sobota, 19 stycznia 2019

Etat czy freelance? Co jest lepsze dla podróżnika?

     Swoje rozważania w powyższym temacie mogłabym właściwie sprowadzić do następującego:

Dlaczego zaczęłam pracować jako freelancer? Żeby więcej podróżować i się rozwijać. 
Dlaczego zaczęłam pracować na etacie? Żeby więcej podróżować i się rozwijać.

Zacznijmy jednak od początku.



Story

         Pierwsze kroki freelancerskie stawiałam w 2015 roku, kiedy byłam na stażu w Budapeszcie. Szybko okazało się, że ze zleceń jestem w stanie wyciągnąć o wiele więcej niż moja ówczesna pensja. Do tego nie musiałam brać urlopów, żeby pojechać do Polski, mogłam pracować wszędzie - wybór był oczywisty, decyzja o przejściu na freelance przyszła sama. Przez kolejne pół roku mieszkałam w Budapeszcie, potem przez dwa miesiące w Malezji, jeździłam na projekty, podróżowałam tak dużo, jak tylko się dało. Praca przynosiła mi spoko pieniądze i satysfakcję, jakiej nie dawało mi w życiu nic ani wcześniej, ani potem.

       W 2017 roku wiele się zmieniło. Przeprowadziłam się na stałe do Warszawy i naturalnie stwierdziłam, że w najbliższym czasie raczej nie będę już miesiącami podróżować - chyba zmęczyła mnie też w końcu moja ciągła samotność i ciągła nieobecność. Chcąc jednak podróżować ze znajomymi, musiałam dostosowywać się do ich kalendarza - do weekendów, majówek, świąt. Idea mogę mieć wolne kiedy chcę przestała działać. Do tego w pracy trafiłam na ścianę. Pieniądze wciąż były ok, ale słupki od dawna nie rosły. Stwierdziłam, że bez solidnej dawki wiedzy biznesowej, praktyki, innego spojrzenia i nowych rozwiązań nie pójdę dalej.

           To wtedy pojawiła się pierwsza myśl: a może jednak etat? Do tego okazja przyszła sama. Zawsze chciałam pracować w marketingu. Nie mogłam nie spróbować.



WAKACJE vs. PRACOWAKACJE

       Pomyślcie teraz sobie: kiedy nie pracujecie, nie zarabiacie. Będąc freelancerem, w rzeczywistości trudno jest zrobić sobie zwykłe wakacje na tydzień czy dwa. No bo tak: niby można zabrać pracę ze sobą, ale tydzień to zaledwie kilka dni. Jak więcej pozwiedzacie - to mniej zarobicie. Lecieć na krótko i tylko podróżować? Można, ale bilety kosztują - jak już jechać, to chciałoby się na raz zobaczyć więcej. Za wynajem trzeba płacić podwójnie - bo i za mieszkanie stałe, i mieszkanie w podróży. Nie mówię, że nie jest to do zrobienia. Ale wymaga to zupełnie innego modelu, innego planu, innego podejścia. Mój ówczesny system pracy nie był pod tym względem dobry i teraz zrobiłabym to  już lepiej.

            Dużo lepszą opcją w przypadku freelancerów są pracowakacje. Czyli: jedziemy gdzieś na miesiąc, dwa lub trzy, pracujemy na miejscu, spokojnie zwiedzamy, podnajmujemy komuś swoje mieszkanie. Tyle, że u mnie taki tryb już nie działał. Zamieszkałam na stałe w Polsce. Nie miałam ochoty na przeprowadzki co trzy miesiące i szukanie sobie ciągle nowych znajomych na couchsurfingu.



PODRÓŻE NA ETACIE

            Przechodząc na etat słyszałam, że teraz moje podróże się skończą. Ja jednak wiedziałam, że po zmianie trybu życia na freelansie też nie byłoby już kolorowo. Mając 20 dni urlopu rocznie, w ciągu 1,5 roku byłam w Danii, w Hiszpanii i na Gibraltarze, w Pradze, na Malcie, w Katarze, Tajlandii, Kambodży, Laosie, na Białorusi, w Portugalii, na Cyprze i w Budapeszcie. I, mówiąc szczerze - wątpię, że na freelansie udałoby mi się zrobić aż tyle krótkich wyjazdów. O tym, jak podróżować na etacie, pisałam tutaj:


           Mogłoby się wydawać, że po roku intensywnego podróżowania i mieszkaniu przez kilka miesięcy w roku za granicą będzie mi ekstremalnie trudno przystosować się do nowego trybu życia. Tymczasem etat przyniósł coś, co od pewnego czasu było mi potrzebne: uporządkowanie. Teraz wiem, gdzie będę za miesiąc, moje życie ma w końcu jakiś mianownik. Mogę w końcu robić jakieś plany, dbać o relacje, mam w końcu coś na stałe.




ETAT TO TYLKO ETAT

          I w końcu do etatu przekonała mnie też myśl, że być może jeszcze kiedyś będę chciała popracować gdzieś za granicą. Gdzie mogłabym zamieszkać jako freelance copywriter z Polski? Teoretycznie wszędzie - ale o ile w Malezji czy na Ukrainie sprawdzało się to świetnie, tak zarabiając w złotówkach nigdy nie miałabym szans na Norwegię, Anglię czy Niemcy. Przy takich planach było mi potrzebne dużo bardziej uniwersalne, do tego międzynarodowe doświadczenie - a takie mogła mi przynieść chyba tylko korporacja.

           Etat jednak ani na trochę nie zwolnił mnie z marzeń o własnej firmie. Wiem jednak, że gdybym już ją miała, to nigdy bym się z nią nie rozstała, a to w pewnym momencie mogłoby mi zamknąć wiele dróg. Etat to tylko etat. W ostateczności zawsze można go... zamienić na inny.



STARCIE OSTATECZNE

          Życie i praca mają cienie i blaski - czy to na etacie, czy na freelansie. Mój problem polega na tym, że wiem już, że żadna praca na etacie nigdy nie da mi takiej satysfakcji, co praca na swoim. Nie potrafię się z tym rozstać. Nadal pracuję dla swoich najlepszych klientów. Bo jestem w tym dobra i sprawia mi to straszną frajdę. I choć full time freelance  nijak mi się teraz nie kalkuluje i etat to wybór świadomy, wiem na pewno, że nie będzie moim ostatnim słowem. Bo wiem, że mogę. Bo skoro raz już udało mi się zostać freelancerem bez doświadczenia i nie będąc specjalistą właściwie w niczym, to teraz udałoby mi się tym bardziej.

         Praca na etacie przyniosła mi ogrom merytorycznej, branżowej wiedzy, której nie zdobyłabym w domu i 1,5 roku spędzone w korporacji były jej warte. Taka robota na dłuższą metę jednak zupełnie zabija przedsiębiorczość i kreatywność. Każdy dzień to pogrzeb potencjału i pomysłów, które mogłyby zostać wdrożone, gdybym nie siedziała przez 8-10 godzin dziennie w cudzym biurze. Wiem o tym i nie jestem z tego dumna, ale wiem też, że bez tej lekcji nigdy nie ruszyłabym z miejsca. I zawsze będę uznawać wyższość freelancu nad etatem, niezależnie od tego, ile płatnych urlopów, kredytów, L4 i paczek pracowniczych w życiu dostanę. 



WERDYKT

          Wierzę, że w tej historii każdy znajdzie coś dla siebie. Freelance to satysfakcja, wolność i spełnienie. Etat - pewne pieniądze, pewne benefity i życiowe uporządkowanie. A to, którą opcję wybierzesz dla siebie, zależy od tego, z czego w danej chwili potrzebujesz czerpać. Wszystko jest ok, dopóki czujesz się z tym ok. A ta druga droga zawsze będzie przecież otwarta.



Wpis dedykuję Eli @nieśmigielska.com, która od miesięcy nie tylko dzielnie na niego czekała, ale też cierpliwie odpowiadała na moje pytania o podróże na etacie z serii: no to jak to w końcu jest?


Facebook: @autopogonblog
Instagram @autopogon
Więcej

niedziela, 6 stycznia 2019

Co było w Iasi, zostaje w Iasi. Podróż, która zmieniła wszystko



           Ta historia zaczęła się tak...

          Był rok 2016, właśnie przyjechałam do Rumunii po trzech godzinach telepania się marszrutką z Kiszyniowa. Październikowy wieczór, temperatura spadła prawie do zera, a ja siedziałam na głupim dworcu w Iasi i zastanawiałam się, czy ktoś mnie stamtąd odbierze. Byłam wtedy bezdomna, nie miałam żadnego adresu - dopiero co wróciłam z Malezji, już wyprowadziłam się z Budapesztu, nie mieszkałam też w Lublinie, ale jeszcze nie zatrzymałam się nigdzie dalej. Nie miałam nic do roboty w życiu. Przyjechałam na projekt.

         W końcu ktoś po mnie przyszedł, wsiedliśmy do samochodu. Chcę już do hotelu, myślę, jestem zmęczona i głodna, ale słyszę, że jedziemy jeszcze odebrać kogoś z lotniska. Czekałam ze dwadzieścia minut sama w ciemnym samochodzie. W końcu przyszedł on. Torba wylądowała tuż obok mnie na tylnym siedzeniu, trzaśnięcie drzwiami. 

       Nie za bardzo chciało mi się rozmawiać. To miała być kolejna wymiana zdań dwóch obcokrajowców, którzy spotykają się za granicą. Skąd jesteś, gdzie byłeś, co w życiu robisz, i takie tam nudy. I kto wie, czy właśnie tak by się to nie zakończyło, gdyby nie to, że chwilę później zaliczyliśmy stłuczkę. Że nie mogliśmy dalej jechać, że musieliśmy czekać na inne auto. Że przez kolejne czterdzieści minut siedzieliśmy razem w samochodzie. 

             Wtedy wszystko się zaczęło.

           Nie był w moim typie - chudy, wysoki, o prawie chłopięcej twarzy (omg, nie wierzę - 25 stuknęło, a ja i tak zawsze obejrzę się za dredami i tunelami w uszach, no nic nie poradzę). To właśnie on, w tamtym samochodzie opowiedział mi o stażu w Henklu. Opowiedział mi o mieszkaniu w Niemczech, do których rok wcześniej próbowałam wyjechać, o pracy w marketingu, którą chciałam kiedyś mieć, ale mi się nie udawało i o studiach, które sama mogłabym skończyć, gdybym była mądrzejsza i nie poszła na sinologię. To on sprawił, że Brno przestało być dla mnie nagle najnudniejszym miastem świata. To on następnego dnia usiadł obok mnie na kolacji z butelką wina. Tylko jemu opowiedziałam wszystko. Resztę dopowiedzcie sobie sami.




       Z perspektywy dwóch lat była to jedna z tych znajomości, które trzeba było jak najszybciej zakończyć - a najlepiej to w ogóle ich nie zaczynać. Kto jednak wie: gdyby nie ta stłuczka, być może nigdy nie trafiłabym do Henkla. To on namówił mnie, żebym aplikowała. To on przekonał mnie, że powinnam mierzyć wyżej niż siedzenie w domu i klepanie tekstów. To on twierdził, że nie wszystko stracone, że ciągle mam szansę się dostać. To dzięki niemu trafiłam w końcu tam, gdzie kiedyś chciałam, dzięki niemu codziennie melduję się teraz na Domaniewskiej, mam pierwszy raz w życiu służbowy telefon i czerwono-białą podkładkę na biurku.

Jednocześnie to on cały czas uprzedzał mnie, że jest to praca, do której w ogóle się nie nadaję.




         Jak do tego doszło, nie wiem...
     
        Nikt inny, tylko ja sama odpowiadam za wszystkie decyzje, które wtedy podjęłam. Do dziś jednak zachodzę w głowę i nie wiem jak to się stało, że tak bardzo zachciałam żyć cudzym życiem, że w końcu przestałam żyć własnym. Nie byłabym sobą, gdybym za tym nie poszła. Nie zaryzykowała, nie posłuchała, nie spróbowała. To była szansa, która przyszła za późno. Za późno o listę klientów, o smak wysyłania faktur, o cyfrowy nomadyzm. Za wcześnie o przelew do księgowego i wpis w CEIDG.


Oto i historia, teraz czas na wnioski.

Co robić, gdy podróż wywraca życie do góry nogami?


Wtedy myślałam: nie wierzę, że to przypadek!
Teraz myślę: jechać w następną.
Więcej