czwartek, 9 marca 2017

Kraina śniegu i lodu. Listopadowy Kijów

     
          Tak, tak, wiem. Mamy już marzec, w całej Polsce jest już właściwie wiosna i nikomu nie chce się czytać o śniegu i mrozie. Ale trudno - i tak podzielę się z wami Kijowem. Niby byłam tam w listopadzie, a prawdziwa kraina lodu to była w styczniu i lutym, ale wierzcie mi, że gdy wylądowałam na lotnisku Żuliany, to śnieg po kolana i temperatura poniżej zera dały mi popalić. No i po co było przyjeżdżać tutaj zimą, myślałam, przecież wiedziałam, że tak będzie, no po co. Nie dość, że zimno, to jeszcze zwiedzanie po ciemku też raczej nie jest na propsie. No trudno. Na szczęście zimowy Kijów bywał nie tylko ponury i szary, ale i całkiem kolorowy - ostatecznie siedziałam tam przez tydzień, więc coś o tym wiem.

        Po co właściwie pojechałam do Kijowa? Oficjalnie po to, żeby odwiedzić dawną znajomą. Mniej oficjalnie: zajrzeć do Sokolova Dance Studio (w ramach turystyki pole dancowej), więc pierwsze, co zrobiłam zaraz po tym, jak dotarłam do mieszkania wynajętego przez ukraińskiego OLX-a, to pojechałam na trening. Dopiero w drodze powrotnej kupiłam kanfietki i wysiadłam na Majdanie, żeby w ogóle cokolwiek zobaczyć w mieście. Kijowskie metro co chwila zjadało mi żetony i w ogóle było tak strasznie stare, że przebiło chyba wszystkie znane mi dotąd metra. Właściwie to przez pierwsze dwa dni nudziłam się strasznie, było zimno i nie chciało mi się nic. Potem jednak Kijów okazał się całkiem fajny. To właśnie tam po raz pierwszy wybrałam się na free walking tour i zaliczyłam najlepsze w życiu spotkanie couchsurfingowe, a mówiłam już przecież, że więcej nie pójdę, a tu proszę - było całkiem fajnie. Najadłam się też pyszności za wszystkie czasy - jeśli chcecie zjeść obiad złożony z mięsa, ziemniaków, surówki, ciasta i piwa i zapłacić za wszystko 11 zł, to tylko w Pyzatej Chacie. Mają tam też świetne pierogi, te z kartoszkami, no rewelacja. Czas w obcym mieście naprawdę mija fajniej, gdy wiesz, że możesz się dobrze najeść.


        No to teraz zwiedzanie. Dwie trzygodzinne free walking tour wystarczyły, żeby z grubsza zobaczyć miasto, ale co, jeśli człowiek ma spędzić w Kijowie cały tydzień? Nie mogę sobie już nawet przypomnieć, co dokładnie robiłam. Trochę treningów, trochę pracy, trochę włóczenia się po mieście, spotykania z ludźmi, i czas mijał całkiem sympatycznie. Oprócz typowych atrakcji widziałam też wystawę o Majdanie i szkoda mi było, że tego Majdanu było trzeba na Ukrainie, aby teraz widzieć tam wszędzie ukraińskie flagi. Czy polskie kiedykolwiek zawisną w Polsce, czy będziemy je widywać tylko 1 maja i na obchodach miesięcznicy Smoleńska? Tego nie wiem, ale myślę, że flagi narodowe, które są obecne wszędzie w Turcji, Malezji, a teraz też na Ukrainie, to naprawdę fajna sprawa. Zdarzyło mi się też wybrać do Muzeum Czarnobyla. No i teraz tak: wyobraźcie sobie, że wchodzicie do muzeum, są tam sale, eksponaty, i ogólnie wszystko pięknie i ładnie. Tylko, że nie ma żadnych podpisów, i nie to, że nie ma po angielsku, ale nawet po ukraińsku nic. No więc stoicie przed tą gablotką i zastanawiacie się: czy tego misia znaleziono pod gruzami? Czy te kombinezony były używane podczas akcji ratowniczej? A kim są ci ludzie w mundurach na czarno-białych zdjęciach? Jedno jest pewne: w tym muzeum się tego nie dowiecie.

        Co więcej? Ukraina dała mi trochę w kość - kulturowo. Bo ja to zawsze myślałam, że my i oni to prawie to samo, że przecież sąsiedzi, i język prawie ten sam... A tu przyjeżdżam do Kijowa i widzę przepaść. Podróżuj, mówili. Otworzysz się na świat, mówili, i zobaczysz, że ludzie na całym świecie wcale się aż tak bardzo nie różnią. No to podróżuję, i im więcej widzę, tym bardziej stwierdzam, że guzik prawda: jednak się różnią. Wystarczy pojechać choćby na Ukrainę, żeby się o tym przekonać.

         Ogólnie, to Kijów do odwiedzenia fajny i naprawdę polecam.