sobota, 15 grudnia 2018

Budapeszt trzy lata później. Opowieść o powrotach



              Kiedy ponad trzy lata temu wyjmowałam swoje pozgniatane ubrania z walizki i układałam je na półkach w nowym mieszkaniu na József körút, byłam ciekawa, czy ten blog doczeka się kiedyś tego wpisu. Doczekał się. Minęły dwa lata, od kiedy wyprowadziłam się z Budapesztu.

           Jeszcze wtedy, kiedy tam byłam, patrzyłam czasem na tych, którzy byli już po tej drugiej stronie. Na tych, którzy przyjeżdżali po roku, po dwóch, patrzyłam na ich twarze i szukałam: wzruszeń, zachwytów, sentymentów. Myślałam o tym, jak to kiedyś będzie, kiedy pewnego dnia to ja będę na ich miejscu. Z tych wszystkich wyjazdów zaplanowanych na jesień/zimę AD 2018 to właśnie Budapesztu nie mogłam doczekać się najbardziej.




            Spodziewałam się, że gdy w końcu przyjadę, zobaczę wrak swojego życia - i popatrzę sobie z boku na to, jakie kiedyś było. Zmieniło się sporo. Po pierwsze, nie ma już mojego mieszkania na Corvinie. Pozmieniały się też ulubione bary - pozmniejszały, poprzenosiły. Moja szkoła pole dance już nie istnieje. I kiedy idziesz do domu znajomego, aby w końcu spotkać się z tymi, za którymi tęsknisz najbardziej, pojawia się ta jedna, jedyna rzecz, po której od razu wiesz, że czasy młodości bezpowrotnie minęły: sałatka na imprezie.

          Owszem, kiedy jadę z Oktogonu popatrzeć na Parlament z Mostu Małgorzaty, jest mi trochę dziwnie. Nie pamiętam już, jak się nazywa się ten przystanek tuż przed mostem. Próbuję skojarzyć, która to Mester utca, gdzie jest Nagy Templom, między którymi stacjami metra jest Bajza. Kiedy jednak słyszę w tramwaju Harminckettesek tere, to czuję przyspieszone bicie serca. Tu przecież jest pizzeria, tam dalej moja Prima, za rogiem bar Andersen, cukiernia. Idę na piechotę z Corvina na Maria utca, mijam kościół jezuitów. Jestem na placu Mikszáth Kálmán, w jednym z moich ulubionych miejsc w całym Budapeszcie, idealnym na picie kawy w sobotni poranek albo ostatnie weekendowe piwo w niedzielę po południu. Robię zakupy w moim markecie. Jadę tramwajem przez Blaha Lujza i cholera, zaraz się popłaczę. Ludzie patrzą na mnie jak na wariatkę.

         Wychodząc z lotniska Ferenca Liszta czuję się, jakbym nigdy nie wyjeżdżała. Jakby te dwa lata pomiędzy w ogóle się nie wydarzyły. Idę prosto do automatu, kupuję bilet, siadam i czekam, aż autobus zabierze mnie do miasta. Kérem vigyázzanak, az ajtók zárodnak. I nagle wszystko zaczyna smakować mi lepiej. Wiem, co mam robić. Wróciłam do domu.

       Czasem, i to o wiele częściej niż bym chciała, myślę, że chyba mogłabym tak znowu: spędzać niedzielne wieczory na Maria utca, najlepiej mieszkać gdzieś w okolicy. Mieć znowu wielkie łóżko, wielki sufit, wielki dziedziniec i wielkie szczęście. Słuchać wszystkiego wokół i zachwycać się tym, że nie rozumiem. Ale on przecież ciągle jest - i będzie zawsze, i będzie czekać na mnie zawsze. I kiedy w końcu jadę na samolot powrotny, nie myślę o tym, że znowu coś zostawiam. Że czegoś znowu nie mam. Że czegoś znowu będzie mi brakować.

        Choć minęło już tyle czasu, to ja ciągle nie mogę uwierzyć i mogę myśleć już tylko o jednym: 
o tym, jak wielką to wszystko było przygodą.


Więcej