poniedziałek, 17 czerwca 2019

Złożyłam wypowiedzenie i biegnę żyć dalej. Kadry z Gdańska



       Nic tak nie zaostrza podróżniczego apetytu, jak złożenie wypowiedzenia. Nic tak nie koi po półtorej roku życiowej spierdoliny, jak wolny wieczór spędzony na obijaniu się, czytaniu wpisów ze starego bloga i obrabianiu zdjęć z podróży. A przecież nie tak dawno temu obiecywałam sobie, że już nigdy więcej nie dam się pozbawić życia prywatnego - a jednak, stało się.

          W zasadzie każdy, kto przeczytał moje dwa ostatnie wpisy, mógł się już domyślać, że moje dni w korpo są policzone. Jedyne, co mam do powiedzenia po miesiącu w nowej pracy to: żałuję, że odeszłam tak późno. Ale w końcu z toksyczną pracą jest tak samo trudno się rozstać, co z toksycznymi ludźmi - i niech to będzie smętną klamrą kompozycyjną tej żenującej historii. Więcej grzechów nie pamiętam, co się jednak nauczyłam, to moje. Wiem już przynajmniej i zapamiętam do końca życia, że dobrą pracą nigdy nie jest taka, która: 1. w ciągu półtorej roku pozbawia cię jakiejkolwiek pewności siebie jako pracownika, 2. w której trzęsiesz się z nerwów, gdy słyszysz dźwięk przychodzącego maila, 3. w której ciągle musisz zaciskać zęby i udawać, że interes obcych ludzi jest dla ciebie ważniejszy niż własne zdrowie, 4. w której wszyscy siedzą cicho i nikt nie zgłasza nadużyć do inspekcji pracy. Tak bardzo #nigdywięcej. Chyba za bardzo lubię pracować, aby praca kiedykolwiek miała być dla mnie taką męką. I za bardzo jestem świadoma tego, że mam mnóstwo możliwości, aby jednak żyć po swojemu.

       Wypowiedzenie świętowałam dwa razy. Pierwszy, gdy tuż po jego złożeniu pojechałam do Gdańska i drugi, gdy po umyciu blachy z pożegnalnego ciasta ruszyłam na lotnisko i poleciałam do Kazachstanu. O Gdańsku opowiem teraz. O Kazachstanie - latem, w Południku Zero, na pierwszej od dwóch lat podróżniczej prelekcji. To może oznaczać tylko jedno: wróciłam!




          Gdańsk - 100% dobrych wspomnień

         Właściwie to miałam jechać w góry. I właściwie to wszystko było już załatwione. Bilet w Beskidy zwróciłam w piątek o 20 i zdecydowałam: jadę nad morze. Rano miałam w torbie kanapki z awokado (trudno uwierzyć, ale robię się ostatnio trochę wege), Dworzec Centralny o 6:15, trzy i pół godziny później byłam już nad Bałtykiem.

         Gdańsk to miasto wyjątkowe. To właśnie tam wybrałam się w 2013 na jedne z pierwszych autostopowych wakacji. To stamtąd aż dwa razy leciałam do Norwegii, tam byłam na wyczekiwanym przez długie lata koncercie Guns'n'Roses, tam zawsze wracałam najchętniej, choćby nie wiem co. Gdańsk to miasto, którym nie można się znudzić - gwarantuję.







          Ten Gdańsk to taki trochę inny świat. Żadne inne miasto w Polsce nie ma takiego klimatu, tak namacalnej, lokalnej kultury: tak surowej, tak czystej, tak bliskiej skandynawskiej. Być gdańszczaninem - to coś znacznie więcej niż być warszawiakiem, poznaniakiem czy wrocławianinem. I do tego ci Skandynawowie, ach, oni naprawdę są tam wszędzie, w zasadzie to norweski słyszysz częściej niż polski - no czy to nie jest raj?


           Nie pierwszy raz też myślę, że chyba mogłabym mieszkać w Gdańsku. Może wtedy byłabym zdrowsza. Może chodziłabym wieczorami na plażę, może tęskniłabym mniej za Budapesztem. Zamiast nad Dunaj, to na plażę - nie jest źle. Można by tak pospacerować czasem po lesie, posiedzieć na kocu, pooddychać świeżym powietrzem, wypić piwo z najbliższą osobą. Nigdy więcej nie spieszyć się na pociąg do Warszawy.


PS. A już za dwa tygodnie odwiedzam Gdańsk po raz kolejny.
Namioty, treki, pasztety, pakujcie się: mam bilety do Norwegii na kolejny sezon! #Lofoty2019