sobota, 16 czerwca 2018

Valettę najlepiej ogląda się w pionie. Wspomnienia z Malty


          Patrz, Flora, jak to się teraz fajnie żyje - mówię całkiem poważnie, pijąc wino na maleńkim tarasie jej maltańskiego mieszkania. Owijam się śpiworem - wieczór jest chłodny, jak przystało na marzec na wyspie, ale przecież i tak znacznie cieplejszy niż mokre ulice Warszawy. Jeszcze przed chwilą byłam w korpo na Domaniewskiej, a teraz mam już za sobą jazdę pociągiem na Chopina, wieczorny lot na - no, prawie - inny kontynent, przejażdżkę po Valetcie nocnym autobusem, pachnące rybami powietrze w Gzirze i domową pomidorową - z kaparami i krewetkami. Kurczę, fajnie tak po prostu zadzwonić do kogoś, kto mieszka 3000 kilometrów od ciebie i powiedzieć: będę za 3 godziny. 

          Już tego pierwszego wieczora, kiedy jadę autobusem przez ulice tych wszystkich maltańskich miasteczek, mogę zobaczyć kawałek wyspy. Majestatycznej. Egzotycznej. Trochę włoskiej, trochę arabskiej, trochę afrykańskiej. Woda, palmy, katedry, ściany z piaskowca, łodzie - witamy na Malcie. Nie mogę doczekać się dnia. Rano słońce odbijające się od białych murów zupełnie mnie oślepia - zbyt długa i ciemna była ta zima, którą w większości spędziłam w korporacyjnym biurze. Zdejmuję sweter, wystawiam twarz do słońca i idę na autobus do Mdiny. Jest pięknie.




       Na Malcie wszędzie czuć morze, w powietrzu unosi się zapach soli. Może to tylko moja wyobraźnia, ale i tak czuję, że oddycha mi się o wiele lepiej. Takie życie na wyspie musi być dość klaustrofobiczne, myślę - wszędzie tylko woda i woda. W sumie to jednak i trochę piękne. Strome, ciągnące się nieskończenie w dół ulice Valetty podobno przypominają Lizbonę, ale nie wiem, bo w Lizbonie jeszcze nie byłam. Jest ciepło, wieczorami spaceruję więc nad zatoką i oglądam stolicę z brzegu Sliemy. Przypomina mi się Hiszpania w listopadzie - fajnie tak znowu uciec od zimy.

       Właściwie to na początku trochę nie mogę się odnaleźć w tym miejscu. Myślę sobie, że to naprawdę fajny kraj do odwiedzenia, ale średni do mieszkania, już wtedy mając na uwadze te wszystkie oferty jobs for nordic speakers, które namiętnie przeglądałam w ostatnich tygodniach. Po czterech dniach w końcu się przyzwyczajam i stwierdzam, że lepiej, gorzej, ale ostatecznie dałoby się tutaj jakoś żyć. A kiedy ostatni ciepły dzień spędzam na plaży St. Peter's Pool, wiem już, że będę poważnie tęsknić za wyspą. W drodze do Marsaxlokk spotykam Polaków - mieszkają ponad dwa lata. A może by tak...? Nic nie poradzę - machina ruszyła, niesforne myśli już chodzą po głowie. 

           Spóźniłam się na Gozo, dokładnie o rok, co do dnia, stwierdzam, gdy odkrywam, kiedy dokładnie zawaliło się Azure Window. Ale ciii - jeśli tylko dobrze się rozejrzycie, znajdziecie na archipelagu jeszcze co najmniej trzy podobne formacje. Na Malcie jest tyle pięknych miejsc. Takie Ghar Lapsi na przykład - niby nic, ale gdy już tam dotrzesz, to możesz siedzieć przez cały dzień nad brzegiem klifu, głaskać koty i moczyć stopy w morskiej wodzie. No i Xaqqa Cliffs - dzikie miejsce, które zdecydowanie wymaga porządnego odkrycia. Jeśli nie masz jak wrócić, bo tak jakoś wyszło, to po prostu łapiesz stopa i poznajesz wyspę tak, jak lubisz najbardziej. Możesz zwiedzać bez końca, a i przecież i tak nigdy nie zobaczysz wszystkiego. Zawsze gdzieś będzie jeszcze jeden klif, jeszcze jedna jaskinia, jeszcze jedna zatoczka, nad którą chciałoby się spędzić cały dzień z butelką wina.

            To właśnie Malta - jedyna w swoim rodzaju.


















PS. Kliknij tutaj i jedź na Maltę z Itaką!

Więcej