niedziela, 7 lipca 2019

Erasmusie, dzięki tobie mam wszystko. Cypr, Erasmus+



             Często mówi się, że najlepsze rzeczy w życiu dostaje się za darmo. Czyli: miłość, przyjaźń i projekty z Erasmusa.

            A już mówiłam, że go nie potrzebuję. Tak bardzo próbowałam to sobie wmówić przez ostatnie dwa lata. Chciałam wierzyć, że nie mam już na niego czasu. Że nic więcej na mnie nie czeka. Że już nie widzę wartości w trafianiu w przypadkowe miejsca, w poznawaniu przypadkowych ludzi. I przyznam zupełnie szczerze, że naprawdę mało brakowało, a publikowałabym teraz zupełnie inny wpis: o pożegnaniu z Erasmusem.

         Tyle, że po powrocie z projektu na Cyprze, który miał być moim ostatnim, usiadłam, otworzyłam edytor i wcisnęłam "kasuj".




          Jak wyjechać na projekt z Erasmusa? Przeczytaj.


         "Co się ze mną stało?" - pomyślałam, gdy wyszłam z sali po pierwszych zajęciach. Był listopad, a ja siedziałam w krótkich spodenkach nad brzegiem basenu. Słońce świeciło tak, jak w Polsce świeci rzadko, nawet w środku lata, koło mnie wygrzewały się koty, za płotem pochylały się drzewka oliwkowe. Cieszyłam się tym wszystkim tak, jak cieszyłby się każdy człowiek, który od ponad roku prawie połowę swojej doby spędzał w biurowej puszce.


         Jednak to wcale nie brak czasu powstrzymywał mnie przed napisaniem o Cyprze. Ja po prostu nie bardzo wiedziałam, co właściwie mogłabym napisać po tak długim czasie wyłączenia z życia. Nie widziałam już w sobie tego ciekawego świata człowieka, który jeszcze nie tak dawno temu chciał ciągle kogoś poznawać, ciągle czegoś próbować, ciągle czegoś się uczyć. Siedząc wtedy nad brzegiem basenu widziałam tylko wrak siebie, swojego życia i swojej osobowości. Przyjechałam na projekt, który miał być o prezentacjach, public speaking i storytellingu. W drodze na lotnisko okazało się, że jest zmiana w agendzie, że będzie o tańcu i o teatrze. Nie mogłam trafić gorzej, myślałam. Ja, taniec i teatr to zupełnie różne bieguny. Tylko, że zupełnie nie wzięłam pod uwagę tego, że przeciwne bieguny najsilniej się przyciągają. 


           To były najlepsze warsztaty mojego życia.





      Zacznijmy od tego, że zawsze dążyłam do tego, aby ubierać życie w jak najciekawsze doświadczenia. Odkąd pamiętam, byłam pierwsza do robienia wszystkiego, co dziwne i głupie. Ale tego, co działo się na tym projekcie, to ja nawet nie. Jako introwertyczka wcale nie lubię jakoś szczególnie spoufalać się ludźmi. Nie lubię też tańczyć. Aktorka ze mnie żadna. I bum, trafiam na warsztaty z kontaktu improwizowanego. Mam spędzić tydzień na odgrywaniu scenek, bieganiu po sali, robieniu idiotycznych ćwiczeń na zaufanie i recytowaniu wierszy. Przysięgam, że gdyby nie to, że agendę zobaczyłam dopiero w autobusie, nigdy nie przyjechałabym na ten projekt.


            Ale pomyślałam sobie wtedy, że może właśnie po to jest to wszystko. Może to jedyna szansa na spróbowanie czegoś, po co sama z siebie nigdy bym nie sięgnęła, albo na chwilowy powrót do rzeczy, których nie robiłam już od bardzo dawna. Nie pamiętałam już, kiedy ostatni raz przeczytałam wiersz, zorganizowałam próbę czy podłączyłam gitarę. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio miałam okazję rozmawiać z kimś nieznajomym. Nie wiedziałam, kiedy ostatni raz próbowałam czegoś zupełnie nowego, nie myśląc o tym, czy robię to jakkolwiek dobrze. Na pewno nie w ciągu ostatniego roku, spędzonego nad tabelkami, raportami i prezentacjami.


      Kontakt improwizowany okazał się być dokładnie tym, czego mi w tamtym momencie najbardziej brakowało: głębokiego przebywania z ludźmi i z samą sobą. Takiego na potęgę, na całość. Spędzić tydzień w nieustającym towarzystwie 24 osób: to był szok. Szok, który po wielu miesiącach mechanicznego życia przyniósł zupełnie nową jakość i nowe wartości.


              Drugi człowiek - to jest prawdziwa wartość.








            W tym projekcie wcale nie chodziło o to, żeby nauczyć się teatru czy tańca. Chodziło o to, aby na nowo odkryć potencjał w rzeczach, które w przypadku natłoku spraw w pierwszej kolejności odstawia się na bok. Tak łatwo zrezygnowałam z tego, co przez wiele lat nadawało wszystkiemu kształtu. Rysowanie, śpiew, zdjęcia, taniec - to nie są małe rzeczy. To są wielkie rzeczy, które tak jak nic innego potrafią rozwijać osobowość i charakter, nawet, gdy w żadnej z nich nie jest się dobrym.


             Ten projekt był jak prison break. Nie tylko od zimy, pracy, rutyny. Przede wszystkim od tego, jakim człowiekiem stałam się przez te ostatnie miesiące, kiedy ani sztuki, ani innych ludzi, ani Erasmusa w moim życiu nie było. Bardzo wiele zrozumiałam na tym projekcie. Zrozumiałam, że czas nie płynie wolniej. Czas się nie cofnie. Życie ucieka, i to bardzo szybko. I serio, są tylko dwie opcje: możemy nadawać mu kształt lub patrzeć, jak przepływa przez palce. W grudniu wywiozłam rzeczy z biura. Do marca odbudowałam portfolio klientów. Wylałam w końcu to wiadro sentymentów, które trzymały mnie w miejscu zdecydowanie za długo. W kwietniu zaczęłam wracać do życia.









          Na koniec dodam jeszcze, że są rozmowy, które mogą się odbyć tylko na Erasmusie. Mogą się toczyć na tarasie nad basenem, na plaży w środku nocy, w kolejce po kawę do śniadania, na drugim piętrze pokoju hotelowego przy butelce Tokaja. To ten rodzaj rozmowy, który nie dzieje się nigdzie indziej, tylko wtedy i tylko tam. I to właśnie dzięki tym rozmowom życie nabiera najprawdziwszego rozpędu.


             Erasmusie, dzięki tobie mam wszystko. Moje życie po tobie ani razu nie było już takie samo.

             I mam nadzieję, że już nigdy więcej nie będzie.
Więcej