lokalsi, to jedz jak lokalsi. Ja wybrałam się tam na dobry obiad z kolegą z Indonezji. Ufff, wreszcie lepsze ceny. Polecam chińskie pierożki i sok z arbuza.
  • Newton Food Centre. To moje przypadkowe odkrycie - zatrzymałam się tam w poszukiwaniu jedzenia i dopiero później ktoś mi powiedział, że to miejsce jest znane w całym Singapurze. Wygląda w sumie niepozornie i zjecie tam to samo, co wszędzie. Ceny są OK.
  • ZOO. Ach, to ZOO. Mówią, że najlepsze na świecie, mówią... Szarpnęłam się, wydałam te 33 dolary. I na wypadek, gdybyście się zastanawiali - nie, wcale nie jest takie najlepsze. Szczerze, to lepiej bawiłam się w Warszawie - nie dość, że za sześć razy niższą cenę, to jeszcze nie musiałam znowu patrzeć na tresowane słonie i wrzeszczące dzieciaki. Naprawdę, lubię ten Singapur, ale czuję, że to był ostatni raz, kiedy poszłam do ZOO w Azji. 
  • How Par Villa. Dobra, napiszę jak w tanim przewodniku: Wizyta w tym miejscu to prawdziwa podróż do magicznego świata chińskiej mitologii. Ten niezwykły park da wam niepowtarzalną okazję do tego, by obejrzeć tradycyjne pagody, podziwiać kolorowe rzeźby o surrealistycznych kształtach, a na koniec poznać tajemnicze kręgi chińskiego piekła. To doskonałe miejsce do relaksującego, edukacyjnego spaceru lub chwili odpoczynku, a dla dzieci prawdziwa lekcja niezwykle bogatej i zaskakującej azjatyckiej kultury. No co. Serio, robi wrażenie.
  • Zabytkowy Cmentarz Hakka. Absolutnie wyjątkowe miejsce, ukryte gdzieś w głębi osiedla. Prawdziwy rarytas z serii "Singapur dla hipsterów", bo naprawdę mało kto o nim słyszał. Szukajcie w okolicach stacji Holland Village. Ciii.
          Także tego - niech tam mówią, co chcą, ale Singapur to zdecydowanie coś więcej niż świat drogich hoteli, stolica Universal Studio i smutny kraj bez gumy do żucia.


Więcej