niedziela, 6 stycznia 2019

Co było w Iasi, zostaje w Iasi. Podróż, która zmieniła wszystko



           Ta historia zaczęła się tak...

          Był rok 2016, właśnie przyjechałam do Rumunii po trzech godzinach telepania się marszrutką z Kiszyniowa. Październikowy wieczór, temperatura spadła prawie do zera, a ja siedziałam na głupim dworcu w Iasi i zastanawiałam się, czy ktoś mnie stamtąd odbierze. Byłam wtedy bezdomna, nie miałam żadnego adresu - dopiero co wróciłam z Malezji, już wyprowadziłam się z Budapesztu, nie mieszkałam też w Lublinie, ale jeszcze nie zatrzymałam się nigdzie dalej. Nie miałam nic do roboty w życiu. Przyjechałam na projekt.

         W końcu ktoś po mnie przyszedł, wsiedliśmy do samochodu. Chcę już do hotelu, myślę, jestem zmęczona i głodna, ale słyszę, że jedziemy jeszcze odebrać kogoś z lotniska. Czekałam ze dwadzieścia minut sama w ciemnym samochodzie. W końcu przyszedł on. Torba wylądowała tuż obok mnie na tylnym siedzeniu, trzaśnięcie drzwiami. 

       Nie za bardzo chciało mi się rozmawiać. To miała być kolejna wymiana zdań dwóch obcokrajowców, którzy spotykają się za granicą. Skąd jesteś, gdzie byłeś, co w życiu robisz, i takie tam nudy. I kto wie, czy właśnie tak by się to nie zakończyło, gdyby nie to, że chwilę później zaliczyliśmy stłuczkę. Że nie mogliśmy dalej jechać, że musieliśmy czekać na inne auto. Że przez kolejne czterdzieści minut siedzieliśmy razem w samochodzie. 

             Wtedy wszystko się zaczęło.

           Nie był w moim typie - chudy, wysoki, o prawie chłopięcej twarzy (omg, nie wierzę - 25 stuknęło, a ja i tak zawsze obejrzę się za dredami i tunelami w uszach, no nic nie poradzę). To właśnie on, w tamtym samochodzie opowiedział mi o stażu w Henklu. Opowiedział mi o mieszkaniu w Niemczech, do których rok wcześniej próbowałam wyjechać, o pracy w marketingu, którą chciałam kiedyś mieć, ale mi się nie udawało i o studiach, które sama mogłabym skończyć, gdybym była mądrzejsza i nie poszła na sinologię. To on sprawił, że Brno przestało być dla mnie nagle najnudniejszym miastem świata. To on następnego dnia usiadł obok mnie na kolacji z butelką wina. Tylko jemu opowiedziałam wszystko. Resztę dopowiedzcie sobie sami.




       Z perspektywy dwóch lat była to jedna z tych znajomości, które trzeba było jak najszybciej zakończyć - a najlepiej to w ogóle ich nie zaczynać. Kto jednak wie: gdyby nie ta stłuczka, być może nigdy nie trafiłabym do Henkla. To on namówił mnie, żebym aplikowała. To on przekonał mnie, że powinnam mierzyć wyżej niż siedzenie w domu i klepanie tekstów. To on twierdził, że nie wszystko stracone, że ciągle mam szansę się dostać. To dzięki niemu trafiłam w końcu tam, gdzie kiedyś chciałam, dzięki niemu codziennie melduję się teraz na Domaniewskiej, mam pierwszy raz w życiu służbowy telefon i czerwono-białą podkładkę na biurku.

Jednocześnie to on cały czas uprzedzał mnie, że jest to praca, do której w ogóle się nie nadaję.




         Jak do tego doszło, nie wiem...
     
        Nikt inny, tylko ja sama odpowiadam za wszystkie decyzje, które wtedy podjęłam. Do dziś jednak zachodzę w głowę i nie wiem jak to się stało, że tak bardzo zachciałam żyć cudzym życiem, że w końcu przestałam żyć własnym. Nie byłabym sobą, gdybym za tym nie poszła. Nie zaryzykowała, nie posłuchała, nie spróbowała. To była szansa, która przyszła za późno. Za późno o listę klientów, o smak wysyłania faktur, o cyfrowy nomadyzm. Za wcześnie o przelew do księgowego i wpis w CEIDG.


Oto i historia, teraz czas na wnioski.

Co robić, gdy podróż wywraca życie do góry nogami?


Wtedy myślałam: nie wierzę, że to przypadek!
Teraz myślę: jechać w następną.