wtorek, 1 października 2019

3400 m. nad poziomem morza. Kirgistan



           Powiedzmy to sobie raz, a dobrze: jeśli Kirgistan nie jest na pierwszym miejscu na waszej liście must see, to ja nie wiem, co jest. No chyba, że w Kirgistanie już byliście - no to w takim wypadku czekam na rekomendacje.

               Są w życiu takie doświadczenia, które zwyczajnie ciężko jest opisać w kilku słowach. Kiedyś w profilach na Couchsurfingu była taka sekcja: One amazing thing I've seen or done. Do tej pory nie wiedziałam, co tam wpisać. Dziś wpisuję: trekking konny w Kirgistanie na 3400 m. n. p. m.




           Na początku trochę się wytłumaczę: tę opowieść zaczynamy od końca. Zanim był Kirgistan, to wcześniej był jeszcze lot z Warszawy do Astany, a potem górskie jeziora, wspinaczki, kaniony i tysiąc innych rzeczy, o których trzeba będzie kiedyś odpowiedzieć. A dlaczego właśnie Kirgistan? No bo jak leci się już taki kawał do Azji Centralnej, to przecież żal zatrzymać się tylko w jednym kraju. Po zaplanowaniu ponad tygodnia w Kazachstanie i mając jeszcze kilka dni albo na uzbecką architekturę, albo na kirgiskie góry, postawiliśmy na naturę. Aż do momentu, kiedy pewnego dnia pojedziemy do Uzbekistanu, na pewno nie będziemy żałować. 93% górzystej powierzchni kraju, w tym jedna trzecia na wysokości powyżej 3000 m. n. p. m., to jednak coś.

           Najpierw, po pieszym przekroczeniu granicy kazachsko-kirgiskiej, trafiliśmy do Biszkeku. Cóż można powiedzieć o tym mieście? Chyba to samo, co o Kiszyniowie - czyli, w telegraficznym skrócie: że nic w nim nie ma. Ale jako że ja i większość mojej ekipy już trochę takich miejsc przerobiliśmy, to nawet mogliśmy się wspólnie pozastanawiać, jakie jest najbardziej dziadowskie miasto, w jakim byliśmy. Biorąc pod uwagę to, że główny plac w stolicy Kirgistanu znajduje się przy Chuy Avenue, Biszkek podniósł poprzeczkę bardzo wysoko. No to co jest w końcu brzydsze - Biszkek czy Kiszyniów (opcjonalnie wersja sierpień 2019: Biszkek, Kiszyniów czy Kaliningrad)? A gdzie były starsze trolejbusy, a gdzie był większy Lenin? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi.

            Ale to właśnie jest najlepsze w takich miejscach - takich, które od najbliższego sojowego latte i barów gluten free dzielą tysiące kilometrów. Takich, w których największą frajdę mogą sprawić zakupy na targu, pieczone samsy, świeże daktyle i sok z granatów. Takie rzeczy tylko w Azji Centralnej.








          No to teraz czas zejść z powrotem na ziemię: ten bazar to jedyna atrakcja w Biszkeku. Wystarczy jednak wyjechać z miasta, aby Kirgistan zaczął się na dobre.

           Jak to zwykle u mnie bywa, jadąc do Kirgistanu, wcale nie wiedziałam o tym kraju wiele więcej poza tym, co zobaczyłam w Google. Góry, jeziora, jurty i konie owszem, robiły wrażenie, ale sądziłam, że jak to w Google - wrzucili zdjęcia kilku ładnych miejsc i tyle. W życiu bym nie pomyślała, że tak właśnie wygląda cały kraj, a że ja sama będę z tymi widoczkami w tle jeździć konno, to już w ogóle. Tymczasem okazało się, że trekking konny w Kirgistanie jest nie tylko osiągalny - ale i obowiązkowy.

              A pomyśleć, że jeszcze pół roku wcześniej twierdziłam, że na konia to za nic w świecie nie wsiądę. No ale wiecie, jak jedzie się do kraju, w którym konno jeżdżą pięcioletnie dzieci, to siłą rzeczy te opory jakoś tak przechodzą. To chyba nie może być aż tak niebezpieczne? Tym bardziej, gdy na miejscu Kirgizi najwyraźniej uważają, że pół minuty szkolenia w zupełności wystarcza, aby Europejczyk mógł jeździć konno. I to po górach.

            I już po powrocie do Polski to ja się nawet zastanawiałam, czy by sobie nie wziąć kilku lekcji jazdy. Ale jak pomyślałam, że po tych wszystkich przeżyciach z Kirgistanu miałabym teraz jeździć przez godzinę w kółko na wybiegu - to chyba mi się odechciało (no bo wiecie, konno to ja byłam na 3400, bejbe)Proszę państwa: jedziemy nad Songköl.

   





           Szybkie didaskalia: Songköl to drugie co do wielkości jezioro Kirgistanu, leżące mniej więcej w jego środku (niech nie zmyli was droga, która w Google ładnie prowadzi wokół jeziora i może jeszcze sugeruje dojazd autem - sic, nie ma takiej drogi). W maju, przed sezonem, jest zupełnie zamarznięte. Jego tafla leży wysoko w górach - dokładnie na wysokości 3016 metrów. Żeby jednak się tam dostać, trzeba pokonać przełęcz na wysokości 3400 m. n. p. m.

              No to teraz zapytam: kto z was wie, co tak naprawdę oznacza 3400 metrów? Może i ta liczba powinna nam była co nieco powiedzieć, ale cóż - nie powiedziała. Ja naprawdę nie wiedziałam, w jak wysokie góry idziemy. Nie mogliśmy wiedzieć, że trasa, która miała trwać cztery godziny, będzie trwała sześć. Że będą na niej odcinki, w których trzeba będzie prowadzić konia przez przełęcze, gramolić się po ośnieżonych szczytach i walczyć z chorobą wysokościową. Że będzie trzy razy ciężej, niż sobie wyobrażaliśmy, no bo przecież jesteśmy pierwszy raz na koniach, nie wezmą nas nie wiadomo gdzie. Otóż: wezmą.

             I teraz mówiąc już całkiem serio: choć ten trekking to zdecydowanie moje one amazing thing I've seen or done, z tego miejsca ogłaszam wszem i wobec: nie zdecydowałabym się na to po raz drugi. Nie dlatego, że bolał mnie tyłek, prawie odmroziłam sobie ręce, a na szczycie z wycieńczenia dostałam dreszczy. Z całą odpowiedzialnością uważam po prostu, że ta trasa była zdecydowanie zbyt ciężka, aby pokonywać ją konno, i jak pomyślę sobie, że te biedne konie taszczyły nas przez sześć godzin w jedną stronę tylko po to, abyśmy mogli porobić sobie fotki - to po prostu brawo, Klaudia.

             Co się jednak zobaczyło, to się nie odzobaczy.








              Nocleg w jurcie to, poza samą jazdą konną, punkt, którego byliśmy najbardziej ciekawi. Jurta to w końcu symbol Kirgistanu i kwintesencja jego kultury, więc jak już zrobiliśmy sobie wycieczkę, to musiał być full wypas. Random fact about Kirgistan: prawdziwe jurty nadal tam funkcjonują, choć są to jurty pasterskie, rozstawiane latem, aby doglądać zwierząt, których w Kirgistanie nie brakuje (konie, krowy, kozy, owce pasą się tam na absolutnie każdym kilometrze kwadratowym, więc uprzedzam - to nie jest kraj dla wegetarian). Nawet, jeśli nasze jurty były tylko turystyczne i dopiero co ustawiane nad brzegiem jeziora z okazji rozpoczynającego się sezonu, to i tak fajnie. Byliśmy jedną z pierwszych grup, które tego roku dotarły na górę, i to nie byle jaką - bo dziesięcioosobową.

           Jak więc wygląda życie w jurcie? W tej turystycznej, na początku maja, nad jeziorem Songköl, na wysokości 3016 m. n. p. m, przede wszystkim: zimno. Tak zimno, że ciężko było wystawić nos za drzwi, przejść do jurty jadalnej, zdjąć rękawiczki. Ale jurta to także proste, gorące posiłki, gotowane na lokalnym kamiennym piecu. Mocna herbata, którą podają zaraz po zejściu z konia. Jest też jurtowy pies, który w drodze powrotnej odprowadza nas aż na przełęcz. Wszędzie wokół są konie, puszczone wolno. Nocą można pić koniak, grać po ciemku w karty, oglądać gwiazdy.

       I kiedy rano wychodzę z namiotu i idę przejść się brzegiem zamarzniętego jeziora, kiedy powietrze na 3016 m. n. p. m. jest tak rzadkie, że ledwie mogę oddychać, kiedy właśnie zamknęłam kolejny rozdział w moim życiu zawodowym, a w tym podróżniczym jestem tuż przed odwiedzeniem 50 państwa - to nagle czuję, że właśnie właśnie w tej chwili mam wszystko to, czego w podróżach życzę sobie najbardziej.









Kirgistan - informacje praktyczne:

  • Trekking konny nad Songköl zorganizowała dla nas lokalna firma CBT. Koszt 2-dniowej wyprawy z noclegiem, wyżywieniem i transportem z i do Biszkeku to 135 euro za osobę, 120 po negocjacjach. Negocjacji żałuję. Utrzymanie koni kosztuje niemało, a takie codzienne wycieczki w sezonie to dla nich piekło. Może jazda konna to nie to samo co jazda na słoniu w Azji, ale wciąż - to jednak rozrywka kosztem zwierząt.
  • Samo doświadczenie jazdy konnej jednak zdecydowanie polecam i musicie spróbować, będąc w Kirgistanie. Drugi raz na pewno wybrałabym jednak lżejszą i krótszą trasę. Nie trzeba iść od razu na Songköl - w Kirgistanie jest mnóstwo innych jezior i szlaków, można pojeździć spokojniej, bez fundowania ekstremalnych przeżyć organizmowi i zwierzętom.
  • Nie wiem, jak latem, ale w maju nocą w jurtach jest naprawdę bardzo zimno - na zewnątrz -9 stopni, wewnątrz niewiele ponad 0. Kurtka narciarska, dobry śpiwór na mrozy, rękawiczki, czapka i bielizna termoaktywna to po prostu must. W jurtach nad Songköl nie ma elektryczności ani zasięgu. 
  • Jadąc na trekking, upewnijcie się, że macie dobre ubezpieczenie - niektóre podstawowe polisy nie obejmują jazdy konnej albo wspinaczki górskiej powyżej 2500 m. n. p. m. Dostępne oferty najszybciej możecie porównać na Rankomacie, gdzie ogarniecie temat w dosłownie kilka sekund.