sobota, 21 października 2017

No w końcu Kopenhaga


         Z wyjazdów pod tytułem "no w końcu" spokojnie mogłabym zrobić całą serię. No w końcu Sztokholm, no w końcu Kuala Lumpur, no w końcu i Kopenhaga. No w końcu to takie miejsca, które od miesięcy lub lat maca się na mapie i do których wcale nie jest tak trudno pojechać, ale mimo to ciągle jakoś nie wychodzi. No to może w końcu w przyszłym roku będzie Portugalia - bo Hiszpanię jednak zaliczę jeszcze w listopadzie.

           Wycieczkę rozpoczęliśmy małą porcją wiedzy kulinarnej. Gdy już rozsiedliśmy się w Neptunbusie jadącym z lotniska Malmo do Kopenhagi, zajrzeliśmy do przewodnika (czy ktoś w ogóle jeszcze wozi ze sobą papierowe przewodniki?), w którym znaleźliśmy opis tradycyjnej duńskiej potrawy - smørrebrød. Gdy zorientowaliśmy się, że jest to ni mniej, ni więcej, opis zwykłej kanapki, zrobiło nam się smutno. Jak Duńczycy mogą być najszczęśliwszym narodem na świecie, skoro nie mają nawet porządnego duńskiego jedzenia? I rzeczywiście - po przyjeździe do Kopenhagi okazało się, że narodowymi potrawami Danii są hamburgery i hotdogi (tfu tfu, pølse, tradycyjna duńska kiełbaska - nie dajcie się na to nabrać), które serwuje 90% pubów. Pozostałe 10% to chińczyki i kebaby.

           Poza tym Duńczycy serio wyglądają na całkiem szczęśliwych.


      Mówi się, że Kopenhaga to little Amsterdam, czy jakoś tak, i trochę racji w tym jest. Rowerzystów jest całkiem sporo, ale są zupełnie inni niż w Amsterdamie - nie trąbią, nie wjeżdżają we wszystko i wszystkich, jeżdżą tam, gdzie im wolno (i nie jest to wszędzie) - ogólnie da się żyć i nawet chodzić po ulicy. Samo miasto też jest jakieś takie ładniejsze, więc widzicie - poprzeczka jest naprawdę wysoko.

            Ratusze miejskie na ogół są nudne i odwiedza je się bardziej dla formalności niż z ciekawości - a przynajmniej tak myślałam do tej pory. W ratuszu w Kopenhadze spokojnie możecie spędzić godzinę i gwarantuję, że nie będziecie mieli dosyć. Każdy będzie się do was uśmiechał, każdy pokaże wam drogę na wieżę (na którą w końcu i tak nie traficie), nikt was nie przegoni, nawet wtedy, gdy zabłądzicie i przypadkiem traficie do ratuszowej piwnicy. Mówiłam - godzina, jak nie lepiej.


        Niby Copenhagen for everyone, ale przyznać tutaj muszę, że na ulicach tego nie widać - plus dla Danii, że, w przeciwieństwie do Norwegii, lokalsów jest tam naprawdę sporo. Esencja Danii to ludzie - uśmiechają się do każdego, kto nosi aparat fotograficzny (chociaż nie, właściwie to po prostu do każdego), do tego mówią angielskim, jakiego nie powstydziłby się rodowity Brytyjczyk. Jak ja odnalazłam się w tej podróży? A co tam, stwierdziłam, że chcę choć raz wyglądać jak człowiek w mieście i wzięłam sobie na wyjazd płaszczyk zamiast tej starej kurtki, która była ze mną już wszędzie. I bardzo dobrze - wszyscy są tam naprawdę dobrze ubrani i byłoby wstyd chodzić jak wieśniak. Dania jest także pierwszym krajem, w którym widziałam, że faceci zajmują się dziećmi i wcale a wcale się tego nie wstydzą. Sobota rano i plagi tatusiów z wózkami w parku - czy nadal jesteśmy na planecie Ziemia? Gdybym chciała mieć dzieci, pewnie już rozglądałabym się za jakimś Duńczykiem.

         No i teraz to, co wszyscy lubimy najbardziej. Pierwsze lepsze mieszkanie i proszę - hygge pełną gębą. Oni naprawdę mają tam białe ściany, drewniane podłogi, wiszące doniczki w kuchni i książki na półkach z Ikei. Z hygge nie ma więc żartów. Wszystko fajnie, ale skąd właściwie wziąć pieniądze na trzy pokoje w kamienicy na Fredriksburgu? Spokojnie, Duńczyków też nie stać na te mieszkania - gdyby było inaczej, nie byłoby tam airbnb.


        No i na koniec cenne podróżnicze lekcje, bo przecież nie obyło się bez wyjazdowych przypałów.

         Po pierwsze: to, że lotnisko jest otwarte całą dobę, wcale nie znaczy, że można się na nie dostać przez całą dobę. Rozwiązanie problemu: zamiast w Malmo musieliśmy spać na lotnisku w Kopenhadze. Odpowiedź na pytanie, po co w takim razie jest otwarte w nocy, skoro nie jeżdżą na nie żadne autobusy ani nie latają stamtąd wtedy samoloty, pozostaje bez odpowiedzi.

        Po drugie: godzina zamknięcia bramki napisana na bilecie wcale nie oznacza zamknięcia bramki do odprawy bagażu, ale rzeczywiście bramki do samolotu (sic - tyle latam, a nie wiedziałam). Teraz już to wiem tak jak każdy, kto choć raz biegł z rozwianym włosem przez terminal na Chopinie na hasło Malmo: Last call.

        Aha, no i chyba nigdy więcej free walking tour. Znowu próbowaliśmy. Znowu klapa.

Kopenhaga mówi dobranoc

          I na koniec parę spraw organizacyjnych. Mój online life zdecydowanie nie jest już taki jak kiedyś - miałam pisać więcej i częściej, ale po 9 godzinach przed korpo monitorem serio nie mam już siły na więcej komputera. Także chcę dobrze, a wychodzi jak zwykle.

             Wyjazdy na ten rok mam już zaplanowane i o dziwo liczenie dni urlopowych idzie mi całkiem nieźle. W związku z tym, liczenie na to, że w przyszłym roku znowu pojawię się w Azji, również.
Więcej