czwartek, 15 listopada 2018

Kiedy podróż zmienia się w koszmar



           O tym, o czym za chwilę napiszę, pewnie nie przeczytacie na wielu blogach - w końcu nikt nie lubi pisać o tym, co nie wyszło.

         Pamiętacie, jak w sierpniu 2016 przyjechałam do Malezji na dwa miesiące, żeby pracować jako cyfrowy nomada? Poczułam się źle już po pierwszym śniadaniu. Tłusty kurczak, ryż, a do tego herbata z mlekiem - no trudno, zaszkodziło mi, pomyślałam. Dni jednak mijały, a mi wcale nie było lepiej.

          Nie było to typowe zatrucie - żadne biegunki, wymioty, nic z tych rzeczy. Miałam za to mdłości. Mdłości, które dosłownie zwalały mnie z nóg i ani trochę nie ustępowały mimo brania różnych leków, lekkiej diety, przyjmowania nienaturalnie dużych ilości płynów, aż w końcu niejedzenia prawie w ogóle. Były tak silne, że czasem nie mogłam nawet napić się wody ani wcisnąć w siebie herbatnika. Bywały dni, kiedy chodziłam w kółko po pokoju i wyłam, bo nie mogłam już nic więcej zrobić. Miałam pracować - nie mogłam pracować. Co dzień powtarzała się ta sama historia: szłam do knajpy, zamawiałam coś, po czym patrzyłam się okropnie głodna w pełny talerz, ale nie mogłam niczego przełknąć. Rano było najgorzej, więc najczęściej nie jadłam nic. Przeżywałam dni o porcji suchego ryżu z gotowanym kalafiorem po południu i misce wodnistej zupy wieczorem.

         I tak przez dwa miesiące.

      Poszłam do lekarza. Machnął ręką, kazał dużo pić i dał tabletki na mdłości. Jak się później okazało, były to leki, które przepisuje się pacjentom na wymioty przy chemioterapii, czyli takie, które działają na układ nerwowy, a nie pokarmowy. Nie pomagały. W końcu próbowałam już nawet pić po pół kieliszka wódki po każdym jedzeniu i o dziwo była to jedyna rzecz, która jakkolwiek działała. Już po dwóch dniach wódkowej kuracji żołądek zaczął pracować i mdłości trochę ustąpiły. Czyżby alkohol poprawił trawienie, zabił bakterie? Tego nie wiem, ale wychwalałam go za każdym razem, kiedy dałam radę zjeść coś więcej niż ryż i kalafior.

        Wszystko ustąpiło natychmiast po powrocie do Europy. Nie byłam na nic chora - wygląda na to, że po prostu tak bardzo szkodziło mi lokalne jedzenie. Do dziś nie wiem, co się stało i dlaczego zepsuło mi wyjazd życia.


          Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że była to dla mnie lekcja i chwila refleksji. Myślę, że to między innymi dlatego nagle przestało mnie tak bardzo kręcić życie nomady. To dlatego nie myślę już tak poważnie o długich podróżach, mieszkaniu na drugim końcu świata, częstych przeprowadzkach i życiu w tropikach. Bo czy w tej sytuacji odważyłabym się ponownie zaryzykować zamieszkanie w kraju, którego w ogóle nie znam? Czy dałabym radę znów funkcjonować przez kilka miesięcy w miejscu, w którym nie mogłabym niczego jeść? Nie wiem. Po prostu nie wiem.

       Wiem jednak, że czasem to, co wybieramy dla siebie w jak najlepszej wierze, w ogólnym rozrachunku wcale a wcale nie musi nam służyć.

          Swoją drogą: zadziwia mnie czasem to, jak łatwo jest udawać, że podróże są proste. Bo w końcu tak fajnie się je planuje, pisze o nich na blogach i wrzuca fotki na Instagrama. Patrząc na moje uśmiechnięte zdjęcia ze słoniem z Kuala Gandah nikt by się nie domyślił, że myślałam tylko o tym, czy za chwilę nie zemdleję. Na zdjęciach z Taman Negara nie widać tego, że byłam tak osłabiona, że ledwo dowlokłam się do końca szlaku. Czy mogłam to przewidzieć? Skąd mogłam wiedzieć, że malezyjskie jedzenie okaże się tak zabójcze dla mojego żołądka? Przecież wcześniej byłam w Chinach, wszystko było ok. Dlaczego za drugim razem w Azji było aż tak źle?


        W Malezji ani razu nie jadłam sataya, nie spróbowałam żadnych lokalnych słodyczy, nie piłam typowo malezyjskich mlecznych napojów, a zamiast przyprawianych na ostro warzyw i mięs musiały mi wystarczyć suche naleśniki. Ale! Jeśli właśnie się tam wybieracie, to nie przejmujcie się - nie znam przypadku innej osoby, która tak źle zareagowałaby na lokalną kuchnię. Wszyscy Europejczycy, których spotkałam radzili sobie świetnie, więc dlaczego coś miałoby przytrafić się Wam?

         Może i nie jestem fanką malezyjskiej kuchni, ale Malezję uwielbiam. I polecam. Niezależnie od tego, jakie zdanie na ten temat ma mój żołądek.
Więcej

sobota, 20 października 2018

Czy można nauczyć się rysować? Czyli co robię, kiedy nie podróżuję



         Umówmy się: rysowanie i inne czynności manualne nigdy nie były moją najmocniejszą stroną. Okej, bywały pewne epizody. Kto nie rysował kiedyś postaci z Witch albo nauczycieli na tyłach zeszytów, niech pierwszy rzuci kamień.

       No to po co mi nagle rysowanie? To samo pytanie można było zadać, kiedy kilka lat temu zaczynałam trenować pole dance - i otrzymać dokładnie takie same odpowiedzi. Bo nagle stwierdziłam, że chciałabym się tego nauczyć. Bo zawsze podziwiałam tych, który potrafią i poczułam, że ja też tak chcę. Bo chciałam sprawdzić, czy mogę. Bo znowu byłam ciekawa, czy jestem w stanie przyswoić coś, do czego teoretycznie wcale się nie nadaję.

        Nie samymi podróżami żyje człowiek - w przerwach też trzeba przecież robić coś pożytecznego. Tak oto postanowiłam, że nauczę się rysować. A że historia nauki rysowania to zazwyczaj historia usłana fakapami, z których czasem można się pośmiać - zapraszam podwójnie.

          Od czegoś trzeba było zacząć i te początki były beztroskie. Pierwszy rysunek, jaki narysowałam, miał być punktem zero. Wiecie, takim do monitorowania postępów. Narysowałam go, wkładając w niego rzecz jasna całe serce, ale bez żadnego przygotowania ze strony technicznej - wyglądał tak:




               Okej, można by powiedzieć, że nie jest aż tak źle. Jest jakaś postać, ma jakieś włosy, usta, coś, co wygląda jak twarz. Równie dobrze mogłaby być jednak jakąkolwiek postacią - niekoniecznie tą ze zdjęcia po prawej. Kompletny brak pojęcia o cieniowaniu, rysowaniu włosów i umiejętności zaznaczenia jakichkolwiek szczegółów sprawiły, że mój pierwszy portret wyglądał, jak wyglądał. A ja się uparłam na realizm, chciałam mieć twarz jak ze zdjęcia. Cóż było robić? Przyszedł czas na odpalenie YouTuba i przerabianie wszystkiego od zera, krok po kroku, tak jak tutorial przykazał.




        Najpierw powstało to. W dziesięciostopniowej skali paskudztwa będzie gdzieś pewnie koło ósemki. Fatalne proporcje, ale widać już chociaż pierwsze próby oddania szczegółów. Toporny ołówek, ale zauważyłam już przynajmniej, że źrenica to coś więcej niż ciemne kółko z białym środkiem, a cieniuje się po to, żeby nadać głębię, a nie zamalować jakkolwiek kartkę. Mamy pierwszy postęp!




              Pamiętam do dziś, jak wielka duma ogarnęła mnie po stworzeniu tego dzieła. Już trochę lepsze włosy, trochę lepsze cienie. Nie przeszkadzało mi zupełnie to, że wszystko jest zbyt kanciaste i Avril wygląda jak postać z komiksu, pomijając już fakt nie do ukrycia, że ma twarz jak koń. 

                Kolejny rysunek. Przepraszam za repertuar.




          Coś zaczynało powoli wychodzić. Do podobieństwa daleko, ale już zdecydowanie lepsze cienie, lepsze szczegóły. Jeszcze nie wszystko udawało mi się wtedy zauważyć, na przykład to, że białko oka nie powinno być idealnie białe, że usta nie odcinają się aż tak mocno od skóry. Był to jednak ten etap, w którym człowiek zaczynał pomału wyglądać jak człowiek. Skupiałam się bardzo mocno na rysowaniu oka, skóry, starałam się poprawić włosy, które do teraz uważam za najtrudniejsze. Dużo eksperymentowałam, testowałam różne sposoby na wydobycie podobieństwa i zachowanie proporcji. Było średnio, ale zdarzały się zarówno prace w miarę znośne...




...jak i totalne koszmarki:




       Sporym przełomem był poniższy rysunek. Narysowałam go na szybko, długopisem, w zeszycie w kratkę, od niechcenia:




          ...i zupełnie zmieniłam moje podejście do szkicu. Nie było to nic niesamowitego, ale w końcu udało mi się złapać jakiekolwiek podobieństwo i wyciągnąć z tego fajne wnioski. Od tamtej pory podchodzę do portretów zupełnie inaczej - traktuję je jako całość, która ma coś przedstawiać, a nie jak układankę elementów, które muszą tylko leżeć w określonych odległościach od siebie. Przestałam się spinać z tymi proporcjami, robiłam szkice zupełnie inną kreską, rysowałam na czuja, od czasu do czasu tylko kontrolując, czy coś aby przypadkiem nie znajduje się za daleko lub za blisko. Do tego skóra wychodziła coraz bardziej gładko, zaczęłam też próbować tworzyć różne faktury - słowem, w mojej osobistej skali przeszłam na wyższy level.

           Uważam, że kolejny portret był już o wiele lepszy. Może jeszcze nie jest jeden do jednego, trochę za mało szczegółów i kąty zdecydowanie do dopracowania, ale ten rysunek, zwłaszcza na żywo, wyglądał już tak czy inaczej dość realistycznie.




         Z czasem zauważyłam też, że podobieństwo wychodzi lepiej, gdy rysuję z wydruku, a nie z monitora. Na monitor patrzy się pod trochę innym kątem niż na kartkę - zdarzały mi się prace, na których podobieństwo było, gdy patrzyłam na rysunek leżący na biurku, a gdy go podnosiłam, zupełnie znikało (i że też wpadłam na to dopiero po tylu miesiącach - sic!).

           Jak jest teraz? Trwa walka o podobieństwo, i szczegóły, szczegóły, jeszcze raz szczegóły. Rysunki stały się o wiele bardziej wymagające i czasochłonne i siłą rzeczy rysuję ich też o wiele mniej niż wcześniej. Żeby dalsze próby miały jakikolwiek sens, z A4 musiałam przerzucić się na szkicownik A5 - mniejszy format równa się większa szansa dla rysunku na to, że przy moim szalonym trybie życia kiedykolwiek zostanie skończony.

         
            Tak oto dotarliśmy, na ten moment, do finału:




          Czy można nauczyć się rysować? Na pewno można, i wcale nie trzeba do tego wielkich talentów, kursów rysunku czy nie wiadomo jakich narzędzi i jeśli się chce, to nawet z pomocą YouTube można sporo poprawić. Potrzeba prób, błędów, wyciągania wniosków, uczenia się podstaw kreska po kresce, potem dłubania w papierze milimetr po milimetrze, wielu godzin, stępionych ołówków i kartek lądujących w koszu - ale skoro jest frajda i do tego jeszcze są efekty, to dlaczego by nie próbować dalej?




          Życzę sobie, abym za rok mogła rok pośmiać się z moich obecnych rysunków, tak jak teraz śmieję się z tych zeszłorocznych.

Klaudia

Śledż mnie na:
Facebook @autopobonblog
Instagram @autopogon
Więcej

sobota, 6 października 2018

Porto, Porto, Portugalia



    Lot do Porto, powrót z Faro. Bardziej banalnie już się nie dało. Ale co poradzę, że trafiły się idealne bilety, w idealnym terminie, w idealnej cenie? Zakładając dość optymistycznie, że Ryanair nie odwoła nam lotów w sezonie największych strajków, spokojnie można było uznać to za początek całkiem rozsądnej przygody.

     "To miasto wygląda jak twój kibel!" - tak brzmiało wielkie otwarcie naszego wyjazdu. Rzeczywiście, kiedy rok temu urządzałam łazienkę, miałam straszną fazę na kafelki w stylu azulejos. I gdyby nie te azulejos, Porto wyglądałoby pewnie tak, jak przeciętne włoskie miasto (czytaj: ładnie, ale niezbyt ciekawie). No a tak płytki robią klimat, miasto może się podobać. Dzisiaj trochę pomarudzę, no ale ostatnio były same zachwyty - chyba musi być jakaś równowaga?




       Bo przecież nie mogłabym tego nie napisać na samym początku: Porto piękne, ale Porto zapchane. I już wiecie mniej więcej, o czym będzie ten post. Tak jak Włochy są wydmuszką turystyczną na mapie Europy, Tajlandia na mapie Azji, tak Porto na mapie Portugalii. Pojechałoby się znowu do takiego Yozgat, pojechałoby się do Kiszyniowa, myślę, po raz kolejny oglądając czerwone autobusy bez dachu z napisem Porto City Tour, przemykające hucznie ulicami miasta. Identyczne są w Rzymie, w Berlinie, w Paryżu. Nie lubię takich miejsc, ale co zrobić? Jak już jestem, to przecież pozwiedzam.













        Kuchnia Portugalii to albo ryby, albo fast foody. Czyli ogólnie nic dla mnie, ale jak już raz próbujemy wina Porto w Porto, to nie chcemy już potem pić żadnego innego. Chodzimy, pytamy, sprawdzamy - ale nigdy później nie trafiamy już na coś tak dobrego. Portugalskie zwyczaje kawiarniane to również absolutny zachwyt. Śniadanie jemy w domu tylko pierwszego dnia - każdy kolejny zaczynamy już od herbaty i pastel de nata. Już do samego końca na widok pastelarii serca biją nam szybciej, jedząc domowe kanapki z szynką - tęsknimy.

      Notabene, godzin otwarcia knajp w Portugalii nie ogarniesz - jeszcze nigdy tyle razy nie pocałowałam klamki, próbując gdzieś zjeść lunch. W ten sposób postanawiam nie szukać już więcej rekomendacji i tak oto odkrywam, że najlepsze knajpki w Portugalii to te bez nazwy, bez adresu (a jeśli nie najlepsze, to przynajmniej otwarte!).




          No i czas na mój ulubiony cykl: najbardziej przereklamowane miejsca. Chyba zrobię z tego kiedyś jakąś serię, a w Porto można by spokojnie nakręcić cały odcinek. Zacznijmy od Majestic Cafe. Oczywiście, jest to absolutne must see według każdego internetowego przewodnika. W rzeczywistości to ciasna kawiarnia z przeciętnym wystrojem, absurdalnymi cenami i równie absurdalną kolejką przed wejściem. Serio, czy w erze blogów nadal trzeba jeszcze polecać takie atrakcje? Idziemy dalej - księgarnia Lello, 5 euro za wejście? Nawet jeśli ładna, to, na Boga - to jest sklep. Ogrody Kryształowe - ok, mogą się podobać. Pod warunkiem, że nigdy nie było się w Łazienkach Królewskich.

          Nie zrozumcie mnie źle - jeśli komuś podobają się te miejsca, no to okej. Nie oszukujmy się tylko, że są takie must see. Nie są. Chodzę więc raczej po kawiarenkach, robię im zdjęcia z zewnątrz, od środka. No, jest ładnie. Chyba w końcu gdzieś tam pomału zaczyna mi się udzielać klimat: ostrzę zęby na Lizbonę.






        W Porto można jednak przede wszystkim w końcu porządnie odpocząć. Można też złapać najpiękniejszą złotą godzinę. Można wskoczyć do tramwaju i wybrać się nad ocean. No i ostatecznie to jedno z najlepszych miejsc na świecie, w których można napić się kawy.
















Klaudia

Facebook @autopogonblog
Instagram @autopogon
Więcej

niedziela, 16 września 2018

Norwegia nie na żarty - Preikestolen i Kjerag



         Lata blogowania utwierdziły mnie w przekonaniu: najtrudniej pisze się o miejscach najlepszych. Dlatego też, zasiadając w końcu do tego wpisu po ponad roku spodziewałam się, że będzie bardzo ciężko. A jednak - bawiłam się przy pisaniu całkiem nieźle.

         W zeszłym roku nie napodróżowałam się zbyt wiele, ale jak patrzę teraz na te zdjęcia z Norwegii, to myślę sobie, że w 2017 zrobiłam więcej niż w ciągu kilku ostatnich lat. Dwie Norwegie, z czego pierwszy raz w końcu na porządnych fiordach - to nie byle co. Mało brakowało, a kupiłabym kolejne bilety, gdyby nie to, że ostatecznie jednak skusiła mnie Dania. Co tu dużo mówić - mój trzeci raz w Norwegii na pewno nie będzie ostatnim. W końcu nie po to od dwóch lat uczę się norweskiego, żeby się tam kiedyś nie przeprowadzić.










           Powyżej widzą państwo jedyną ładną ulicę w Stavanger. Miasto jest tak strasznie nudne, że chyba od razu przejdę do konkretów. Czyli, w naszym przypadku, Pulpit Rock.

           No więc, mówiąc krótko i zwięźle, na Preikestolen pogoda nie dopisała. Mieliśmy szczęście, że chmury choć trochę rozeszły się akurat w momencie, gdy dotarliśmy na skałę - i że zaczęło lać dokładnie w chwili, w której z niej schodziliśmy. Pięć minut przerwy na kanapkę, zbyt częste wiązanie sznurówek, szybkie siku w toalecie na parkingu - i tyle by było z oglądania fiordu. Jeśli macie fajne fotki ze skały z pięknym, błękitnym morzem w tle, no to wielkie zazdro - ja nie mam, jak żyć?

             Czy jestem rozczarowana? Skądże znowu - w deszczu czy nie, to ciągle Preikestolen.








             Proszę państwa, ale i słynne Preikestolen nie jest wcale aż takie ciekawe, gdy człowiek dotrze już na Kjerag. Właściwie to wcale nie trzeba iść na szczyt, żeby przepaść (hehe, przepaść), bo sama droga na Kjerag bywa nawet ładniejsza niż sam Kjerag. Tego nie da się opisać słowami. W niewielkim stopniu - można próbować zdjęciami.

 






           Wraz z sukcesywnym wzrostem wysokości względnej, na jakiej się znajdowaliśmy, równie sukcesywnie malała temperatura - rosły za to zaspy śniegu. Zerkałam raz po raz na termometr (8 stopni), rosnące wokół nas ścieżne ściany (3 metry wysokości) oraz grubość kry na jeziorze (na oko 15-20 centymetrów), myślałam sobie: co ja robię tu, co ja tutaj robię w adidasach i kurtce przeciwdeszczowej? Przypominam: to był czerwiec.
     







               Przed wejściem na szlak na Kjerag znajduje się tabliczka: it is ok to go back. Idziemy. W sensie - do przodu, a nie back.

             Kjerag Tourist Information robi kawał dobrej roboty i codziennie na swoim profilu informuje o aktualnych warunkach pogodowych. Zawsze wtedy, kiedy pogoda jest słaba, piszą na przykład: Today is a day for doing hikes at lower altitudes or simply staying inside with a warm cup of chocolate and playing boardgames. Stay safe and live to hike another day. Ważne: jeśli danego dnia nie polecają iść na górę, to znaczy, że naprawdę tego nie polecają. Przez większość trasy idziesz po litej skale. Jeśli będzie mokro - nie będziesz miał się czego złapać.

              Na Kjeragu jednak słońce przez cały dzień świeciło nam prosto w twarz. Nie odgadniesz.





              No to teraz wyczekiwany news of the day: czy mam fotkę na słynnym kamieniu? Jasne, że nie - od początku wiedziałam, że kilometr przepaści w dół mnie przerośnie. Gdy człowiek już się jednak dociągnie na górę, rozejrzy i naogląda widoków, to bardzo szybko zdaje sobie sprawę, że to wcale nie Kjeragbolten jest na Kjeragu największą atrakcją.









          No i na koniec: ostatnio coraz rzadziej chwalę się niskobudżetowym podróżowaniem, ale rzeczywiście zrobiliśmy ten wyjazd za cztery stówki. Loty - 100. Noclegi - 300. Transport na Kjerag - 200. Inne wydatki - śladowe. Gdzie brakujące 200? Przeczytajcie wpis z poprzedniej Norwegii, to wszystkiego się dowiecie - a co!

             Czasem sama się zastanawiam, jak to się dzieje, że Norwegia jest niby taka droga, a jednak jakimś sposobem to właśnie wyjazdy tam zawsze wychodzą mi najtaniej. I myślę sobie, że nie chodzi tu chyba tylko o tanie loty i zakupy na bezcłówce. Chyba po prostu jak gdzieś jest tak drogo, to odechciewa się wydawać.


               Hm, to jak by tu teraz ogarnąć Lofoty na Anno Domini 2019?


Więcej