niedziela, 16 września 2018

Norwegia nie na żarty - Preikestolen i Kjerag



         Lata blogowania utwierdziły mnie w przekonaniu: najtrudniej pisze się o miejscach najlepszych. Dlatego też, zasiadając w końcu do tego wpisu po ponad roku spodziewałam się, że będzie bardzo ciężko. A jednak - bawiłam się przy pisaniu całkiem nieźle.

         W zeszłym roku nie napodróżowałam się zbyt wiele, ale jak patrzę teraz na te zdjęcia z Norwegii, to myślę sobie, że w 2017 zrobiłam więcej niż w ciągu kilku ostatnich lat. Dwie Norwegie, z czego pierwszy raz w końcu na porządnych fiordach - to nie byle co. Mało brakowało, a kupiłabym kolejne bilety, gdyby nie to, że ostatecznie jednak skusiła mnie Dania. Co tu dużo mówić - mój trzeci raz w Norwegii na pewno nie będzie ostatnim. W końcu nie po to od dwóch lat uczę się norweskiego, żeby się tam kiedyś nie przeprowadzić.










           Powyżej widzą państwo jedyną ładną ulicę w Stavanger. Miasto jest tak strasznie nudne, że chyba od razu przejdę do konkretów. Czyli, w naszym przypadku, Pulpit Rock.

           No więc, mówiąc krótko i zwięźle, na Preikestolen pogoda nie dopisała. Mieliśmy szczęście, że chmury choć trochę rozeszły się akurat w momencie, gdy dotarliśmy na skałę - i że zaczęło lać dokładnie w chwili, w której z niej schodziliśmy. Pięć minut przerwy na kanapkę, zbyt częste wiązanie sznurówek, szybkie siku w toalecie na parkingu - i tyle by było z oglądania fiordu. Jeśli macie fajne fotki ze skały z pięknym, błękitnym morzem w tle, no to wielkie zazdro - ja nie mam, jak żyć?

             Czy jestem rozczarowana? Skądże znowu - w deszczu czy nie, to ciągle Preikestolen.








             Proszę państwa, ale i słynne Preikestolen nie jest wcale aż takie ciekawe, gdy człowiek dotrze już na Kjerag. Właściwie to wcale nie trzeba iść na szczyt, żeby przepaść (hehe, przepaść), bo sama droga na Kjerag bywa nawet ładniejsza niż sam Kjerag. Tego nie da się opisać słowami. W niewielkim stopniu - można próbować zdjęciami.

 






           Wraz z sukcesywnym wzrostem wysokości względnej, na jakiej się znajdowaliśmy, równie sukcesywnie malała temperatura - rosły za to zaspy śniegu. Zerkałam raz po raz na termometr (8 stopni), rosnące wokół nas ścieżne ściany (3 metry wysokości) oraz grubość kry na jeziorze (na oko 15-20 centymetrów), myślałam sobie: co ja robię tu, co ja tutaj robię w adidasach i kurtce przeciwdeszczowej? Przypominam: to był czerwiec.
     







               Przed wejściem na szlak na Kjerag znajduje się tabliczka: it is ok to go back. Idziemy. W sensie - do przodu, a nie back.

             Kjerag Tourist Information robi kawał dobrej roboty i codziennie na swoim profilu informuje o aktualnych warunkach pogodowych. Zawsze wtedy, kiedy pogoda jest słaba, piszą na przykład: Today is a day for doing hikes at lower altitudes or simply staying inside with a warm cup of chocolate and playing boardgames. Stay safe and live to hike another day. Ważne: jeśli danego dnia nie polecają iść na górę, to znaczy, że naprawdę tego nie polecają. Przez większość trasy idziesz po litej skale. Jeśli będzie mokro - nie będziesz miał się czego złapać.

              Na Kjeragu jednak słońce przez cały dzień świeciło nam prosto w twarz. Nie odgadniesz.





              No to teraz wyczekiwany news of the day: czy mam fotkę na słynnym kamieniu? Jasne, że nie - od początku wiedziałam, że kilometr przepaści w dół mnie przerośnie. Gdy człowiek już się jednak dociągnie na górę, rozejrzy i naogląda widoków, to bardzo szybko zdaje sobie sprawę, że to wcale nie Kjeragbolten jest na Kjeragu największą atrakcją.









          No i na koniec: ostatnio coraz rzadziej chwalę się niskobudżetowym podróżowaniem, ale rzeczywiście zrobiliśmy ten wyjazd za cztery stówki. Loty - 100. Noclegi - 300. Transport na Kjerag - 200. Inne wydatki - śladowe. Gdzie brakujące 200? Przeczytajcie wpis z poprzedniej Norwegii, to wszystkiego się dowiecie - a co!

             Czasem sama się zastanawiam, jak to się dzieje, że Norwegia jest niby taka droga, a jednak jakimś sposobem to właśnie wyjazdy tam zawsze wychodzą mi najtaniej. I myślę sobie, że nie chodzi tu chyba tylko o tanie loty i zakupy na bezcłówce. Chyba po prostu jak gdzieś jest tak drogo, to odechciewa się wydawać.


               Hm, to jak by tu teraz ogarnąć Lofoty na Anno Domini 2019?


Więcej

wtorek, 4 września 2018

Jak podróżować na etacie? 8 tygodni w podróży przy 25 dniach urlopu. Case study


       Patrzcie no tylko: jeszcze całkiem niedawno pisałam o tym, jak dużo podróżować, będąc freelancerem. Nie sądziłam wtedy, że mimo wszystko pewnego dnia zdecyduję się jednak stanąć po drugiej stronie: pracy na etacie. Niedawno minął rok od podjęcia tej decyzji. Jak dziś wyglądają moje podróże?

            Niby mówi się, że etat to tylko 20 czy 26 dni wolnego, ale ci, którzy śledzą mnie na Instagramie wiedzą już, jak dużo wyjeżdżałam w ciągu ostatniego roku. Szczerze mówiąc - o wiele więcej, niż mogłam się spodziewać. Od sierpnia 2017 - czyli od początku etatu - byłam w Danii, Hiszpanii, na Gibraltarze, w Pradze, na Malcie, w Katarze, Tajlandii, Kambodży, Laosie i na Białorusi. We wrześniu jadę do Portugalii, w listopadzie na Cypr, a na początku grudnia do Budapesztu i... nie wykorzystałam jeszcze wszystkich dni urlopowych na ten rok, a miałam ich tylko 20. Da się? No, da się!

A więc:
Jak podróżować na etacie?

        Umówmy się: w dzisiejszych czasach podróżowanie - czy to na etacie, czy na freelansie, czy jakkolwiek inaczej - nie jest już żadnym rocket science. Mimo to zawsze trafi się ktoś, kto zapyta, czy nigdzie nie pracuję, bo przecież to niemożliwe, że tyle wyjeżdżam.

          Przechodząc na etat wiedziałam, że nie będzie tak lekko, jak było do tej pory - że trzeba będzie jeszcze więcej kombinować, iść na kompromisy i od czasu do czasu jednak odpuszczać. Warunkiem etatu było jednak to, że podróże nie ucierpią. Póki co nie mam więc innej opcji niż wyciskać z tych dni wolnych, ile tylko się da.

            Zasady są trzy, i to bardzo proste.
             Nie biorę wolnego na:
  1. siedzenie w domu - także w przerwach świątecznych, w Sylwestra, majówki i długie weekendy, o ile nigdzie się wtedy nie wybieram,
  2. studia - gdzie popełniłam błąd, że znów na nich wylądowałam? - na żadną sesję, naukę czy egzaminy,
  3. przyjazd hydraulika, kuriera, sprzątanie, koszenie trawy na działce, wyjścia do urzędu i inne, często absurdalne czynności i sprawy, które zawsze można załatwić jakoś inaczej.
          Nie ma lekko. Zwłaszcza, gdy 27 grudnia siedzisz sam w prawie pustym biurze, bez obiadu, bo nawet pan kanapka wtedy nie pracuje. No, ale za to potem inni siedzą w pracy - a ty znowu masz wakacje.


No i obiecane case study:
 Jak odwiedziłam 13 państw i spędziłam 56 dni (czyli 8 tygodni) w podróży, wykorzystując 25 dni urlopu?

2017

Pracę na etacie zaczęłam w połowie sierpnia, więc urlop naliczał mi się proporcjonalnie. W ten sposób do końca roku zyskałam 7 dni wolnych. Wzięłąm 1 na Danię oraz 2 na Hiszpanię i Gibraltar. 4 dni przeszły na kolejny rok.

Dzięki temu, że święto Trzech Króli wypadało w tym roku w sobotę, moja firma oddała nam dzień wolny 2 stycznia. W ten sposobem zyskałam 4-dniowy weekend, podczas którego pojechałam do Pragi, nie biorąc urlopu w ogóle.


2018

Rok 2018 rozpoczęłam z 24 dniami na koncie. W marcu wzięłam 3, aby pojechać na Maltę. Zostało mi 21. Kolejne 10 wykorzystałam na majówkę, dzięki której przy dobrym zaplanowaniu lotów zyskałam aż 18 wolnych dni. Pojechałam wtedy do Tajlandii, Kambodży i Laosu, odwiedzając przy okazji Katar. Zostało 11. Kolejny dzień wolny wzięłam, aby spędzić weekend w Grodnie na Białorusi

Idziemy dalej - z 10 pozostałych dni biorę 5 na wrześniową Portugalię. 5 dni wolnego plus dwa weekendy - to daje razem aż 9 dni w podróży. Dalej Cypr - wyjazd jest w święto 1 listopada i w weekend, więc jadę na 6 dni, biorąc tylko 3 dni urlopu. W grudniu będę też w końcu w Budapeszcie. Dzięki dobrym godzinom lotów i temu, że raz na jakiś czas mogę wziąć home office, planuję pojechać tam na 4 dni... nie biorąc ani jednego dnia wolnego. 2 dni urlopu z 2018 roku zostają. No, chyba, że wezmę jeszcze jeden, aby jesienią pojechać w góry. W sumie, to by mi się nawet przydało.

2019

Powoli myślę już o 2019. Dobra wiadomość jest taka, że w przyszłym roku miną dwa lata na etacie - a to oznacza, że będę miała 26 dni urlopowych. Dokładając do tego 2 dni, które zostaną mi z 2018 roku, rok 2019 zacznę z 28 dniami na koncie. Czy to dużo, czy mało? Co dalej? Jakie plany, jakie zmiany?


Powiem tyle:
podróże na etacie vs. podróże na freelansie
~ coming soon.
Więcej

niedziela, 19 sierpnia 2018

Grodno - szybka wycieczka na Wschód


            Czy wspominałam już tutaj kiedyś, że jestem przeciwniczką podróżowania z wizą? Jeśli nie, to właśnie wspominam. Po ostatnich ekscesach w Chinach, kiedy to otrzymanie i przedłużenie zwykłej wizy turystycznej urosło u mnie do rangi trzytygodniowego biegania po urzędach i wydzwaniania codziennie do ambasady - podziękowałam. Nie lubię pchać się gdzieś, gdzie mnie nie chcą - a przecież w końcu jest na świecie tyle miejsc do odwiedzenia, w których nikt nie robi ci łaski.

            Z tego właśnie powodu raczej nie zakładałam, że kiedykolwiek wybiorę się na Białoruś - a już na pewno nie, że w najbliższym czasie.

             Pierwsza dobra wiadomość jest jednak taka, że od niedawna można wjechać na Białoruś bez wizy. Co prawda tylko do Grodna, Brześcia i Mińska, ale przecież dobre i to. Trzeba tylko załatwić sobie przepustkę, wykupić dwie dowolne usługi turystyczne i ubezpieczenie. Brzmi strasznie, w praktyce kosztuje 50 zł, zajmuje pięć minut i można to zrobić chociażby tutaj. Bierzcie i podróżujcie z tego wszyscy. Druga dobra wiadomość - do Grodna można pojechać zwykłym, polskim PKP. Trzecia dobra wiadomość - z Warszawy to zaledwie cztery godziny.

           Cóź było robić - zaplanowaliśmy weekend, zapakowaliśmy się i pojechaliśmy. W dziesięć osób.






          Guru organizacji ze mnie taki, że jeszcze trzy dni przed wyjazdem nie byliśmy wcale pewni, że gdziekolwiek jedziemy. Nauczka na przyszłość jest taka: jak pani na PKP mówi, że biletów już nie ma, to wcale nie znaczy, że naprawdę nie ma. Może po prostu nie chce jej się sprzedać. True story.

          Idąc już trochę dalej, to wcale się nie oszukujmy: Grodno to nie Paryż. Na chwilę obecną to tylko niezbyt duże miasto, do którego jeździ się właściwie tylko dlatego, że jest na Białorusi. Ale trzeba przyznać, że historię ma całkiem ciekawą - bo w końcu Polską. W liceum zaczytywałam się w "Nad Niemnem", teraz mogłam pospacerować nad Niemnem. Można poczuć klimat. Random fact from Grodno: czy wiedzieliście, że mąż Elizy Orzeszkowej miał na nazwisko Orzeszka? Ja nie. Zawsze tak jakoś myślałam, że to samodzielnie funkcjonujące nazwisko - to był cios.

         Grodno, choć naprawdę sympatyczne, okazało się być kompilacją zawodów kulinarnych (poza chlebem - był obłędny, aż przywoziliśmy go do Polski!). Może taki już urok małych i niezbyt turystycznych miejscowości, może tam po prostu rzadko się chodzi do restauracji, więc i nie ma w czym wybierać? Nadrobiliśmy jednak - była kiełbasa prosto z grilla, raki prosto z jeziora i jajecznica prosto z garnka. Takich wyjazdów się nie zapomina. Nasz nocleg może i był kawałek od centrum, ale w końcu gdzie indziej można by zmieścić dziesięcioosobową grupę, jeśli nie w wielkim domu na przedmieściach, z ogrodem, altaną i basenem*? Gdyby nie nasz nocleg, to tego grilla, raków i jajecznicy by nie było. Co do jajecznicy - to może nawet byłoby lepiej. Co do raków - dziękujemy.

Polecamy ten dom: tutaj
Gdyby ktoś miał ochotę na 100 zł zniżki na rezerwację: tutaj
* Basen w tej ofercie to chyba jednak miejska legenda.

           Grodno jest super. Zwłaszcza, gdy jedzie się tam w dziesięć osób. Myślę, że dwie przez dwa dni mogłyby się jednak trochę nudzić. Tak czy inaczej, jeśli szukacie spokojnego i nieoklepanego kierunku na weekend - warto!








          I na sam koniec: nigdy nie lekceważ współpasażerów pociągu, bo nigdy nie wiesz, kto może siedzieć obok - a koło nas siedziała akurat Nadia z bloga Blog Okno. Nikt tak pięknie nie mówił, że kocha pisać ikony. Najlepszą lekcję o Wschodzie otrzymaliśmy, jadąc pociągiem z Białorusi, gdzieś przed Podlasie, aż do Warszawy.

            Do Brześcia i Mińska też trzeba będzie się kiedyś wybrać.
Więcej

wtorek, 31 lipca 2018

Doha. Katar po raz trzeci


        Gdyby ktoś powiedział mi, że odwiedzę Katar trzy razy w ciągu czterech lat, pewnie bym nie uwierzyła.

      To znaczy, biorąc pod uwagę fakt, że najczęściej to właśnie Qatar Airways oferuje najlepsze bilety lotnicze, nie było to znowu wcale takie nieprawdopodobne. Chodzi mi bardziej o to, że jednak na ogół raczej nie wracam w te same miejsca. Niby od sześciu lat zbieram się, żeby pojechać raz jeszcze do Izraela, od pięciu do Oslo, chciałoby się jeszcze wrócić do Wenecji, odświeżyć Berlin, zajrzeć do Wiednia - ale wiecie jak to jest, ostatecznie jednak nowe miejsca i tak zawsze wygrywają. Ale Katar to miejsce szczególne. Uwielbiam tam wracać. Nie narzekam więc, że raz na jakiś czas mam ku temu okazję.

        Pierwszy raz był szalony i chaotyczny - pamiętam do dziś, jak biegałam po lotnisku Hamad z wielką torbą na ramieniu, rozpaczliwie szukając punktu, z którego jeździ się na darmowe wycieczki. Złapałam ostatnią miejscówkę. Chwilę później, jadąc już nocą przez miasto, myślałam tylko o tym, że chyba chcę tu zamieszkać. Katar zawsze witał mnie darmowym luksusem - najpierw tą wycieczką, a teraz pokojem i wielką wanną w hotelu Hilton.

       Chyba nie da się z niczym porównać chwili, kiedy jedziesz taksówką z lotniska wzdłuż promenady Al Corniche, a budynki w tle wyglądają dokładnie tak, jak za każdym razem, gdy oglądałeś je na zdjęciach w Google. Nie ma nic równie fenomenalnego jak zakupy na wieczornym, głośnym szuku, przesiadywanie w restauracjach, pogawędki z przechodniami i sprzedawcami, arabskie wieczory z Zatoką Perską w tle. Zwłaszcza teraz, gdy udało się spędzić w Katarze aż szesnaście godzin, spróbować prawdziwego luksusu, gorącego zwrotnikowego słońca, biryani z lokalnego bazaru, odwiedzić w końcu Muzeum Sztuki Islamskiej i zobaczyć miasto za dnia, pozwalam sobie jeszcze częściej niż dotychczas myśleć: Doha, uwielbiam cię. Chcę cię więcej!









Więcej